Biathlonowe MŚ. Kołodziejczyk: Poszerzenie kadry jest w tym momencie niezbędne

- Magda popełniała błędy, naciskając na spust, bo te pudła były wyraźne. Niestety, wszystkie pozostałe polskie biathlonistki odstają znacznie od Magdy, Moniki, Krysi i Wery - mówi trener Adam Kołodziejczyk, komentując w rozmowie ze Sport.pl nieudany piątkowy start sztafety na MŚ.
Piątkowy start Polek w Kontiolahti zakończył się katastrofą. Po pierwszej zmianie Moniki Hojnisz prowadziły, ale już na półmetku, po biegu i strzelaniu Magdaleny Gwizdoń, zajmowały 21. pozycję. Ostatecznie finiszowały 13.

O piątkowym starcie i o tym, co będzie dalej z polską sztafetą, rozmawialiśmy z trenerem reprezentacji i zarazem szefem szkolenia w Polskim Związku Biathlonu.

Tadeusz Kądziela: Co się stało w piątek z Magdaleną Gwizdoń?

Adam Kołodziejczyk: Nie mogę mówić za nią, co jej się tam w głowie kotłowało. Jeszcze dokładnie nie rozmawialiśmy, to może być ciężka rozmowa, może nie będzie chciała tego roztrząsać.

Musi trochę czasu minąć, w piątek była bardzo zdołowana, zmartwiona. Jak ktoś przegrywa swój bieg indywidualny, to jest co innego, ale tutaj jest zespół. Trzy dziewczyny zrobiły wszystko OK, a jedna zawaliła.

Byłem u niej przed chwilą, już się nawet uśmiechała. Czy coś mówiła? Nie, ustaliliśmy tylko, o której zbieramy się na trening.

Jak jej strzały wyglądały przez pana lunetę?

- Cały bieg Magdy był chaotyczny. Ruszyła na pierwszym miejscu, chciała jeszcze powiększyć tę przewagę. Już przed pierwszym strzelaniem uciekła o 10 sekund swojej przeciwniczce, z którą zazwyczaj ostatnio przegrywała po 10 sekund na każdym okrążeniu. Pobiegła więc bardzo szybko, może szybciej niż powinna. Gdy dobiegła do strzelnicy była już mocno zmęczona, potem wzięły górę emocje.

Magda jest osobą impulsywną, jeżeli chodzi o strzelanie w sytuacjach bezpośredniej walki. Lepiej sobie radzi w biegach sprinterskich czy indywidualnych, kiedy każdy biegnie i strzela na własne konto, czasem go pokażą na telebimie, ale on nawet o tym nie wie. A tutaj jasne jest, że wszyscy patrzyli na nią i te emocje są duże. Widać było, że nie były to pudła spowodowane przyczynami natury zewnętrznej, wiatrem czy zmianą oświetlenia. Magda popełniała błędy, naciskając na spust, bo te pudła były wyraźne. Jakieś strzały trafiła, więc kilka było dobrych, ale złych było zbyt dużo.

Po pierwszym strzelaniu Polki spadły na 13. miejsce, ale traciły 50 sekund, wydawało się, że można to nadrobić. Niestety, Gwizdoń myliła się też w pozycji stojącej.

- Szansa była, ale być może Magda, mając tę karną rundę, za drugim razem tak bardzo chciała zrobić dobrze, że zrobiła źle. Nie może chcenie przysłaniać wykonania zadania, tych elementów technicznych, które trzeba zrobić, żeby trafić. Jak ktoś chce strzelić "na zero", to to niewiele mu da, musi skupić się na tym, jak to zrobić. Myśleć o prawidłowej postawie, o prawidłowym celowaniu, ściąganiu spustu, rytmie strzeleckim. Powtarzam, nie chcę rozstrzygać, że tak było w tym przypadku u Magdy, ale nawet najlepsi zawodnicy popełniają taki błąd, że zapominają, jak to trzeba zrobić.

Weronika Nowakowska-Ziemniak powiedziała, że często takie rzeczy zdarzają się, jak ktoś się koncentruje na tym, żeby nie zepsuć, zamiast tego, żeby trafić.

- Tak też może być. Ale w takich momentach tym ważniejsza jest powtarzalność ruchów. Na takim poziomie niektóre elementy nie mają znaczenia, na przykład, które stanowisko się przyjmie. Na krajowym podwórku ważne jest, by strzelać w zawodach tam, gdzie się strzelało na treningu bezpośrednio przed zawodami, bo bywa wyboiście i każdy centymetr ma znaczenie.

Nie da się ukryć, że Gwizdoń takie wpadki przytrafiają się najczęściej.

- Magdę dużo ludzi ocenia negatywnie, jeżeli chodzi o jej starty w sztafetach, ale z drugiej strony jak można jej było nie wystawić, patrząc na to, co pokazywała przez ostatnie tygodnie? W dwóch ostatnich sztafetach, mieszanej na MŚ i w na mistrzostwach Europy, nie pomyliła się w strzelaniu ani razu. Do tego w biegu sprinterskim zajęła siódme miejsce. Gdzieś to niebezpieczeństwo istniało, ale nie ma takiej zawodniczki, która by nie miała jakichś wpadek. Jedna ma więcej, inna mniej. Zresztą to nie tylko u nas się dzieje. Czeszki były wielkimi faworytkami, a też biegały trzy karne rundy i były ósme, choć w tym sezonie w każdej sztafecie stawały na podium. A zawaliła im start Vitkova, medalistka olimpijska i medalistka mistrzostw świata.

Co decyduje o tym, że nie wytrzymuje się presji?

- Najbardziej szkodzi chęć zrobienia wyniku. Ja sam wcześniej byłem trenerem lekkiej atletyki, tam to wszystko jest trochę jak w boksie, szczególnie w sprincie. Zawodnika się nakręca, biegacze wyglądają jak lwy kręcące się w klatce. Trenerzy krzyczą, dopingują. Ciężko jest też popełnić błąd, co najwyżej przy wyjściu z bloków.

W biathlonie trenerzy muszą zachować spokój, ale czasem zawodnicy sami się nakręcają, albo robią to kibice czy media. Jasne, jesteśmy reprezentacją kraju i nie chowamy się przed dziennikarzami. Niektórzy zawodnicy świetnie sobie z tym radzą, udzielają wywiadu tuż przed biegiem i wygrywają.

Co będzie dalej, w kadrze zajdą jakieś zmiany?

- Jeszcze się nad tym tak bardzo nie zastanawiamy, jeszcze trwają mistrzostwa, sezon się nie skończył. Jest tu pani prezes, pozostali trenerzy, możemy dyskutować, ale podejrzewam, że dopiero po ostatnich startach będziemy debatować, jak to będzie dalej wyglądać. Ja, jako szef wyszkolenia, mam opracowane plany do kolejnych igrzysk i będziemy je realizować.

Obejmują one poszerzenie kadry w celu zwiększenia rywalizacji?

- Oczywiście, to jest w tym momencie niezbędne. Wszystkie dziewczyny będą trzy lata starsze na igrzyskach i nie będzie nam to ułatwiało zadania. Mamy dużo miejsc startowych w Pucharze Świata i Pucharze IBU będziemy mogli w przyszłym roku wystawiać po pięć zawodniczek, więc będziemy mieli gdzie je próbować.

Chcemy poświęcić najbliższe dwa lata na to, żeby ten skład się wykrystalizował. Wiadomo, że inne zespoły śmiało wprowadzają do składu młode zawodniczki, widać to choćby po Niemkach, gdzie biegają dziewczyny młodsze od Moniki Hojnisz po kilka lat i mają złote medale. Tylko oni mają w każdym roczniku tych zawodniczek znacznie więcej i łatwiej znaleźć talenty. Naszą nadzieją jest Kinga Mitoraj, wicemistrzyni świata juniorek, ale w zespołach Niemiec i Francji zawodniczki, które wchodzą do składu, mają takich medali sporo, a poza tym osiągają takie czasy biegu, że wygrywają ze swoimi starszymi koleżankami. U nas na razie wszystkie dziewczyny odstają znacznie od Magdy, Moniki, Krysi i Wery. Podniesiemy im jakość szkolenia, włączając je do kadry, ale to musi potrwać.

Kiepski wynik sztafety chyba najbardziej uderzył w Monikę Hojnisz, która jako jedyna nie była w Kontiolahti w ósemce, co jest warunkiem otrzymania stypendium.

- Monika z Weroniką mają stypendia z igrzysk olimpijskich, gdzie indywidualnie były w ósemce. Można wnioskować o przedłużenie go na kolejny rok i zwykle taka jest praktyka. Byliśmy na mistrzostwach Europy, gdzie dziewczyny były czwarte w sztafecie, a Monika piąta indywidualnie, więc jakieś stypendium tak czy inaczej będzie miała zapewnione.

Mimo wpadki w sztafecie to wciąż są udane mistrzostwa.

- Oczywiście. Po takim nieudanym starcie pozostaje niesmak, ale plan przygotowań się nam sprawdził. Może dziewczyny nie osiągają pierwszych, drugich czy piątych czasów biegu, ale spisują się stabilnie i przy dobrym strzelaniu skutkuje to szansami na zdobycie medali czy miejscami w ścisłej czołówce, co widzieliśmy w poprzednich startach.

Gdy sportowcy z krwi i kości poznają swoje woskowe podobizny [ZDJĘCIA]