Polscy biatloniści mają dosyć związku

Tomasz Sikora: Brat ma zakład blacharsko-dekarski, będę dachy naprawiał. Krzysztof Topór: Siostra mieszka w Ameryce, szwagier ma firmę budowlaną albo u ojca instruktorem prawa jazdy będę. Wojciech Kozub: Też mam rodzinę w Ameryce, robotę znajdę. Wiesław Ziemianin: Do biura się nie nadaję, może w wojsku zostanę albo na kierowcę pójdę. Czterech najlepszych naszych biatlonistów ma dosyć sportu. I Związku.


Na olimpiadzie wypadli poniżej jakiejkolwiek krytyki. Do Salt Lake City jechali po miejsca w pierwszej dziesiątce w biegach indywidualnych i przynajmniej szóste w sztafecie. Zawiedli na całej linii. - Gdybym wiedział, że takie będą wyniki, w ogóle bym tu nie przyjechał - zapewnia Sikora, mistrz świata na 20 km z Anterselvy z 1995 roku.

Dziewiąte miejsce w sztafecie oznacza, że 30 kwietnia cała biatlonowa drużyna traci stypendia olimpijskie w wysokości 2 tys. zł. - Ja mam do września wypowiedzenie z wojska. Klub z Kościeliska upada. Pójdę na bezrobotne - mówi Ziemianin.

Osiem tysięcy w jednych butach

- To dziewiąte miejsce nie jest takie złe, ale narta nam nie jechała - opowiada Kozub. - A jak miała jechać, skoro dobrych smarów nie mieliśmy? - denerwuje się Topór. - Na parafinę wydaliśmy 10 proc. tego, co Ukraińcy. My - 3 tys. marek, oni - 30 tys. - dodaje gorzko Sikora. - Teraz, już na olimpiadzie, wymusiliśmy na działaczach kupno smarów. Pożyczyli pieniądze, kupili, ale nie takie jak trzeba. We wtorek, kiedy je kupowano, było zimno i wzięto smar na mróz. W nocy się ociepliło, spadł deszcz i te smary na bieg sztafetowy się nie nadawały.

Sytuacja polskiego biatlonu przedstawiana z perspektywy zawodników jest tragiczna. - Non stop nie ma pieniędzy na nic - na obozy, lekarstwa, odżywki, sprzęt, samochód - wyliczają biegacze. - Dwa lata temu związek oddał do UKFiS miliard starych złotych. A można było choć buty kupić. Kije nowe, na sztafetę, dostaliśmy już w Ameryce, trzy dni przed biegiem. Gdyby się złamały, nie byłoby na czym biec.

Ziemianin: - Mamy tylko po cztery pary nart, a inne drużyny po 20. Dostajemy jedną parę butów na sezon, przebiegamy na nich średnio po 8 tys. km, na nartach i rolkach. Są już zdarte i śmierdzące. Po rannym treningu nie zdążą wyschnąć, a już trzeba je na drugie zajęcia zakładać.

Biatloniści, choć jest podpisana umowa z jednym z producentów sprzętu sportowego, sami muszą kupować sobie m.in. rękawiczki, okulary i pokrowce na narty. - Ja biegałem na nartach Rossignola, ale w spodniach Fischera. Wyglądałem jak pajac - denerwuje się Kozub. - A ostatnio letni sprzęt dostaliśmy we wrześniu - podkoszulkę, krótkie spodenki w kwiaty, cieplejsze bluzy i buty do biegania. Czesi się z nas śmiali - dodaje Topór.

Półtorej godziny do trasy

- Wiosną ubiegłego roku doszło do spotkania zawodników z trenerem Jurijem Albersem. Powiedzieli sobie, że olimpiada jest najważniejsza, że nic innego ich nie interesuje. Forma miała przyjść. Jednak jakoś nie chciała. Problemy zaczęły się latem, przed wyjazdem na obóz do Bułgarii. - Nie było sprzętu i zapowiedzieliśmy, że nie pojedziemy, jak go nie dostaniemy. Zagroziliśmy strajkiem. Przez miesiąc było normalnie - opowiada Ziemianin. - Wcześniej, na obozie w Jabloncu, nie wynajęto nam siłowni. Ćwiczyliśmy w lesie, rzucaliśmy kamieniami. Siła przyszła. Jednak tak trenowano wiele lat temu.

- W grudniu na lekarstwa dostaliśmy tylko 2,5 tys. zł. Lekarz powiedział, że za tyle to może kupić odżywki dla jednego zawodnika - mówi Topór.

Grupa zaczęła się sypać. Dochodziło do nieporozumień ze szkoleniowcem. - Liczyło się tylko przygotowanie fizyczne. "Dawaj, dawaj, dawaj" i to wszystko. Co z tego, że ja teraz mogę biec i 50 km, skoro szybkości i dynamiki nie mam? Na olimpiadzie mogliśmy trenować tylko raz, bo mieszkaliśmy w wiosce, z której do Soldier Hollow jedzie się półtorej godziny. Nasi rywale wynajęli kwatery tuż przy trasie i ćwiczyli dwa razy dziennie - tłumaczy Sikora.

Rzuć to w diabły

Co będzie dalej? Topór: - Decyzję podejmę w maju, po komunii córki. Na pewno pojadę do siostry do Stanów.

Kozub: - To moja ostatnia olimpiada, nie chcę dalej współpracować z tymi działaczami. Może i chciałbym dalej trenować, ale po co? Żona, była biatlonistka Halina Pitoń, powtarza mi: "Rzuć to w diabły, odpoczniesz psychicznie".

Sikora: - Nerwowy jestem. W sporcie mi się nie wiedzie i to odbija się na rodzinie. Mam dosyć, chciałbym jeszcze rok spróbować, ale nie z tymi ludźmi. Po co znowu się oszukiwać?

Ziemianin: - Jak tak dalej pójdzie, to do Turynu nikt z biatlonu nie pojedzie. Będzie tak jak z Januszem Krężelokiem w biegach. Będziemy mieli jednego biatlonistę. I sukcesem będzie miejsce w 60. w Pucharze Świata. Jak nie zostanę w wojsku, pójdę do jakiejś fizycznej roboty.

Jakiś czas temu, telefonicznie, biatloniści próbowali interweniować w UKFiS. Dowiedzieli się, że jedyne, co Urząd może zrobić, to wstrzymać wszelkie dotacje dla związku. To oznaczałoby koniec wyjazdów na zawody, niewypełnienie minimów olimpijskich i koniec marzeń o Salt Lake City. Cierpliwie wytrzymali do igrzysk.