Justyna Kowalczyk: operacja kolano

- Najbardziej boję się, że nie będę cierpliwa podczas rehabilitacji, że coś zrobię za wcześnie i zepsuję. Marzę, by wszystko się ładnie zagoiło i abym wróciła do trenowania - mówi Justyna Kowalczyk, która we wtorek rano przeszła operację kolana.
Rozmowa została przeprowadzona w Falun podczas ostatnich zawodów PŚ w sezonie 2011/12.

Jak okazało się we wtorek, Justyna Kowalczyk wróciła do Polski dzień wcześniej. Powodem tego była zmiana terminu zabiegu, który rozpoczął się we wtorek o godzinie 9.

Robert Błoński: Nie udało się pani zdobyć czwartego Pucharu Świata z rzędu, ale stoczyła pani wyrównaną walkę o to trofeum i po raz trzeci wygrała najbardziej prestiżową imprezę sezonu, czyli Tour de Ski. Ile wysiłku kosztowała panią gonitwa z Marit Bjorgen?

Justyna Kowalczyk: Tak dużo, że w środę w Warszawie będę miała operowane prawe kolano. Tak dużo, że w ostatnich dwóch tygodniach byłam już tak zmęczona, że w pięciu biegach wywracałam się na trasie cztery razy. Nogi plączą mi się nawet wtedy, kiedy idę po schodach. Nie bolą mnie, czuję się świeżutka i ze wszystkiego zadowolona, ale jednak w mięśniach coś nie funkcjonuje jak trzeba. Osiągnęłam bardzo wysoki poziom umiejętności i dlatego doszło do aż tak dużego zmęczenia organizmu. To był ogromny wysiłek. Ale jestem zadowolona z sezonu, bo nie zawiodłam ani siebie, ani drużyny.

Rywalizacja z Marit Bjorgen nakręca was obie? To był sezon dwóch aktorek, inne zawodniczki wygrywały epizodycznie.

- Mnie na pewno nakręca. Gdyby nie było tak odrodzonej Marit, to w trzech ostatnich latach wygrałabym prawdopodobnie 80 proc. startów. Z drugiej strony, gdybym była tak dobra, to może spoczęłabym na laurach? Może bym pomyślała, że już wszystko wiem i umiem? Kiedy w ubiegłym sezonie regularnie przegrywałam z Marit, to się nakręciłam do wysiłku w trakcie kolejnych przygotowań. Dwanaście drugich miejsc było przykrym przeżyciem. Nie chciałam tego więcej i chyba to mnie tak mocno nakręciło. Sądzę, że Marit też jest nakręcona. Gdyby nie miała kogoś, kto mobilizuje ją do pracy z różnych stron, to też nie byłaby aż tak dobra. Ale nie chcę sprowadzać biegów narciarskich tylko do mojej rywalizacji z Marit. Obojętnie, z kim bym wygrywała, radość ze zwycięstw byłaby ogromna. Od igrzysk w Vancouver brakowało mi pięknych triumfów na najważniejszych imprezach. W tym sezonie wygrałam sześć biegów na 10 km stylem klasycznym, to moje "królestwo". Jestem bogatsza o doświadczenia, teraz już wiem, co robić dalej, żeby w kolejnych latach było dobrze.

Podczas ostatniego Tour de Ski powiedziała pani: "W poprzednim sezonie zdążyłam przyzwyczaić się do drugich miejsc". Okazuje się, że jest inaczej.

- Dostałam burę za tego typu wypowiedzi. To nie jest tak, że przybiegam druga i jestem zadowolona. Tak nigdy nie było. Gdybym kiedykolwiek pogodziła się z drugim miejscem, to w środę nie szłabym na poważną operację kolana. Ja, trener i cała drużyna pracowaliśmy ciężko właśnie po to, żebym znowu mogła wygrywać. W pewnym momencie poprzedniego sezonu różnica między mną a Marit była ogromna. Wiedziałam, że wtedy tego nie przeskoczę. Musiałam cierpliwie poczekać, odpracować swoje w trakcie przygotowań i osiągnęłam jej poziom, a w niektórych biegach byłam lepsza. Czuję wielką radość z wyników. Pod względem liczby zwycięstw w PŚ jestem piąta. Za mną są m.in. Kuitunen, Neumannová, Šmigun, czyli świetne kiedyś biegaczki. Z drugiej strony chciałoby się jeszcze lepiej. Czwartej Kryształowej Kuli trochę żal, ale nie robię tragedii. Piąty rok z rzędu jestem na podium PŚ.

W każdym kolejnym roku zdobywa pani więcej punktów. Ma pani gdzieś jeszcze zapas sił lub umiejętności? Podobno największe rezerwy tkwią w treningu siłowym.

- Zawsze bardzo dużo trenuję na siłowni, to żadna nowość. Wszyscy to robią, choć biegi narciarskie to wciąż sport wytrzymałościowy. Przede wszystkim jednak mam bardzo mądrego trenera, który doskonale poukładał moją przygodę ze sportem. Po drugie, to ja bardzo późno zaczęłam uczyć się biegać na nartach. Miałam 15 lat i tkwią we mnie rezerwy, które z roku na rok stopniowo zmniejszam. Dlatego jestem coraz lepsza. Z wiekiem trudniej mi zachować ten sam poziom wydolności, ale wciąż jest bardzo wysoki. Przed tym sezonem poprawiłam wszystkie swoje rekordy i nie licząc ostatnich startów, technikę jazdy.

Podczas Tour de Ski pojawiły się kłopoty z kolanem. Było zagrożenie, że się pani wycofa?

- Tak. Po paru biegach kolano było strasznie opuchnięte. Codziennie robiłam okłady z lodu i altacetu. Lekarstw nie mogłam jeść za dużo, bo one osłabiają organizm. Zażywałam dobry lek, ale po nim brzuch bolał tak, że ciężko było wytrzymać. Jednak traktowałam to kolano jak sprawę drugorzędną. Dopóki stoję, to mogę biegać. Miałam stabilizatory, opaski, wiedziałam, co, jak i kiedy mam z tym kolanem robić. Dr Robert Śmigielski był gotów przyjechać w każdej chwili, ale na szczęście w dniu przerwy w startach opuchlizna zeszła, a ból minął. Teraz zostało tylko to, co w środku.

Obawia się pani środowego zabiegu?

- Tak. Doktor Śmigielski jest świetnym specjalistą i mam do niego pełne zaufanie. Nawet nie chcę znać detali technicznych zabiegu. On wie, co ma robić. Niech tylko mówi, co ja mam robić (śmiech). Kolano to newralgiczne miejsce mojego ciała. Najbardziej boję się tego, że nie będę cierpliwa podczas rehabilitacji, że coś zrobię za wcześnie i zepsuję. Marzę, by wszystko ładnie się zagoiło i żebym wróciła do trenowania.

Najprzyjemniejszy moment sezonu?

- Pierwszy w historii Puchar Świata w Polsce. Pod względem emocji to, co działo się w Jakuszycach przez tych kilka dni lutego, było dla mnie najważniejszym wydarzeniem sportowym w życiu. Najbardziej zdumiewająca była wygrana w Moskwie - sprintu łyżwą po mieście. Nigdy wcześniej mi się to nie udało.



Myśli pani już o następnym sezonie?

- W środę czeka mnie kluczowy moment kariery: operacja kolana. O celach sportowych powiem 30 października, przed wyjazdem na pierwszy śnieg. Wtedy już będę wiedziała, co udało się zrobić w trakcie przygotowań. Chcę wyleczyć kolano i myśleć o przyszłorocznych mistrzostwach świata w Val di Fiemme oraz igrzyskach w Soczi za dwa lata. Te imprezy to mój główny cel. Jeśli zdrowie pozwoli, dam sobie odpowiednio mocno w kość. Tak, żeby za rok ze spokojną głową stanąć na starcie MŚ w Val di Fiemme i pomyśleć: "zrobiłaś wszystko, co mogłaś, teraz to pokaż". Tour de Ski zawsze traktuję jako przygotowania do najważniejszej imprezy sezonu. Dlatego, jeśli zdrowie pozwoli, to na pewno w nim wystartuję, bo miesiąc po Tourze przeżywam najlepsze chwile w sezonie. Dziś jednak to odległa perspektywa.

Co jeszcze jest do poprawki?

- Na treningach wszystko robię świetnie. Na zawodach, kiedy jest wielki wysiłek i stres, mam problemy na zakrętach. Czasem jadę za szeroko, czasem za bardzo się podpieram. Te elementy inne biegaczki wypiły z mlekiem matki. Ja wypiłam czytanie książek (śmiech). Ale uczę się, nie poddaję i widać, że nawet z takimi brakami można osiągać sukcesy.

Pierwsze zgrupowanie zaplanowane jest na początek maja w Zakopanem. Trener mówił, że chcecie trochę pobyć w Polsce, bo psychicznie jesteście już umęczeni zagranicznymi wyjazdami.

- Jako 22-latka lubiłam wyjazdy. 28-letnia kobieta ma inne priorytety. W moim przypadku wciąż wiążą się one ze sportem. Mam wielkie cele i marzenia sportowe. Im podporządkowuję całe życie. Trener słusznie się obawia, że kiedyś powiem: "Dość! Ile można?". Na razie mam motywację. Planujemy, żeby teraz na zgrupowania jeździł z nami Maciek Kreczmer, który w ubiegłym roku był na trzech obozach. Przez pięć lat trenowałam sama. Wiele rywalek szanuje mnie za wyniki, ale jeszcze bardziej za to, że potrafiłam do nich dojść, ćwicząc samotnie. Niby zawsze trenuję na 100 procent, ale jak widzę, że Maciek mnie wyprzedza, to jeszcze dodaję ułamek.

Czy jest coś, co mają Norwegowie, a czego pani brakuje?

- Nasze bieżące potrzeby są zabezpieczone. Ale my nie możemy się równać ze Skandynawami nawet marzeniami. To są wielkie teamy. Na Tour de Ski Norwegowie mieli nawet kobietę, która odpowiadała tylko za robienie kanapek. Ja umiem je robić sama (śmiech).

Wychudła pani.

- Na wadze przybieram latem. To luksus, który cenię, bo wtedy wyglądam po ludzku. Zimą jest stres i starty, więc tracę kilogramy. Poza tym, jeśli czasem nie zjem całej tabliczki czekolady, tylko dwa kawałki, to waga też szybciej spadnie.

Raz w roku uczestniczy pani w sesji fotograficznej. Będzie ich więcej?

- Nie. Jestem osobą popularną i wiem, że wielu kibiców chce mnie widzieć w różnych sytuacjach. Dlatego raz w roku decyduję się na sesję zdjęciową i wywiad inny niż pozostałe. Chcę się pokazać z innej strony, ale to dla mnie żadna przyjemność. Raczej poczucie obowiązku. Jestem bardzo niecierpliwa i niereformowalna w tym temacie. Jednak coraz bardziej rozumiem, że są rzeczy, które powinnam robić.

Na tych zdjęciach widać, że nie ma pani tak potężnego bicepsa jak Marit Bjorgen?

- Spotykamy się w szatni, więc wiem, z kim się ścigam. Powiem tylko, że Marit nie kłamała, mówiąc, że taki biceps ma już od lat. Ja takiego nigdy nie będę miała.

"Justyna już nie jest w cieniu Bjoergen" - mówi Aleksander Wierietielny »