MŚ w Lahti. Justyna Kowalczyk: Dostałam kolejnego kopa w tyłek. Może przesadziłam z przygotowaniami. Może trzeba było wyluzować

- A może po prostu muszę się pogodzić z tym, że czas Justyny wygrywającej już minął? - pytała Justyna Kowalczyk za metą 10 km. Zajęła ósme miejsce, ani na chwilę nie zbliżając się do miejsc medalowych. Wygrała Marit Bjoergen przed Charlotte Kallą i - nieoczekiwanie - Astrid Jacobsen
Niby był uśmiech, ale też było jasne, że duma sportowca cierpi jak rzadko kiedy. Nie chodzi o to, że medal uciekł. Tylko że miejsce tak bardzo nie pasowało do odczuć, mobilizacji, przygotowań. Uciekło nie tylko podium, ale też miejsce w pierwszej piątce, a wydawało się, że forma jest na pierwszą piątkę. Okazało się, że niezły wynik z Otepaeae, ostatniej próby przed MŚ, to wcale nie był znak, że możliwości jeszcze pójdą w górę.

Półtora kilometra, i wszystko jasne

Już po pomiarze czasu na 1,5 km było jasne, że to nie jest jej dzień, że gdzieś zniknęła lekkość, którą już było widać w tym sezonie: w Otepaeae, w Pjongczang. Straty do miejsc medalowych rosły na każdym kolejnym pomiarze. - Mam poczucie, że forma jest jednak lepsza niż to co zaprezentowałam - mówiła Justyna Kowalczyk. Ale sama nie umiała sobie wytłumaczyć, dlaczego sekundy tak uciekały. Nie było upadków ani wyraźnych błędów w tych punktach trasy, których się obawiała. Nie było problemów z nartami, choć były głównym zmartwieniem przed biegiem. Nie było kryzysu na ostatnich kilometrach, jak często w ostatnich latach bywało. To na tych ostatnich kilometrach udało się zrównać czasem z Ingvild Flugstad Oestberg, z którą zajęły ex aequo ósme miejsce.

"Miałam zacząć szybko. A było wolno"

Ale brak skrajnego zmęczenia w końcówce żadnym pocieszeniem nie był, raczej kolejną zagadką: dlaczego się nie udało od początku zmęczyć tak, jak tego wyzwanie wymagało? - Miałam zacząć szybko i niech się dzieje co chce - mówiła Polka. Czyli scenariusz był taki, jak na bieg w Otepaea. Ale efekt zupełnie inny. - Wydawało mi się, że biegnę szybko, ale ja tak mam, że jeśli mi się wydaje szybko, to jest wolno. Wydawało mi się, że jak dojdę Szwajcarkę Nathalie von Siebenthal, która ruszała minutę przede mną, to będzie znak, że wszystko idzie dobrze. Dogoniłam ją, a okazało się, że dobrze nie jest - zastanawiała się Kowalczyk.

Nic nie złamie Astrid Jacobsen

- Dostałam kolejnego kopa w tyłek - mówiła, gdy akurat wywoływali do dekoracji medalistki: zwyciężczynię, Marit Bjoergen, teraz już bezapelacyjnie królową kolejnych mistrzostw świata (po przerwie na Falun, gdzie ją zdetronizowała Therese Johaug). Srebrną medalistkę Charlotte Kallę, która wystrzeliła od startu tak, że Justyna po 1,5 km traciła do niej ponad 8 sekund. I trzecią, Astrid Uhrenholdt Jacobsen, Norweżkę, która dostawała od losu nie tylko kopniaki w tyłek, ale ciosy, które dla innych byłyby nokautujące. A ona ciągle się podnosi. Po kryzysie formy, po kontuzjach, w tym po wypadku i urazie kręgosłupa, który postawił pod znakiem zapytania dalszy ciąg kariery. Wreszcie, gdy już się odbudowała - po tragicznej śmierci brata, w przeddzień jej startu w igrzyskach w Soczi. Gdy pod koniec tamtego sezonu Jacobsen wywróciła się na trasie w Oslo, to akurat na nią musiało wypaść, że stało się to tuż przy słabo zabezpieczonym słupie, i trafiła do szpitala. I jeszcze na początku następnego sezonu wypłakiwała się Justynie w ramię za metą, mówiąc, że nie wie co robić z karierą i że ze wszystkim została sama. Ale wróciła. Mimo tego wszystkiego co się stało, mimo że swoje złote mistrzostwa, jedyne, miała już 10 lat temu w Sapporo. Teraz ostrożniej dobiera starty, ale z najważniejszych imprez wraca z medalami. W Falun zdobyła srebro w biegu łączonym. Teraz brąz.

Parmakoski dopiero siódma

Mało kto by ją typował do podium, bo wcześniej w Lahti w biegu łączonym osłabła z sił. Wydawało się, że Krista Parmakoski, po pokazie mocy i srebrze w biegu łączonym nie może zostać bez medalu na 10 km, w swojej upatrzonej konkurencji. A zajęła siódme miejsce, przegrała z koleżanką z kadry, Kerttu Niskanen. - Ja nawet się trochę do Niskanen i Parmakoski zbliżałam w końcówce. One i ja pobiegły przyzwoicie. Ale nie dla przyzwoitych biegów tu przyjechałyśmy. Pierwsza trójka, a już zwłaszcza pierwsza dwójka, były poza zasięgiem - mówiła Kowalczyk. Do podium straciła 39 sekund. Do złota - ponad półtorej minuty.

Na co postawić w Pjongczang?

- Czy mam tupać nogą? Przez te ostatnie miesiące podchodziłam do sportu tak profesjonalnie, jak już dawno mi się nie udawało. A może przesadziłam? Może trzeba było wyluzować? Może czas Justyny wygrywającej już minął bezpowrotnie? Chyba się muszę z tym pogodzić. I posłuchać teraz, co sądzi moja drużyna - mówiła Justyna. Właśnie grali wtedy norweski hymn, już czwarty raz w Lahti na cztery kobiece biegi. A jeszcze nie wróciła Therese Johaug. Gdy wróci, na podium biegów dystansowych zrobi się bardzo ciasno.

Przed Justyną Kowalczyk teraz kilka bardzo ważnych decyzji. Czy wprowadzać dużo zmian przed sezonem olimpijskim, czy jednak trzymać się nowości wprowadzonych podczas obecnej zimy i poczekać na efekt. Czy nastawiać się w Pjongczang na 30 km, czy jednak mocniej na sprint klasykiem. Trzydziestka dała jej w karierze aż pięć medali, dała złoto igrzysk i mistrzostw świata. Ale dziesięć klasykiem też dawało medale, aż do wtorku w Lahti. Może to właśnie sprint, który dał ostatni medal, dwa lata temu w Falun, i w którym tyle razy brakowało nagrody za dobrą formę, spłaci dług w Pjongczang?

Mistrzyni świata Joanna Jędrzejczyk w drużynie Sport.pl!