MŚ w Lahti. Polacy bez medalu na skoczni normalnej. Oni byli zwyczajnie dobrzy. A rywale - nadzwyczajnie. Mistrz Kraft, wicemistrz Wellinger, brąz dla Eisenbichlera

- Jestem trochę zmęczony i sfru.... Nie, zawiedziony, a nie sfrustrowany - gryzł się z język Kamil Stoch. Mistrzostwa świata w Lahti zaczynają się dla Polaków od niedosytu. Stoch przegrał brąz o 1,1 pkt. Maciej Kot wylądował na piątym miejscu.
- Myślę, że mam prawo czuć zawód. To nie złość, tylko właśnie zawód, że nie było lepiej, a mogło być. Po tym zawodzie trzeba podnieść głowę i iść dalej. Ja już jestem na dużej skoczni, już się jej nie mogę doczekać. To będą dobre dni. Na trening i odpoczynek - mówił Kamil Stoch. Dla niego to co się stało w Lahti to żadna nowość w mistrzostwach świata. Ani czwarte miejsce na normalnej skoczni, bo je zajął już osiem lat temu w Libercu. Ani niedosyt po normalnej skoczni, bo mało który konkurs tak opłakał jak ten w Val di Fiemme 2013, gdzie w drugiej serii spadł z drugiego na ósme miejsce i nie chciał zdejmować gogli do wywiadu, żeby nie pokazywać łez. A płakał też przecież w Oslo w 2011, tylko wówczas po upadku w drugim konkursie, a nie po szóstym miejscu na normalnej skoczni.

Konkurs bez uniesień

W Lahti było bez takich uniesień. Ani na minus, ani na plus. To nie był dla Polaków konkurs zły. To był konkurs zwyczajny. Dwóch w piątce, trzech ósemce (Dawid Kubacki był ósmy) - przyjemna zwyczajność, do której przyzwyczaili w obecnym sezonie. Do miejsca na podium trzeba było czegoś nadzwyczajnego, poziom był wyśrubowany, jak przystało na zimę fantastycznych konkursów pucharowych. Kamil poznał już tej zimy, jak to jest przeskoczyć po zwycięstwo z odległego miejsca, nawet mu zagrali w Lahti "Dream on" jak w Zakopanem, gdy z szóstego miejsca przesuwał się na pierwsze. Maciej Kot wygrał w Pyongczang atakując z czwartego miejsca. W Lahti się nie udało.

Eisenbichler przeskoczył siebie

- Szkoda że się nie pojawił taki skok jak w kwalifikacjach, taki splot korzystnych okoliczności - mówił Stoch o piątkowym locie po rekord skoczni, na 103,5 m przy korzystnym wietrze. W konkursie nikt się do takiej odległości nie zbliżył. Ale Wellinger doleciał w walce o srebro do setnego metra, Eisenbichler tę granicę przekroczył (100,5). Polacy nie. Gdy stawali do wywiadów, akurat strzelały fajerwerki, ale dla innych. Dla mistrza Stefana Krafta, który skakał najrówniej i bez przekraczania 100 m zebrał w obu skokach największą łączną odległość (99,5 +98). Dla wicemistrza Andreasa Wellingera. Oni byli poza zasięgiem. Zdobyli przewagę w pierwszej serii, obronili ją w drugiej. Największą zadrą dla Polaków pozostanie trzecie miejsce Eisenbichlera. Jego wśród kandydatów do medalu nie wymieniano, a atakował w drugiej serii z szóstego miejsca. To czwarty po pierwszej serii Stoch wydawał się tym, który ma największe szanse, by odebrać w drugiej serii miejsce na podium Michaelowi Hayboeckowi. Zrobił to Eisenbichler, przeskoczył siebie. A sędziowie, jak często bywa przy dalekich próbach, dali mu w punktach bonus, mimo zachwianego odjazdu. Od jednego z sędziów dostał nawet 18,5. I Stoch został 1,1 pkt od medalu.

Kot: zabrakło nam petard

- Petardy miały być kiedy indziej. Petard nam w skokach zabrakło - mówił Maciej Kot, słysząc fajerwerki. - To były skoki na dobrym poziomie, jak na treningach. Ale też każdy z nas znalazłby jakieś drobne błędy w swoich próbach. A rywale nie popełnili takich błędów. W Pucharze Świata cieszyłbym się z tego piątego miejsca, bo dałoby mi dużo punktów. A w mistrzostwach liczy się tylko tych trzech pierwszych. W pierwszej serii zabrakło mi noszenia pod koniec, spadłem z wysoka, straciłem punkty za lądowanie. Odjechała mi narta. Za co sędziowie odjęli punkty w drugiej serii, nie wiem. Widziałem potem lądowanie Markusa Eisenbichlera. Wydawało mi się, że moje lądowanie i Kamila było lepsze. Ale nie ma co rozważać, bo gdybyśmy polecieli dwa metry dalej od niego to noty nie miałyby znaczenia. Markusowi się udał skok życia. Czasami potrzeba szczęścia. On je wykorzystał. A my nie mieliśmy takich skoków - mówił Kot.

Stoch: nie widziałem lądowania Eisenbichlera

Stoch not Eisenbichlera komentować nie chciał. - Nie widziałem jego skoku, byłem na górze - mówił. Cztery lata temu w Val di Fiemme gdy już przestał płakać, powiedział: dobrze przynajmniej, że ósme, a nie czwarte miejsce. Bo czwartego bym chyba nie przeżył. - Myliłem się. Widzicie, że stoję tu i żyję. I jestem już na dużej skoczni, już nie mogę się jej doczekać - mówił w Lahti. Stoch nigdy nie był w mistrzostwach świata wyżej niż czwarty na mniejszej skoczni. A w całej karierze tylko raz, gdy wygrywał w Soczi. Ale liczył po treningach, po rekordzie skoczni w kwalifikacjach, że będzie w niedzielę na scenie w centrum Lahti odbierał medal. Wielu liczyło po cichu, że nie będzie tam na podium jedynym Polakiem. 16 lat temu MŚ w Lahti też zaczęły się niedosytem, ale wtedy to był niedosyt po srebrze Adama Małysza, któremu zawieszono na szyi złoto jeszcze przed konkursem.

Małysz: życzmy Kamilowi zemsty jak moja w Sapporo

- Po seriach treningowych i kwalifikacjach można było sądzić, że medale są na wyciągnięcie ręki. Ale znów się nauczyliśmy, że nie ma co ich wieszać za wcześnie. Lądowanie Markusa Eisenbichlera było niezłe, odjazd był zły, ale nie da się już nic z tym zrobić. Wiem co chłopcy czują, przeżyłem to w Sapporo w 2007 - mówił Małysz, wspominając ówczesny konkurs na dużej skoczni, i czwarte miejsce którym zaczął tamte mistrzostwa. A zakończył je zwycięstwem na mniejszej. - I takiej zemsty życzmy Kamilowi.