Biegi narciarskie. Tour de Justyna, część 3.

Polka czekała na tę chwilę długie dwa lata, ale do drugich miejsc przyzwyczaić się nie chciała. Aż wreszcie pokonała Marit Bjoergen nawet na Alpe Cermis. I po raz trzeci z rzędu wygrała Tour de Ski - najbardziej prestiżową imprezę tego sezonu
Na morderczym podbiegu pod Alpe Cermis Kowalczyk udowodniła, jak jest wielka. Razem z trenerem Aleksandrem Wierietielnym idealnie trafili z formą, niesamowita dyspozycja przyszła w najważniejszym momencie.

- Osiągnęłam wyższy pułap swoich możliwości - mówiła Justyna Kowalczyk. O kompleksie Marit nie ma mowy, ale w niedzielę Polka przełamała jej dominację - po raz pierwszy od niemal dwóch lat wygrała z nią bezpośrednią rywalizację na prestiżowej imprezie.

Ostatni raz zdarzyło się to na MŚ w Libercu, gdzie Polka wywalczyła trzy medale, w tym dwa złote. Marit wyjechała wtedy z Czech przed końcem imprezy, bez sukcesu. Potem zmieniła w treningu wszystko. Rozpoczęła się jej złota era.

W 2010 roku na igrzyskach w Vancouver Polka wyszarpała jej na ostatnich metrach jedno złoto - na 30 km klasykiem. Z MŚ w Oslo w 2011 r. wróciła z medalami, ale bez tytułu. Bjoergen biegała wtedy w innej lidze.

Kowalczyk zostawały Kryształowe Kule za Puchar Świata, bo Bjoergen opuszczała kilkanaście startów w roku - także Tour de Ski - by przygotować się do ważniejszych zawodów.

W tym roku ogłosiła, że przyjeżdża wygrać rozgrywany po raz szósty Tour. Jak dotąd Norwegowie - światowa potęga w biegach - nie potrafią zwyciężyć w tej najbardziej prestiżowej i najlepiej opłacanej imprezie.

Ich plany pokrzyżowali Kowalczyk i wśród mężczyzn Szwajcar Dario Cologna. Ale triumf Polki jest dużo większym zaskoczeniem. Bjoergen, która miała piorunujący początek sezonu, była też murowaną faworytką Touru.

Pierwsze trzy etapy wygrała Polka. Wydawało się, że Marit już się nie podniesie. - Nie spodziewałam się, że Justyna będzie tak mocna - przyznała. Ale wygrała cztery kolejne wyścigi Touru.

Koszulkę liderki przejęła tylko na dzień. Kowalczyk dokonywała rzeczy wyjątkowych. W sprincie łyżwą w Toblach zajęła trzecie miejsce, a to nie był ani jej dystans, ani jej technika, ani jej profil trasy. Wtedy po raz pierwszy przyszła myśl, że może wygrać Tour, bo różnica między nią a Marit nie jest duża.

Dzień po sprincie noga w nogę biegły na 15 km łyżwą. Na początku grudnia Kowalczyk przegrała z Bjoergen identyczny bieg o półtorej minuty. W Toblach - o dwie sekundy, choć Norweżka wielokrotnie próbowała uciekać, dyktowała niesamowite tempo.

W sobotę na 10 km klasykiem i w niedzielę na Alpe Cermis podziwialiśmy już kapitalną postawę Kowalczyk, która w każdym biegu zostawiała Norweżkę daleko za sobą.

- Udowodniliśmy, że Marit nie jest z żelaza - powiedział Wierietielny. Po sobotnim biegu na 10 km klasykiem spojrzeli sobie z Justyną w oczy i serdecznie się wyściskali. Trenerowi ze wzruszenia trochę odjęło głos.

Wiedzieli, że jeśli na podbiegu nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, Kowalczyk zwycięży.

I tak było. Odjechała rywalce przy pierwszej okazji. Za metą była wycieńczona, ale nie upadła. Norweżka wyściskała Polkę, a potem runęła twarzą w śnieg. Nie była w stanie sama odpiąć nart.