MŚ w Lahti. Rafał Kot: o medal będzie bardzo trudno. W konkursie drużynowym też

- Euforia przed konkursem na skoczni normalnej była trudna do zniesienia. Teraz jest spokój, może to na dobre nam wszystkim wyjdzie - mówi Rafał Kot po kwalifikacjach do czwartkowego konkurs MŚ w Lahti na skoczni HS130. - O medal będzie nam bardzo trudno. Również w konkursie drużynowym - twierdzi były fizjoterapeuta kadry, a prywatnie ojciec jednego z kandydatów do podium, Macieja Kota. Relacja na żywo z zawodów w czwartek o godz. 17.30 w Sport.pl




Łukasz Jachimiak: Po kwalifikacjach do pierwszego konkursu MŚ w Lahti nastawialiśmy się na polskie medale, bo błyszczała cała nasza "czwórka". W kwalifikacjach do czwartkowych zawodów nie błysnął żaden z Polaków, a układu sił w ogóle nie dało się poznać przez zmienną pogodę. Może to dobrze?

Rafał Kot: Na wyniki ze środy w ogóle bym nie patrzył. Pogoda wszystko wypaczyła. Zawodnicy zaraz po skokach mówili, że przeliczniki za wiatr zupełnie nie oddawały tego, co się działo. Skoczek dostawał punkty minusowe, nawet bardzo duże, bo zaraz za progiem mu powiało. Ale co z tego, skoro błyskawicznie cichło i nijak nie dawało się odlecieć? Chyba tylko dwóm zawodnikom na dole podwiało. To byli Simon Ammann i Antti Aalto. Fin wygraniem kwalifikacji był wyraźnie tak samo zdziwiony jak chyba wszyscy, którzy je oglądali. Ten dzień jest do zapomnienia. Nie dość, że mocno wiało, to jeszcze pod koniec padający deszcz zaczął się zmieniać w śnieg i osiadał w torach. Ostatnich 10-15 skoczków osiągało na dojeździe prędkości nawet o dwa kilometry na godzinę gorsze od tych, którzy jechali kilkanaście minut wcześniej, a przecież belka startowa dla wszystkich była ta sama.

Cokolwiek nam te kwalifikacje pokazały, jeśli chodzi o formę Polaków?

- Patrząc na samą technikę skoków, to nasi zaprezentowali swój normalny, dobry poziom. Ale jeśli w konkursie pogoda będzie podobna jak w kwalifikacjach, to technika i moc zejdą na dalszy plan. Niestety, w skokach nie wystarczy dobry skok, trzeba jeszcze mieć szczęście do warunków. Oczywiście słyszymy, że w czwartek warunki mają być lepsze, więc tragedii nie ma. I może dobrze się to wszystko poukładało, bo euforia przed konkursem na skoczni normalnej dla mnie była trudna do zniesienia, za dużo osób mówiło, że nasi resztę zmiażdżą. Teraz jest spokój, może to i na dobre nam wszystkim wyjdzie.

W poniedziałek rano Polacy skakali dobrze na pierwszych treningach, ale wtedy nie mogli się porównać z kilkoma skoczkami z czołówki, bo ci odpoczywali po niedzielnym konkursie mieszanym. Z kolei we wtorek nie trenował Kamil Stoch, a o środzie już wszystko Pan powiedział. Dni do konkursu na skoczni dużej potoczyły się tak, że chyba trudno powiedzieć, kto jak wygląda?

- Moim zdaniem będzie nam bardzo trudno o medal. Norwegowie idą ławą. Zobaczycie, jaki będziemy mieli konkurs drużynowy, jak ciężko będzie stanąć na "pudle". Chciałbym, żebyśmy to zrobili, ale nie mówmy, że mamy podium zarezerwowane, a zwłaszcza, że nasze jest już pierwsze miejsce.

Rozumiem, że chce Pan tonować nastroje, ale chyba nie uważa Pan, że my nie jesteśmy przygotowani do walki o medale? Czwarte miejsce Stocha, piąte pańskiego syna i ósme Dawida Kubackiego chyba jednak pokazują, że trafiliśmy z formą?

- Oczywiście, że trafiliśmy. Inaczej nie mielibyśmy trzech zawodników w "dziesiątce". Ale zobaczymy, kto będzie miał błysk dnia, którego w sobotę nam zabrakło. Brakowało tam iskierki i trochę szczęścia do warunków. Nikt nie da gwarancji, że teraz nam tego nie zabraknie.

Ma Pan swojego faworyta na czwartek?

- Nie ma takiego. Moim zdaniem liczyć będą się wszyscy trzej medaliści z soboty, do nich doliczam co najmniej dwóch Norwegów, którzy rozskakali się nagle wszyscy, cała drużyna, dołączam jeszcze Petera Prevca, no i wiadomo, naszych chłopaków. Dalej patrzę na Michaela Hayboecka i Manuela Fettnera. Tym razem chętnych będzie więcej, również ze względu na pogodę. Bo nawet jeśli będzie lepsza niż w środę, to na tej większej skoczni każdy podmuch będzie więcej ważył.

Rozmawiał Pan z Maćkiem po pierwszym konkursie?

- Co wieczór się kontaktujemy. Oczywiście nie rozmawiamy o technice skoków, bo od tego jest Stefan Horngacher ze swoim sztabem, ja się w takie rzeczy nie wtrącam. Natomiast cieszy mnie, że słyszę u syna chęć do walki. Z tych rozmów wiem, że nastroje w kadrze są ciągle bojowe, że podłamania nie ma, że do żadnego obniżenia aury w naszej drużynie nie doszło (śmiech). Faworytów jest wielu, warunki trudne, ale my w niczym nie odstajemy, jesteśmy w gronie najlepszych i na pewno będziemy walczyć. Tego wszyscy w ekipie się trzymają.