Chciałabym być Małyszem! - opowiada Jagna Marczułajtis

- Czego najbardziej mi tu brakuje? Żurku przygotowanego przez moją mamę i pierogów z mięsem. Bo jedzenie w wiosce olimpijskiej jest okropne - opowiadała na spotkaniu z dziennikarzami Jagna Marczułajtis.
Przyszła wypoczęta i uśmiechnięta. - Umalowałam także oczy. Wolno mi, przecież jestem kobietą. Co innego, gdyby na spotkanie z dziennikarzami przyszedł jakiś wymalowany facet - żartowała. - Na razie nic mnie nie boli, no może po tych trzech upadkach trochę pupa. Przejechanie ośmiu wyścigów jest wyczerpujące. I na pewno będą bolały mnie także nogi. Wezmę masaże, ale nie wiem, na ile mi pomogą.

23-letnia snowboardzistka z Poronina zajęła czwarte miejsce w slalomie gigancie równoległym. Od awansu do ścisłego finału i walki o złoty medal dzieliło ją pięć metrów. W drugim wyścigu półfinałowym prowadziła z późniejszą mistrzynią olimpijską Isabelle Blanc z Francji. Popełniła błąd i przewróciła się na przedostatniej bramce. Upadek w drugim przejeździe pozbawił ją też brązowego medalu (jej rywalką była Włoszka Lidia Trettel). Wcześniej przewróciła się też w pierwszym przejeździe ćwierćfinałowym, ale Austriaczka Maria Kirchgasser upadła w drugim, i to Polka znalazła się w półfinale.

O początkach kariery

Moi rodzice są trenerami narciarstwa alpejskiego. Tak więc wychowywałam się właściwie z deskami na nogach. Po raz pierwszy przypięto mi narty, kiedy miałam dwa lata. Nic nie zmieniało się przez 13 lat. Dostałam się nawet do kadry juniorów Polski. Rodzice byli wniebowzięci.

Aż kiedyś, w wieku 15 lat, poznałam chłopaków z Warszawy jeżdżących na snowboardzie. Spróbowałam, spodobało mi się. Poza tym znudziłam się już trochę nartami. Zaczęłam więc szukać czegoś nowego. Koledzy zaproponowali mi wyjazd na lodowiec, powiedziałam, że nie mam pieniędzy. Oni sfinansowali wyprawę. I tak zaczęła się moja fascynacja snowboardem. Rodzice byli załamani... A ja niesamowicie szybko robiłam postępy. Trafiłam do snowboardowej kadry Polski juniorów i na swoich pierwszych mistrzostwach świata wywalczyłam dwa złote medale. W slalomie równoległym.

Teraz spędzam poza domem około 268 dni w roku. Kiedy przyjeżdżam do Poronina, rzadko kiedy zdarza mi się zakładać deskę na nogi. Raczej odpoczywam i jeżdżę konno.

Z uprawiania snowboardu ciężko wyżyć. Nie zarabia się wielkich pieniędzy, a to sport dosyć kosztowny. Deska, na której jeżdżę, warta jest 2,5 tys. zł. Dobrze, że nie muszę za każdym razem jej kupować, tylko dostaję od firmy. A trzeba wiedzieć, że do slalomu i slalomu giganta są różne deski. Do zwykłego jest krótsza.

O koniach i motorach

Uwielbiam jeździć konno. Mam nawet koło domu w Poroninie małą stajnię, ale mój koń - Czersk się nazywa - jest w Krakowie pod troskliwą opieką wspaniałych fachowców. Jak tylko mam czas, jeżdżę na nim, a w okolicach Poronina biorę co roku udział w tradycyjnym wyścigu kumoterek. Są to wyścigi trójek. Ja jadę na koniu, a w jakiejś odległości za mną, trzymając lejce, jedzie narciarz. Dlatego nazywa się to wyścig "kumoterek", bo na koniu jedzie gaździna, a na nartach gazda. Wygrywa trójka, która najszybciej dojedzie do mety. Startowałam także w Warszawie, na Torwarze w Mikołajkowym Turnieju skoków przez przeszkody. Zajęłam trzecie miejsce. Może w tej konkurencji wystartuję na olimpiadzie w Atenach? Zobaczę jednak, czy będzie to realne.

Moją drugą pasją są motocykle. Uwielbiam szybką jazdę. Mój rekord prędkości to 240 km/godz., ustanowiłam go na autostradzie w Austrii. Do tej pory jeździłam na suzuki, teraz jednak moim sponsorem została firma Junak i mam obiecany motor tej marki. Mam nadzieję, że po powrocie z Ameryki będzie już na mnie czekał.

O marihuanie

Po wpadce Rosa Rebagliattiego w Nagano, kiedy w jego organizmie wykryto marihuanę, przypięto wszystkim snowboardzistom etykietkę palaczy trawki, zwolenników hip hopu i spodni z rozporkiem na wysokości kolan. Tak bowiem wyglądają zawodnicy w half-pipie. A reszta ma może miejsce, ale u amatorów. Wśród zawodowców nie można sobie pozwolić na palenie "trawy" czy inne używki. Trenujemy tak samo intensywnie, jak skoczkowie, biatloniści czy łyżwiarze [mimo tych zapewnień, podczas piątkowych zawodów, szczególnie w okolicach trybun wypełnionych przez kibiców z kwadratowymi, czerwonymi flagami z białym krzyżem w środku, w powietrzu unosił się słodki, przyjemny i delikatny aromat palonych konopi indyjskich - rb.]

O olimpiadzie

Jest wspaniała. To moje drugie igrzyska, ale teraz dopiero poczułam, co to jest, czym to się "je". W Nagano nie mieszkałam w wiosce olimpijskiej i czułam się trochę, jak na kolejnych zawodach Pucharu Świata. Tu czuję ducha olimpijskiego. Kiedy podczas ceremonii otwarcia przeszłam wokół stadionu, usiadłam na trybunach, poczułam, po co tyle potu i łez wylewa człowiek na treningach. Nie ma za ten wysiłek i stres większej zapłaty niż igrzyska.

Jedyne, co mi się nie podoba, to jedzenie. Jest tragiczne. Wszystko. Nic mi nie smakowało. Na szczęście atmosfera w wiosce była tak "gorąca" i podniosła, że przez jakiś czas żyłam tylko nią. Poza tym przed startem byłam podenerwowana, "paliło" się we mnie, nie mogłam za wiele jeść i pewnie straciłam kilka kilogramów. Teraz jednak wypadałoby się normalnie odżywiać. Och, jak tęsknię za żurkiem mojej mamy i pierogami z mięsem...

O medalu i Walentynce

Jadąc na olimpiadę, powiedziałam mamie, że przywiozę medal. Ambicje miałam ogromne, może nawet za duże. Ale ja jestem marzycielką. No, w każdym razie byłam nastawiona na sprawienie niespodzianki. Nie udało się.

Tam, na górze, miałam swoją Walentynkę. Takiego fajowego, milutkiego misia. Jeszcze nie powiem od kogo [my dowiedzieliśmy się, że nową sympatią Jagny jest.... łyżwiarz figurowy Sebastian Kolasiński; spacerują razem po wiosce olimpijskiej, trzymają się za ręce, a Jagna prosto z konferencji prasowej pojechała na program skrócony par tanecznych, by obejrzeć Sebastiana na żywo - red.].

O slalomie gigancie równoległym

To nie jest moja ulubiona konkurencja. Zawsze większe sukcesy osiągałam w zwykłym slalomie. W gigancie nigdy wcześniej nie byłam nawet w ósemce Pucharu Świata. Ale gigant jest na pewno bardzo ekscytujący dla kibiców. Jedzie się szybciej niż w slalomie, odległości między bramkami są dłuższe - od 20 do 27 metrów. Dla porównania - w zwykłym odległości między bramkami wynoszą od siedmiu do 12 m. W gigancie jest prędkośc i prawdziwy wyścig, wszystko dzieje się szybko, zmienia jak w kalejdoskopie. Pary jadą jedna za drugą. Ale teraz zaczynam już znowu trenować slalom, właśnie odebrałam deskę do tej konkurencji. Giganta już chyba nie muszę tak mocno "szlifować", popracuję jedynie nad techniką jazdy.

Ja byłam na tej olimpiadzie w superformie. To naprawdę szczyt moich możliwości. W czwartek, kiedy awansowałam do czołowej szesnastki, byłam wniebowzięta. Wtedy wypełniłam plan minimum. A w piątek wszystko toczyło się tak szybko, że nie miałam czasu zastanawiać się nad tym. Start gonił start, trzeba było zjeżdżać i wjeżdżać na górę. A ja właściwie sama zajmowałam się deską. Sama ostrzyłam krawędzie, smarowałam deskę.

W slalomie gigancie równoległym upadki to coś normalnego. Na trasie jedzie się tak, by samemu się nie wywrócić i czeka na błąd przeciwnika. Ta konkurencja to loteria.

O ćwierćfinale

Bardzo chciałam wygrać z Austriaczką Marią Kirchgasser. Na przedostatnich przed igrzyskami zawodach Pucharu Świata pokonała mnie. Ona leżała na trzeciej bramce, ale wstała i jechała dalej. Ja upadłam kilka bramek niżej i już nie miałam z nią żadnych szans. Dostałam czas karny, który zawsze doliczany jest przed drugim biegiem i stanowi 5 proc. najlepszego czasu przejazdu. Drugi bieg wygrałam z nią o 1,5 sekundy, ale to było za mało. Odpadłam. Byłam wściekła. Pomyślałam sobie, że przy najbliższej okazji się zrewanżuję.

Nie sądziłam, że spotkamy się już na olimpiadzie. Historia omal się nie powtórzyła. Też leżałam w pierwszym przejeździe, też miałam czas karny. Ale nie traciłam nadziei. Bo te straty zawsze można odrobić. Na finiszu kątem oka zauważyłam, jak Austriaczka się przewraca. Ucieszyłam się. Z tego, że ją pokonałam, radość była większa od smutku po następnych porażkach.

O półfinale

Ścigałam się z Isabelle Blanc. Znam ją bardzo dobrze, razem trenowałyśmy przed igrzyskami. Kilka miesięcy przed olimpiadą spędziłam właśnie z kadrą Francji. Przygotowywałam się na własny koszt, ciężko jest wyżyć ze snowboardu. Związek niewiele mi pomagał. Ale mam nadzieję, że teraz prezes Rychter inaczej będzie na mnie patrzył. Przychylniej. Konflikt był, ale jest olimpiada i nie chcę teraz o tym mówić.

Wracając do kadry Francji, to moją najlepszą koleżanką jest Juliet Pomagalski, Blanc natomiast to dziwna kobieta. Bardzo szorstka, chłodna w obyciu. Szczególnie z ludźmi, którzy w jakikolwiek sposób mogą jej zagrozić. W drugim wyścigu, na przedostatniej bramce, popełniłam błąd techniczny. Może trochę się rozkojarzyłam? Ale na trzeciej bramce od końca za bardzo ścięłam zakręt i już nie mogłam skontrować, bo bym straciła za dużo czasu. Chciałam więc przeciąć następną bramkę i przodem deski zahaczyłam o nią. To jest przyczyna mojego upadku.

Nie wiem, co będzie ze mną dalej. Zastanowię się po sezonie.

O Małyszu

Kiedy tylko mogłam, oglądałam Adama w telewizji. Podziwiam go. I bardzo cenię. On powinien mieć tu złoty medal. Należał mu się za to, co robił. Nie byłam na konkursach indywidualnych, bo leczyłam grypę w wiosce olimpijskiej. Konkursów w Zakopanem też nie widziałam na żywo, przygotowywałam się we Francji. Na poniedziałkowy konkurs drużynowy na pewno jednak się wybiorę. I będę dopingować chłopaków.

Małysz to wybitny sportowiec i dobry kolega. Nawet jak wracał padnięty z ceremonii wręczenia medali, chętnie stawał i pozował do zdjęcia. Wiem, bo sama robiłam sobie fotkę z mistrzem. Mam także jego autograf. Zawsze uśmiechnięty, spokojny, skromny. Jego sukcesy, przynajmniej mnie, bardzo zmobilizowały do wysiłku. Zobaczyłam, że polski sportowiec też może rywalizować z najlepszymi na świecie w swojej konkurencji. Ja też bym tak chciała. Zdobywać medale mistrzostw świata i olimpiady, być tak popularną. Stać mnie na to. W Salt Lake City jeszcze się nie udało. Zabrakło niewiele. Ale następnym razem? Kto wie.



Adam Małysz o Marczułajtis

Oglądałem jej występ w telewizji, też ściskałem kciuki. Szkoda, że nie zdobyła medalu.

Życzę jej oczywiście takich sukcesów, jakie sam odniosłem, ale nie wiem, czy wie, co mówi, kiedy twierdzi, że sprostałaby takiej popularności. Kto tego nie przeżył, nie wie, jak jest to uciążliwe, kłopotliwe i czasem wręcz męczące. Pewnie po miesiącu miałaby wszystkiego dosyć.

Czy Polacy w SLC zaskoczą nas jeszcze tak, jak Marczułajtis?