PŚ w biegach narciarskich. Randall czarnym koniem

Pierwszych 11 zwycięstw w Pucharze Świata w swej karierze Marit Bjoergen odniosła w sprintach. Kikkan Randall po 11 podiach w tej specjalności w sobotę była trzecia w biegu na 10 km stylem dowolnym w Gaellivare. Narciarka z Alaski jest w swoim kraju tak wyjątkowa jak w Polsce Justyna Kowalczyk. W piątek sprint stylem klasycznym w Kuusamo. Relacja na żywo w Sport.pl od 10.30. transmisje w Eurosporcie i TVP 2 od 12:15.
W sobotę trzecia na 10 km "łyżwą", a dzień później najszybsza "klasykiem" na dystansie o połowę krótszym - takimi wynikami w Gaellivare zachwyciła amerykańska mistrzyni sprintu.

W sztafecie, którą zespół USA zakończył na sensacyjnym trzecim miejscu, Randall uzyskała najlepszy czas spośród wszystkich zawodniczek, które biegły na dwóch pierwszych, "klasycznych" zmianach.

Wspinaczka na szczyt świata

Niespełna 30-letnia biegaczka młodsze i bardziej utytułowane Theresę Johaug oraz Justynę Kowalczyk wyprzedziła odpowiednio o 3,5 oraz o 12,6 sekundy.

- Takie wyniki inspirują i mnie, i cały nasz zespół - cieszy się Kikkan.

- Widać, że Randall jest bardzo mocna, biega rewelacyjnie. Już przed startem sezonu wiedzieliśmy, że Amerykanki pokażą siłę, ale jesteśmy zaskoczeni, że są aż tak dobre - nie kryje trener Aleksander Wierietielny.

Kilka miesięcy temu liderka Amerykanek chciała ćwiczyć razem z Kowalczyk. Justyna postanowiła zostać przy tym, co już sprawdziła i okres przygotowawczy przepracowała z Maciejem Kreczmerem. Trudno odmówić jej racji, ale trzeba przyznać, że najwyraźniej i Randall wie, czego trzeba, by wejść na szczyt.

- Uwielbiam to, co robię. Narty, nartorolki, rower, nawet podnoszenie ciężarów - wszystko w moim treningu bardzo mnie cieszy. A najbardziej każdy bieg na szczyt kolejnej góry. Kocham ten wysiłek, a kiedy już kończę swoją wspinaczkę, jestem zadowolona, jakbym dotarła na szczyt świata - opowiada Amerykanka.

Jeszcze przed Gaellivare Randall wymieniano jako jedną z zawodniczek światowej czołówki, ale nie typowano jej do walki o Kryształową Kulę. Za faworytki do wygrania Pucharu Świata uznawano Kowalczyk i Johaug, wyżej stawiano nawet Bjoergen, mimo że ta zapowiedziała odpuszczenie aż ośmiu startów.

Kikkan nie odpuszcza. Jeśli w Kuusamo będzie równie mocna, jak w Szwecji, to już 8 grudnia może zostać liderką Pucharu Świata. Wtedy w kanadyjskim Quebecu odbędzie się jej ulubiony sprint stylem dowolnym, a już wiadomo, że w tym ulicznym biegu nie wystartują Kowalczyk i Bjoergen.

- W ubiegłym sezonie przekonałam się, że stać mnie na mocne bieganie co tydzień. Później pracowałam, żeby prezentować się jeszcze lepiej. Tak, moim celem jest walka o Puchar Świata - odważnie zapowiada Amerykanka, która w marcu odebrała Małą Kryształową Kulę za triumf w klasyfikacji sprinterskiej, a w "generalce" była piąta.

Wtedy przed nią znalazły się tylko Bjoergen, Kowalczyk, Johaug i Charlotte Kalla. Kilka dni temu, w Szwecji, Kikkan była lepsza od największej gwiazdy gospodarzy w jej specjalności. Kalla to mistrzyni olimpijska z Vancouver na 10 km "łyżwą". W tej konkurencji nie wygrywa się z nią przypadkiem.

Justyna, lepiej spójrz za siebie

Te słowa niedawno wypowiedziała Holly Brooks. Tydzień przed inauguracją Pucharu Świata, gdy Kowalczyk wygrała w fińskim Muonio na 10 km "łyżwą", za jej plecami uplasowały się koleżanki Randall. Drugie miejsce, ze stratą zaledwie 4,5 sekundy do naszej gwiazdy, zajęła Elizabeth Stephen, Brooks była siódma, a Jessica Diggins - dziewiąta.

Dziś Randall, Brooks i Stephen są przed Kowalczyk. W Gaellivare partnerki "Kikkanimal" ze sztafety indywidualnie zajęły odpowiednio piąte i 21. miejsce. Oczywiście, wielkich problemów z ich dogonieniem w kolejnych startach nasza mistrzyni nie będzie miała. Ale już z Randall nie będzie jej łatwo.

- Ten przydomek zyskałam jeszcze w czasach juniorskich, a to dlatego, że zawsze mówiłam sobie: "jeszcze jeden interwał, jeszcze jedna seria pompek". Koleżanki mówiły, że jestem zwierzęciem, i to takim, jakiego w życiu nie widziały. Dlatego nazwały mnie Kikkanimal - opowiada Amerykanka.

Mieszkająca w Anchorage na Alasce Randall na szczyt dotarła tą samą drogą co Kowalczyk. Tylko swojej pracowitości zawdzięcza kolejne sukcesy.

W Gaellivare zrównała się liczbą miejsc na podium Pucharu Świata z Christiną "Kiki" Cutter, byłą alpejką, pierwszym sportowcem z USA, który wygrał zawody zimowego Pucharu Świata. Z Cutter Randall ma więcej wspólnego - w części zawdzięcza jej swoje imię. Ojciec biegaczki chciał nazwać córkę Kikki, matka optowała za Megan, ostatecznie rodzice poszli na kompromis. Co ciekawe, tata gwiazdy biegów narciarskich od zawsze chciał, by specjalizowała się ona w zjazdach. Już dzień po pierwszych urodzinach małej Kikkan dał jej lekcję narciarstwa alpejskiego, a pół roku później dziewczynka brylowała na oślich łączkach.

Kto wie, jak potoczyłaby się kariera Randall, gdyby nie jej wypadek. W czasach juniorskich na zawodach narciarstwa alpejskiego upadła tak boleśnie, że doznała kompresyjnego złamania kręgosłupa. Szybkość kochała zawsze - w tamtych czasach biła rekord stanu Alaska w prędkości zjazdu na nartach. Jej wynik z 1997 roku to 120 km/h.

Dziś dawne doświadczenia pomagają Kikkan pokonywać trudne technicznie trasy biegowe. W tej konkurencji Randall została m.in. pierwszą Amerykanką, która wygrała pucharowe zawody i zdobyła medal mistrzostw świata.

W 2009 roku wywalczyła srebro w Libercu (oczywiście w sprincie), mimo że wiosną 2008 roku bała się o swoją dalszą karierę, gdy dwa razy wylądowała w szpitalu z zakrzepem krwi w lewej nodze (problemy z krzepliwością krwi ma do dziś, mówi, że denerwuje się zawsze, gdy tylko poczuje ukłucie w nodze). Sukcesem nawiązała do osiągnięć Billa Kocha, który w 1982 roku zdobył brąz na MŚ w Oslo i Kryształową Kulę za triumf w klasyfikacji generalnej PŚ.

Goni swojego Łuszczka

W tym samym Libercu Józefowi Łuszczkowi, mistrzowi globu z roku 1978 (Lahti), dorównała, a nawet przegoniła go Kowalczyk, zdobywając dwa złote krążki.

Randall swojego wielkiego poprzednika jeszcze ściga - poza Pucharem Świata nie zdobyła olimpijskiego medalu, a Koch wywalczył srebro w 1976 roku, w Innsbrucku.

- Na igrzyskach debiutowałam w 2002 roku. W Salt Lake City czułam się jak dziecko w sklepie ze słodyczami - wspomina Randall.

19-letnia wówczas dziewczyna mogłaby się cieszyć z 44. miejsca w sprincie, zwłaszcza że startowała tam, gdzie przyszła na świat i już samym startem na igrzyskach dorównała ciotce oraz wujkowi (olimpijczykami w biegach narciarskich z rodziny Randall byli Betsy i Chris Haines). - Obserwowałam wtedy Sarę Hughes [łyżwiarkę figurową - red.] i trochę jej zazdrościłam. Myślałam sobie, że ona zdobyła złoty medal już jako 16-latka, a ja będę musiała na to zaczekać jeszcze co najmniej 10 lat - wspomina jednak Kikkan.

Jej zdjęcie z tamtych igrzysk wisi w sklepie Skinny River Sports, w którym zawodniczka pracowała jeszcze kilka lat temu. - Sprzedaż butów do biegania i doradzanie ludziom, którzy lubią aktywny styl życia, zawsze mnie cieszyło, ale w końcu zabrakło mi na to czasu. Jednak nadal mam tam przyjaciół i odwiedzam ich, kiedy tylko mogę - opowiada Kikkan.

Czasu na życie towarzyskie przestało jej wystarczać w 2006 roku. Na igrzyskach w Turynie udowodniła sobie i wszystkim, że należy do światowej czołówki, zajmując w sprincie dziewiąte miejsce (Kowalczyk zdobyła tam swój pierwszy medal na wielkiej imprezie - w biegu na 30 km stylem dowolnym wywalczyła brąz). Dwa lata temu, w Vancouver - na jej nieszczęście - na najkrótszym dystansie rywalizowano stylem klasycznym, a biegnąc nim Amerykanka jeszcze nigdy nie dotarła na podium. W Kanadzie była "dopiero" ósma.

- Bardzo wierzę, że w Soczi, gdzie w sprincie będziemy walczyć w stylu dowolnym, zaprezentuję najwyższą formę w karierze - mówi Randall, która w tej specjalności wygrała już pięć biegów Pucharu Świata, a w sześciu kolejnych zajmowała miejsca na niższych stopniach podium.

- Wiem, że dla wielu Amerykanów dowodem, że coś się zrobiło w sporcie, jest olimpijski medal, wiem, jak bardzo wypromowałabym w naszym kraju biegi narciarskie, gdybym taki medal zdobyła - dodaje.

Ma rację. Już kiedy została wicemistrzynią świata, "New York Times" napisał, że za jej sprawą do Alaski przybywają teraz poszukiwacze śniegu, tak jak kiedyś zjeżdżali tam ci, którzy chcieli się wzbogacić na złocie i ropie naftowej.

Starty na rosyjskich igrzyskach w 2014 roku mogą być dla Randall wyjątkowe, bo właśnie w Rosji, w Rybińsku, po raz pierwszy wdrapała się na podium Pucharu Świata (styczeń 2007 roku, trzecie miejsce) i po raz pierwszy wygrała (grudzień 2007 roku) zawody tej rangi, a przede wszystkim dlatego, że do 2014 roku może stać się naprawdę wszechstronną zawodniczką.

Patrzymy z zazdrością

Testem dla Randall będą mistrzostwa świata w Val di Fiemme, które zaplanowano na przełom lutego i marca przyszłego roku. - Ona na pewno jest jedną z kandydatek do medali, uważam, że będzie bardzo groźna - ocenia były trener kadry naszych biegaczek, prof. Szymon Krasicki.

- W Val di Fiemme i w Soczi chcę walczyć o podium w wielu konkurencjach. Mój medal z Liberca zmotywował do pracy inne biegaczki z USA, wreszcie stworzyłyśmy mocną drużynę, dlatego na pewno wszystkie poszukamy swoich szans - zapowiada Randall.

Szkoda, że podobnie nie może powiedzieć Kowalczyk, która - tak jak Randall - swoje pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata odniosła w 2007 roku (w estońskiej Otepie).

- Często po dobrych startach ludzie płaczą. Nie mogłam tego zrozumieć aż do dzisiaj - mówiła w niedzielę w Gaellivare szczęśliwa Diggins. Polki były dopiero 12., do trzecich Amerykanek straciły półtorej minuty. Na efekty pracy Ivana Hudacza, który wiosną przejął naszą kadrę, najwyraźniej musimy cierpliwie czekać. Tej cierpliwości uczy sama Justyna, która tematu walki o olimpijski medal w drużynie nawet nie chce podejmować.