Apoloniusz Tajner mówi o pechowym skoku Tomasza Pochwały

Skoczek popełnił błąd po wyjściu z progu. Stracił s6tabilność. A w takiej sytuacji nic już nie można zrobić - opowiadał trener polskich skoczków po treningu na mamuciej skoczni w Planicy, gdzie w sobotę odbędzie się konkurs drużynowy, a w niedzielę ostatni w sezonie konkurs indywidualny.
Robert Błoński: Co Pan powie po upadku Tomasza Pochwały?

Apoloniusz Tajner: Jestem wstrząśnięty, bo to mój zawodnik. A byłem o niego taki spokojny... Bardziej bałem się przed mistrzostwami świata w lotach w Harrachovie. Ale tam skakał prawie po 200 metrów i wszystko było w porządku. Tutaj popełnił błąd po wyjściu z progu. Stracił stabilność. A w takiej sytuacji nic już nie można zrobić. Nie miał żadnych szans. To tak, jakby w samolocie nagle złamało się skrzydło. Pilot niby siedzi za sterami, ale nic nie jest w stanie zaradzić.

Dobrze, że Tomek nie uderzył w zeskok głową, bo mogłoby to skończyć się tragicznie. Przy upadku najgorszy jest właśnie ten pierwszy moment, kiedy z całym impetem wali się w ziemię. Tomek uderzył nogą, potem dopiero ciałem. Noga przyjęła pierwszy cios i dlatego pewnie nie stracił przytomności. Widziałem, jak upada, a potem zniknął mi z oczu. Natychmiast przeniosłem wzrok na ustawiony obok naszej wieży monitor. Rzucało nim jak kukłą. To, że nie wypięła mu się narta, nie miało znaczenia.

Podczas upadku Pochwała schował, podkulił głowę. Czy skoczkowie uczą się, jak upadać?

- Nie, bo nie ma jak. Musieliby wjeżdżać na skocznie i specjalnie się przewracać. Tomek zachował się bardzo dobrze, ale to był instynkt. Cóż, takie są skoki, szkoda tylko, że tym razem padło na nas. Tomka strasznie zmaltretowało. To pierwszy przypadek, odkąd jestem trenerem, że ktoś upadł na mamucie. Na mniejszych skoczniach bywały upadki, ale o nich szybko się zapomina.

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką powiedział Pochwała, była prośba o zaopiekowanie się nartami...

- Tomek to "kozak", odważny jest. Wróci na skocznię. Zdaję sobie sprawę, że każdy upadek zostawia ślad w pamięci.

Czy to prawda, że Pochwała nie chciał skakać po raz trzeci? Podobno źle się czuł, był zmęczony po podróży. On jechał w samochodzie, który popsuł się na Słowacji. W hotelu był o pierwszej w nocy, a wstał przed siódmą rano.

- Nie. Mnie nic na ten temat nie wiadomo. Tomek nic nie mówił, że nie chce skakać. Ja takie sugestie, szczególnie na mamucie, traktuję bardzo poważnie. Gdyby zasugerował "odpuszczenie" skoku, raczej bym się zgodził. Ale on dwa pierwsze skoki miał nie za bardzo udane. Poszedł więc skoczyć po raz trzeci, żeby się poprawić.

Jak Pan oceni skoki Adama Małysza?

- Pierwszy bardzo dobry, w drugim trochę spóźnił odbicie, ale poważniejszego błędu nie popełnił. Pokazał, że umie latać na mamutach, że te skoki w Harrachovie były przypadkowe. Trzeci raz nie skakał, bo nie było potrzeby. Tu, w Planicy, aby dojść do progu, trzeba wspiąć się na nogach ponad sto metrów, bo wyciąg nie dojeżdża. Nie było sensu tracić sił na trzeci skok, skoro dwa pierwsze były dobre.