Sport.pl

Justyna Kowalczyk: Najpiękniejsze igrzyska. Wszystko się zwaliło na mnie i fajnie, że mi się udało obronić

- Postanowiłam sobie kiedyś, że na każdych igrzyskach muszę zdobyć choć jeden medal. Choćby się nie wiem co działo. I znów go mam. Nawet gdy nie mogłam z bólu przejść trzech kroków, to mogłam trenować, sama nie wiem jakim cudem. I jeszcze nie stawiam przy Soczi kropki - mówi Sport.pl Justyna Kowalczyk, mistrzyni olimpijska na 10 km klasykiem. W środę od 10.15 drużynowy sprint klasyczny, w którym Justyna pobiegnie z Sylwią Jaśkowiec.
Paweł Wilkowicz: Widziałaś, jak złoto zdobywali Kamil Stoch i Zbigniew Bródka?

Justyna Kowalczyk: Kiedy jechał Bródka, byłam na treningu. A podczas konkursu na dużej skoczni zasnęłam ze zmęczenia po pierwszej serii. Obejrzałam i Zbyszka, i Kamila na powtórkach w internecie.

Jak my to robimy w sportach zimowych?

- Różnie. W skokach narciarskich już jest system. Wszystko jest poukładane. Infrastruktura, młodzi ludzie przychodzący do sportu, dobrzy trenerzy. Jeśli chodzi o biegi i panczeny, wszystko ciągle pchają do przodu uparte jednostki. Uparci trenerzy, jeszcze bardziej uparci zawodnicy. Ci, którzy są w stanie poświęcić swoje życie prywatne, ci, którzy uwierzyli, że się da. Najpierw wyskoczył Adam, potem ja nabrałam przekonania, że medale są również dla nas, ludzi z kraju bez tras. Że Polak potrafi. Póki nie pojawił się Adam, uzbieraliśmy przez kilkadziesiąt lat cztery medale zimowych igrzysk. A teraz jest 18.

Małysz pokazał, że na olimpijskim podium stają normalni ludzie, nie cyborgi. To działa na psychikę: widzisz, że robi to twój kolega, ktoś, kogo znasz. Z kim siadasz do stołu, dzielisz hotel. No i nie ukrywajmy, do naszych zimowych sportów napłynęły porządne pieniądze. Gdybym miała porównywać to, co miałam w Turynie, gdy biegłam po pierwszy medal igrzysk, a co mamy w biegach teraz, zabrakłoby mi skali. Te światy się po prostu nie widzą: świat Justyny juniorki i świat dzisiejszej najlepszej polskiej juniorki Sylwii Łętochy. Świat Justyny z igrzysk w Turynie i świat naszych dziewczyn z obecnej kadry. Myślę, że w panczenach jest podobnie. Na pewno mlekiem i miodem ta kraina jeszcze nie płynie, ale sporo już panczeniści mają. Byli w programie przygotowań Klubu Polska. A w nim jest już naprawdę dobrze, nie ma na co narzekać.

Ty nie masz tras, oni nie mają toru. A jednak daliście radę.

- Najlepiej spojrzeć na nasze pływanie sprzed dziesięciu lat, na czas Otylii Jędrzejczak, sukcesy kraju bez wyczynowych basenów. Tak się naprawdę przez pewien czas da wytrzymać. Młodość cię napędza, masz swój cel, przychodzą wyniki, dostajesz dodatkowego napędu. Ale potem jest bunt. Głowa odmawia, bo jesteś już dorosłym człowiekiem, a żyjesz ciągle jak niedorosły. Do czegoś doszedłeś, a nie masz czasu się tym cieszyć. I wtedy cały czas ci chodzi po głowie: dlaczego nie ma tego krytego toru, dlaczego nie ma tej trasy nartorolkowej, czy to tak wiele? Tu nie chodzi o gwiazdorstwo, muchy w nosie. Ja nadal jestem gotowa trenować latem po osiem godzin dziennie. Tylko po prostu chciałabym te osiem godzin dziennie męczyć się w Zakopanem, a nie na Białorusi. Nie po to, żeby sobie wieczorem chodzić na dyskoteki. Tylko żeby nie wracać po raz tysięczny do hotelu z grzecznie poukładaną pościelą, tylko do domowego bałaganu, tak jak go zostawiłam przed wyjściem. Zobaczyć bliskich, zrobić sobie kolację. Naprawdę wiele trzeba poświęcić dla medalu: poświęcić siebie, ale też ludzi, których spotykasz na swojej drodze. A człowiek się wyrywa do życia. I tak było w pływaniu. Gdy przyszły gorsze wyniki, trudno było im się zmusić do wytrwania. I ja to całkowicie rozumiem. Dlatego panczeniści chcą toru, ja chciałabym trasy. Dla nas, ale też dla dzieciaków, które zaczynają trenować.

Pamiętam z igrzysk w Turynie sprzed ośmiu lat, jak trener Aleksander Wierietielny o świcie wychodził na trasy ze swoim pomocnikiem Jakovasem Gimbickisem, bo musieli przetestować narty dla ciebie. A dziś masz w drużynie pięciu serwismenów. Pamiętasz jeszcze siebie z 2006 roku?

- Z Jakovasem to już były luksusy. Teraz mieszkam w pokoju w wiosce olimpijskiej z Sylwią Jaśkowiec i jej serwismenką Valentiną. I Valentina opowiada, że oni jeszcze pamiętają, jak o szóstej rano chodziłam z trenerem do bud, najpierw sobie testowałam narty, potem robiłam rozgrzewkę i startowałam w zawodach. Bo tak trzeba było. I też się tak dało osiągać niezłe wyniki. Tyle się pozmieniało od tamtego czasu.

Odnalazłabyś się znowu w takim świecie?

- Tak, pracować dalej potrafię. Pewnie bym już tylko z dzisiejszą wiedzą nie była w stanie tak mocno uwierzyć, że dobiegnę do medali. Bo przekonałam się, że to, co mam teraz, to jest rzecz absolutnie normalna dla moich rywalek: serwismeni, narty do wyboru do koloru. Że można z tego wyciągnąć aż tyle przewag. Przecież wystarczyło, że kiedyś do naszego zespołu dołączył Ulf Olsson i ja od razu pierwszy sezon z nim skończyłam na podium Pucharu Świata, mimo że bardzo dużo wtedy chorowałam. Gdy trener smarował, a ja testowałam, czasem nam się udawało. Z zespołem serwismenów czasem nam się nie udaje. I taka to różnica.

Na Krasnej Polanie głośno od kilku dni o serwismenach, bo Norwegowie przyczyn swoich ostatnich niepowodzeń szukają właśnie w złym przygotowaniu nart. Słusznie?

- Na pewno Therese Johaug i Marit Bjoergen nie miały w sztafecie nart przygotowanych tak perfekcyjnie jak zwykle. Miały normalne, takie jak inni. Ale im po prostu w pewnym momencie odcięło prąd. Marit poszła na sto procent, żeby odrobić straty. A Krasna Polana to jest specyficzne miejsce. Niby góry nieduże, ale biega się jakoś ciężej niż gdzie indziej. I tak Marit odcięło prąd i w sztafecie, i od pewnego momentu na 10 km klasykiem. Mnie też prąd odcina, tylko jakoś to potrafię przepracować. A one nie mogą. Załóżmy, że to smarowanie było naprawdę złe. Ale Francuzka mijająca Marit w łyżwie? W tym stylu, w którym jednak złe przygotowanie mniej się mści?

Wracając do tych polskich złotych medali: nasz sport zimowy jest trochę jak z filmowego tytułu "Parę osób, mały czas". Trener Wiesław Kmiecik, dziś nauczyciel złotego Zbigniewa Bródki, przez pięć lat uczył cię stylu łyżwowego na nartach. Ty, Kamil Stoch, panczenistka Luiza Złotkowska, wszyscy kończyliście tę samą szkołę w Zakopanem.

- Tak, wszyscy się rozbiegamy i rozchodzimy. Choć akurat ja z panczenistek bardziej trzymam z Kaśką Bachledą-Curuś, bo Luiza jest młodsza. A Kaśka - taka pyskata jak ja. Jest jeszcze przecież z tej naszej szkolnej grupy Krysia Pałka. Wszystko się opiera na dwóch szkołach sportowych, tych samych osobach. Kiedyś Wiesławowi Kmiecikowi nie udała się walka o medal z Jaromirem Radke, doczekał się złota 20 lat później. Ja całe moje wyczynowe życie zawdzięczam jednemu trenerowi. Kamil jest od lat u tych samych trenerów. Wyciskamy medale z tego, co mamy. Ale też mamy naprawdę coraz więcej. Po czasach zastoju, które się skończyły w 2002 w Salt Lake City, ruszyliśmy. Ale i przed Salt Lake City, w czasach Albertville czy Lillehammer, np. biegaczki źle nie miały, bo znam to z opowiadań. Czegoś jednak brakowało do medali.

Kiedy się dla ciebie zaczęły igrzyska w Soczi? Tak naprawdę nie 7 lutego, tylko trzy tygodnie wcześniej, od tego nieszczęsnego wypadku z nogą?

- Tak, wtedy się zaczęło Soczi. Walka o Soczi. Walka z czasem, bólem, opuchnięciami. Początek ostatniego przedolimpijskiego zgrupowania w Santa Caterina wyglądał tak, że mnie ratowała tylko winda na wprost pokoju. Jechałam na dół, stamtąd były trzy metry do drzwi. W nich stał trener. Przez te trzy metry po prostu płakałam z bólu, nie dało się iść. Ale dało się biegać na nartach, sama nie wiem jakim cudem.

To się stało już w Santa Caterina czy jeszcze w Polsce, w Szklarskiej Porębie?

- Jeszcze w Polsce. Była masakra.

A to odmrożenie, o którym opowiedziałaś dopiero po zdobyciu złota?

- W Santa Caterina było minus 25 stopni. Maciek Kreczmer odmroził sobie nos. Przybiegł do nas i zobaczyliśmy, że ma zupełnie bieluśki. W porę zadziałaliśmy, więc mu nie odpadł. A ja się nie zorientowałam. Buty narciarskie robią dziś bardzo cienkie, miałam oczywiście pokrowce, ale mi nogi zawsze marzną. Na bólu zmrożeniowym palców biegam właściwie cały czas. I nie potrafiłam wtedy ocenić, że już przeginam, bo ból był taki jak zwykle. A na drugi dzień zaczęło wszystko puchnąć, zrobiły się bąble, ropa. Było cięcie gorącymi igłami, zdejmowanie. To się zdarzyło na sam koniec zgrupowania. A dwa dni później musiałam włożyć buty do stylu klasycznego i pobiec w Pucharze Świata w Toblach. Wszystko zaczęło mi się walić na głowę. Mój fizjoterapeuta Przemek i tak już godzinami masował nogę, żeby opuchlizna schodziła. Nie mieliśmy zielonego pojęcia czy to stłuczenie czy złamanie. Myśli o złamaniu po prostu nie dopuszczaliśmy do siebie. Mówiłam sobie: od głupiego uderzenia nie może się złamać.

Nie chcesz powiedzieć, co się stało?

- Oczywiście, że w końcu powiem, ale teraz ta wiedza nie jest nikomu do niczego potrzebna. Najprawdopodobniej się i tak zaraz okaże na badaniach po igrzyskach, że to było też złamanie zmęczeniowe. Ta stopa była już gotowa, nie trzeba było wiele zrobić, żeby się rozwaliła. Może dlatego trzymałam się wersji o stłuczeniu. Zwłaszcza że po masakrze pierwszego dnia drugiego już dało się coś robić. Czwartego dnia nawet zjeżdżałam, już normalnie, a nie jak paralityk. Po tygodniu mogłam wyjść na trening klasyczny. Szło ku dobremu. Uznaliśmy, że to musi być mocno stłuczona okostna, a nie złamanie. Ale poprawa się w pewnym momencie zatrzymała. Opuchlizna zeszła, widać było z boku mocne wybrzuszenie. Zaczęło się robić zamieszanie po biegu łączonym, więc choć wcześniej nie planowałam prześwietlenia przed 10 km klasykiem, zmieniłam zdanie. Jestem pewna, że gdybym to zrobiła przed igrzyskami, nie zostałabym dopuszczona do startu. Na 80 procent. A kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Akurat jak tobie grozi niedopuszczenie do startów, to się zwykle kończy medalem, bo tak samo przecież było w Turynie, gdy działacze chcieli ci zabronić startu na 30 km po omdleniu na 10 klasykiem.

- Tak, jest jeszcze jedna prawidłowość: zawsze jak pan Robert Korzeniowski mnie mocno krytykuje, to potem bieg mi się naprawdę udaje. Nawet jeśli przed biegiem się nie dowiem, że mnie skrytykował. Po prostu wybiera dobry moment.

Wydawało mi się w pewnym momencie, że już jesteście pogodzeni.

- Nigdy nie byłam w stanie wojny z panem Robertem, widziałam go w życiu trzy razy po kilka minut. Nawet nie mam możliwości się z nim pokłócić. Nie chcę się zresztą odnosić do tej konkretnej wypowiedzi, bo jej nawet nie słyszałam, tylko jej echa. Powiem tylko tak: nikomu miejsca w drużynie nie zabierałam. Nawet z kontuzją byłam na szóstym miejscu, żadna z innych naszych biegaczek nie jest tego na razie w stanie zrobić. Gdybym się wycofała z igrzysk, nie dobraliby następnej biegaczki. Więc o co chodzi? Złamana kość wcześniej czy później się zrasta. Stopa nie jest sercem ani innym narządem, od którego zależy życie. I przede wszystkim to jest moja stopa. Nie mam 15 lat. Skąd to przeświadczenie w Polsce, że za sportowca wszyscy mają decydować? Lekarz, trener. Powiedziałam trenerowi: walczę o igrzyska i będę tam startować. On nawet nie podjął dyskusji. Bo wie, że jestem dorosłym, świadomym człowiekiem.

Tego nie rozumiem. Rozumiem natomiast prezesa Tajnera, że mu się wyrwało o tym ociężałym biegu łączonym. Mógł po prostu źle ocenić, nie mając pełnej wiedzy, ale nie sądzę, że miał złe intencje.

- Mój styl łyżwowy nigdy nie wyglądał lekko, bo jestem wysoka, więc wrażenia bywają różne.

Prezes powiedział, że widzieliście się po złotym medalu, pogratulował, było miło, nie ma tematu.

- Bo nie ma tematu. Prezes powiedział publicznie, co myślał, ja powiedziałam publicznie, co myślałam. Proste. My z prezesem często tak już rozmawialiśmy w przeszłości. I nie zostawały po tym jakieś wielkie naleciałości. Ale sprawa stopy mnie boli. To, dlaczego człowiek nie może decydować o samym sobie. Przecież to nie było samolubne, nie było niczyim kosztem. Ja nie chciałam się przejechać na igrzyska. Jakie to by było dla mnie przykre, gdybym tu jechała po piętnaste miejsca. Nie jestem takim typem sportowca.

Kiedy był moment największego zwątpienia? Już w Soczi, gdy do tej stopy i odmrożenia doszło jeszcze potknięcie i otarcie ścięgna Achillesa?

- To już był w ogóle śmiech. Noszę teraz dość szerokie buty, zresztą dzięki temu obita noga ma lepszy komfort. Wchodziłam po treningu po metalowych schodkach. Nie patrzyłam na komórkę ani na nic innego. I noga mi po prostu wyjechała z buta. Zdrowa stopa. Chyba musiało być po równo, żebym kulała na obie. Ale to już nie było nic poważnego. Zresztą ja już po biegu w Toblach zwątpień nie miałam. Skoro tam pobiegłam po piąte miejsce, to wiedziałam, że nie jest źle. Już na igrzyskach porozmawiałam z doktorem Stanisławem Szymanikiem, który powiedział, że możemy zrobić blokadę. Marakainą, lekiem, który nie jest na liście dopingowych, to po prostu przeciwbólowy lek, tyle że trzeba go wstrzyknąć w bolące miejsce. Spróbowaliśmy, działało przez trzy godziny. Bajka.

Bałam się tylko, czy mi się od biegania z bólem nie zmieniła technika, bo to są bardzo płynne sprawy. No i przez leki przeciwzapalne parametry krwi nie są takie, jakie powinny być tu w górach, na igrzyskach. Ale powoli się wygrzebują. Na szczęście o wydolność byłam spokojna, to ona mnie tak ucieszyła po biegu łączonym. Tylko chyba wtedy mało kto tę radość rozumiał. A teraz jak patrzę, co się dzieje, to już nie jestem taka pewna, że gdyby nie upadek, to nie byłabym w stanie tam z Marit czy Kallą uciekać pod górę.

To twoje najpiękniejsze igrzyska?

- Na pewno najbardziej emocjonujące. Wszystko się zwaliło na mnie i fajnie, że mi się udało obronić. Absolutnie nie stawiam kropki, mam nadzieję, że jeszcze będzie tutaj dobrze. Bo dlaczego miałoby być źle. Na pewno będziemy mieli na trasach jeden zespół nastawiony bardzo ambicjonalnie. Łatwo nie będzie. Ale od paru lat ani razu łatwo nie było.

Co pamiętasz z poprzednich igrzysk?

- Pamiętam z Turynu łączony mój pierwszy bieg na igrzyskach, skończony w pierwszej dziesiątce. Pamiętam omdlenie na 10 klasykiem. Ten podbieg, na którym się to zdarzyło, cały czas mam w jednym palcu. Za to nie pamiętam w ogóle dekoracji po trzydziestce. Z Vancouver pamiętam, że jak wjechałam do wioski, to już się trafił dobry omen. Wiedziałam, że igrzyska będą dla mnie świetne. Chodzi o taki mój narciarski przesąd, nie zdradzę, o co chodzi, póki biegam, bo przestanie działać. Pamiętam moje lekkie rozczarowanie, nawet wkurzenie, że zdobywam medale, a ludzie pytają, czemu nie złote. Pamiętam niewyobrażalne nerwy, gdy szłam na finał sprintu. Trzęsłam się jak galareta. Nigdy wcześniej ani później tak się nie bałam. Pamiętam wielką flagę "Justyna - we believe", gdy szłam na rozgrzewkę przed trzydziestką. No i oczywiście pamiętam Rafiego Węgrzyna (asystent trenera Wierietielnego - red.), jak w nocy biegał po wiosce z flagą i krzyczał: "Jesteśmy czempionami!". A Soczi stoi pod znakiem stopy, emocji, komentarzy, ale i złotej dziesiątki. To był bardzo wzruszający dzień.

Cokolwiek zrobisz, są emocje i komentarze. Z tym nie wygrasz. Tak będzie zawsze. Zwłaszcza gdy wystawisz na Facebooku zdjęcie najpierw obitej stopy, a potem prześwietlenia ze złamaniem.

- Wiem. Ale czasem się zastanawiam: co ja złego zrobiłam? Poświęciłam się temu cała, kariera mi się układa harmonijnie: Puchary Świata, medale z każdej imprezy poza MŚ w Sapporo. A czasem nawet ludzie, którzy znają się na sporcie, byli sportowcami i nieraz dostali po dupie, nie mają dla mnie żadnego zrozumienia. Adasiowi się zdarzały kryzysy, sezony bez trofeów, a zawsze był traktowany ze zrozumieniem. Brakuje mi takiego zwykłego człowieczeństwa. Żeby mnie trochę uczłowieczyć, przestać traktować jak maszynę. Dlaczego muszę się tłumaczyć z szóstego miejsca na igrzyskach? Dlaczego nikt nie wziął pod uwagę, że w biegu łączonym miałam na klasyku właśnie taką taktykę, żeby się nie wychylać. Przecież jakbym tam atakowała, toby mnie trener potem zabił w tej naszej budzie. Dlaczego, dlaczego, dlaczego. Po jakimś czasie sobie mówię: a, mam to gdzieś. Ale pierwsza reakcja jest zawsze emocjonalna.

Sama napisałaś podziękowania dla rodziców, że cię wychowali na taką zołzę.

- Tak. Bo gdybym była miłym dzieciątkiem, tobym powiedziała: przepraszam, mam kontuzję, wracam do Polski. I lała łzy do kamer na lotnisku. Ale ja tak nie chciałam.

Wspomniałaś Adama: to nie żadna tajemnica, że z obecną kadrą skoczków potrafiłabyś się zaprzyjaźnić dużo łatwiej niż z poprzednią.

- Z Kamilem Stochem mamy normalny kontakt telefoniczny. Dzwonimy do siebie, gdy czegoś potrzebujemy, gratulujemy sobie. Nie żebyśmy byli przyjaciółmi, nie ma na to czasu. Ale lubimy się. Z innymi chłopakami również. Jest inaczej niż wtedy. Tam była jakaś bariera. Czym spowodowana? Nie zazdrością o wyniki, bo przecież oboje je mieliśmy. Ale myślę, że za bardzo byliśmy cały czas porównywani. Komuś trzeba było tej rywalizacji. Teraz żadnej rywalizacji między mną a Kamilem nie czuję. Jesteśmy w jednej drużynie, jedno z drugiego zdejmuje presję. Czuję, że Kamil jest moim dobrem, a ja jestem dobrem Kamila. Poprzednio czułam się po drugiej stronie barykady. No i Adam w tamtych czasach nie był taki przystępny. Choć później, gdy zakończył karierę, mieliśmy okazję kilka razy naprawdę długo rozmawiać. I dziś mamy już zupełnie inne relacje.

Macie na razie po jednym złotym medalu z Marit i poza środowym sprintem nie bardzo już widać okazję dla Bjoergen do zyskania jakiejś przewagi.

- Teraz mamy w biegach inną gwiazdę, Charlotte Kallę. Nie ma wprawdzie indywidualnego złota, ale to może przestać być aktualne po sobotniej trzydziestce. Dziewczyna jest teraz po prostu najbardziej uniwersalna. Bali się ją wystawić w sprincie dowolnym. A moim zdaniem gdyby się upadków ustrzegła, też miałaby medal, bo finisz ma bardzo dobry. Ja, myśląc o Soczi, myślałam przez lata właściwie tylko o tej dziesiątce klasykiem. Tak jak wam powiedziała Marit: że sobie to złoto już dawno upatrzyłam. Norwegowie wiedzieli, że się zawzięłam i nie odpuszczę.

Kiedyś mówiłaś, że jeśli będziesz jeszcze biegać po Soczi, to jako specjalistka od klasyka, łyżwę sobie odpuścisz. Ta specjalizacja nie nastąpiła przypadkiem wcześniej, trochę przez operację kolana, trochę podświadomie?

- Myślę, że nastąpiła. Wystarczy spojrzeć na moją sylwetkę. Nóżki mam teraz znowu jak nastolatka, o połowę chudsze niż swego czasu. A łyżwiarki, pomijając wyjątki jak Therese Johaug czy Kristin Stoermer Steira, od pasa w dół muszą mieć na czym jechać. Z czego się odbić, z czego się utrzymać. I to chyba rzeczywiście samo tak wyszło. Na mistrzostwach świata w Oslo trzy lata temu po tej porażce na 10 klasykiem powiedziałam sobie: mam w nosie uniwersalność. Chcę wygrywać, w czymkolwiek. I rzeczywiście, już w następnym sezonie udało mi się znów wygrywać z Marit Bjoergen. W klasyku. W następnych latach, z wyjątkiem Val di Fiemme oczywiście, też. W tym sezonie oddałam tylko jeden bieg klasykiem. Cóż, na wszystko jest w życiu czas. Był czas dochodzenia do uniwersalności, był czas uniwersalności, a teraz już, na starość... Nie wymagam od siebie, żeby walczyć o finały sprintu łyżwą, miejsca dwudzieste czy trzydzieste w nim już nie robią na mnie wrażenia. Ja mam przywalić, kiedy indziej, klasykiem.

Ale ta finałowa trzydziestka jest jednak łyżwą, a też przecież medal jest realny. Wszystko zależy od tego, jak się bieg ułoży, kiedy i kto będzie uciekał?

- Wydaje mi się, że Charlotte ma wielkie prawo czuć się mocna. Widzi, co się dzieje z Norweżkami, gdy przeszarżują. Będzie podkręcać tempo, żeby zakwasić Norweżki, i trzeba by jej było w tym pomóc. A czarnym koniem trzydziestki może być Czeszka Eva Nytvyltova. Świetnie tu biega. Jest leciutka, w dobrej formie, świetnie biega łyżwą. Ja jestem w dobrej sytuacji. Kiedy zdobyłam medal w Turynie, obiecałam sobie, że z każdych następnych igrzysk muszę przywieźć choć jeden. Muszę, choćby się nie wiem co działo. Mistrzostwa świata mogę przeboleć, są co dwa lata. Ale igrzysk nie. Udało się. A teraz są jeszcze dwa starty. W sztafetce sprinterskiej chcemy z Sylwią powalczyć, a o co, to się okaże. Potem zostanie trzydziestka. A ja wszystkie trzydziestki ze startu wspólnego stylem łyżwowym zakończyłam na podium. Nikt inny nie ma takiej statystyki. Ale statystyki nie biegają, więc poczekajmy do soboty.

Kiedyś powiedziałaś o Soczi: jak będzie tam dobrze, to przecież szkoda będzie zejść z nart. Czyli co, biegasz dalej?

- Ja tak powiedziałam? Ale przecież ja często kłamię.

Więcej o:
Skomentuj:
Justyna Kowalczyk: Najpiękniejsze igrzyska. Wszystko się zwaliło na mnie i fajnie, że mi się udało obronić
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX