Mówi Adam Bachleda-Curuś: - To się uda

- Teraz to będzie całkiem inna kandydatura, o ile oczywiście w referendum mieszkańcy Zakopanego poprą pomysł. Robiąc krok po kroku, poprawiając stan obiektów sportowych, dróg, komunikacji, hoteli, restauracji, dojdziemy do igrzysk - twierdzi burmistrz Zakopanego.
Dariusz Wołowski: Uniwersjada to krok w kierunku spełnienia ambicji olimpijskich Zakopanego?

Adam Bachleda-Curuś: Krok w procesie dochodzenia do igrzysk. Nie da się otrzymać prawa do ich organizacji, nie organizując wcześniej wielkich imprez sportowych. Po uniwersjadzie będą Puchary Świata w skokach, biatlonowe mistrzostwa świata juniorów i seniorów. Złożyliśmy aplikację o organizację mistrzostw świata FIS w 2007 roku. Robiąc krok po kroku, poprawiając stan obiektów sportowych, dróg, komunikacji, hoteli, restauracji, dojdziemy do igrzysk.

W 2010 roku?

- Tak.

Tym razem z Popradem?

- To jeszcze nie jest decyzja, a tylko propozycja naszych przyjaciół ze Słowacji. Będziemy ją rozpatrywać. Ale na pewno nie będzie wspólnej kandydatury. Kandydować będzie Zakopane, ale przy współpracy i pomocy Popradu. Wtedy ta kandydatura staje się bardzo mocna. Na razie grupa ekspertów opracowuje plany. W kwietniu na posiedzeniu PKOl i Słowackiego Komitetu Olimpijskiego koncepcja ma być przedstawiona. I być może uzyska aprobatę.

Co zyskalibyście na tej współpracy?

- W Popradzie jest lotnisko. A poza tym na Słowacji mają lepsze warunki do rozegrania biegu zjazdowego. Uciszyłoby to protesty naszych ekologów, którzy boją się o Kasprowy. A w rozmowach z MKOl ochrona przyrody to był najbardziej drażliwy temat.

A propos ekologów. Przy prezentacji Zakopanego jako kandydata do igrzysk w 2006 protestował dyrektor TPN Wojciech Gąsienica-Byrcyn. Jak się układają teraz wasze stosunki?

- Normalnie. Myślę, że wtedy to media ustawiły nas po przeciwnych stronach barykady. Taka była potrzeba chwili. Prawdą jest jednak, że urząd miasta i TPN potrzebowały czasu, żeby zrozumieć swoje racje. I przy okazji tej uniwersjady współpraca była dobra.

Ale przeciwko igrzyskom protestowały też takie autorytety jak Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Stanisław Lem.

- Wymienił pan trzy nazwiska, a było ich kilkanaście. Potem osobiście rozmawiałem z kilkoma z tych osób. I stwierdziły, że gdyby dobrze znały nasze plany, nigdy by tego protestu nie podpisały. Poza tym taki list dał nam wiele do myślenia. Zastanawialiśmy się, czy rzeczywiście czegoś nie robimy źle, czy się zanadto nie rozpędziliśmy. Krytyka pomaga. Pochyliliśmy się nad nią z pokorą.

Ale nie zmieniliście zdania?

- Skorygowaliśmy postępowanie.

Na 2006 rok MKOl powiedział wam "nie".

- Teraz to będzie całkiem inna kandydatura, o ile oczywiście w referendum mieszkańcy Zakopanego poprą pomysł. W 2006 roku pracowaliśmy ciężko, ale na ślepo. Bo robiliśmy wszystko pierwszy raz. Polska nie miała wtedy przedstawiciela w MKOl. Irena Szewińska została nim w Nagano, gdy my już złożyliśmy kandydaturę. Wtedy nie znaliśmy kuluarów. Teraz, gdy już raz przeszliśmy tę całą drogę, będzie znacznie łatwiej. Znamy każdy krok, który trzeba wykonać. Poza tym wszystko się zmienia, lotnisko w Krakowie, modernizacja zakopianki. To są rzeczy, które można zobaczyć, dotknąć. A jeśli wesprą nas Słowacy, to będzie jedna z najmocniejszych kandydatur. Oczywiście pamiętajmy, że igrzyska to nie tylko wielki sport, ale wielki biznes i polityka. Tu mamy duże atuty, ale w niektórych momentach jesteśmy słabsi.

Prezydent Kwaśniewski i premier Buzek popierali starania Zakopanego o igrzyska w 2006. Co teraz po przegranej walce?

- Myślę, że to poparcie jest jeszcze dojrzalsze. Bez poparcia PKOl, rządu i prezydenta nic byśmy nie zrobili.

Pana przeciwnicy mówią, że mami Pan ludzi w Polsce nierealnymi ideami, żeby zrobić dobrze sobie lub Zakopanemu. A tak naprawdę wie Pan, tak jak wszyscy, że olimpijskie plany są nierealne.

- Współczuję takim ludziom. Człowiek pozbawiony nadziei staje się zgorzkniały i traci wiarę przede wszystkim w siebie. Czy wtedy można w ogóle coś zrobić? Poza tym, jeśli ktoś krytykuje innych za to, że chcą polepszyć swój los, to ja nie wiem, co można mu odpowiedzieć. Ja należę do pokolenia, które, gdy rzuca się wielką ideę, pyta "dlaczego nie". W czym jesteśmy gorsi od Amerykanów, Japończyków czy Austriaków?

Jesteśmy biedniejsi...

- Czy to nasza wina, że nas sprzedano i przez 50 lat żyliśmy w systemie totalitarnym. Czy to znaczy, że nie możemy walczyć o to, by żyć jak inni? Żeby ci inni zaczęli postrzegać nas inaczej. Mamy się pogodzić, że na nic nas nie stać. Nie. Właśnie próbujmy odrobić te 50 lat, które zostały nam zabrane. Ale przyznaję, jest coś takiego w Polakach, że gdy pada wielkie hasło, to się kulimy i mówimy: "a po co, co się będę wychylał, to się nie da". Ale przy okazji uniwersjady goście z zagranicy wiele razy mi powtarzali: "my mamy lepsze urządzenia, ale wy macie bardziej ofiarnych ludzi". To jest wielka wartość drzemiąca na tym terenie. Ci, którzy zorganizowali tę uniwersjadę, dokonali rzeczy niezwykłej. Bo pogoda była wiosenna, nie zimowa.

Pana krytycy mówią, że przy okazji uniwersjady utopił Pan 28 mln zł w imprezę trzeciej kategorii. I że za te pieniądze można było zrobić coś lepszego.

- Nie można było. Pieniądze z totalizatora mogą być przeznaczone tylko na budowę obiektów sportowych. Gdyby nie uniwersjada, zostałyby pewnie zainwestowane w innym regionie Polski. A wpływów od sponsorów i uczestników uniwersjady by nie było, gdyby nie było uniwersjady. O jakich więc pieniądzach utopionych w błocie mówimy?

Mówił Pan: "przez uniwersjadę udowodniliśmy, że stać nas na organizację igrzysk". Gdzie uniwersjadzie do olimpiady?

- Sportowo dość daleko. Ale organizacyjnie nie tak bardzo. Tu mieliśmy 2000 uczestników, w Nagano było 2700. Uniwersjada 2001 odbywała się w sześciu miejscowościach, zorganizować choćby transport to wysiłek podobny do olimpijskiego. Jeśli w 2007 roku otrzymamy mistrzostwa świata FIS, będzie to impreza wysokiej rangi sportowej, ale organizacyjnie łatwiejsza do przeprowadzenia niż igrzyska studenckie.

Nie żal Panu, że Zakopane nie zobaczy w tym roku Małysza i Pucharu Świata?

- Żal. Ale dzięki uniwersjadzie i modernizacji Wielkiej Krokwi zobaczy w 2002, a nie w 2004. To chyba lepiej. Poza tym Krokiew jest własnością COS. O tym, że traci homologację, wszyscy wiedzieli dwa lata wcześniej. Tam proszę kierować pytanie: "dlaczego Pucharu Świata w skokach nie było w tym roku".

Co by Pan powiedział Polakom, którzy zamiast do Zakopanego jeżdżą na narty do Austrii, Francji czy Szwajcarii. Bo chociaż drożej, to jest śnieg, góry i nie trzeba przed wyciągiem stać w kolejkach.

- Każdy ma prawo wyboru. Dla mnie jasne jest, że Tatry są za małe, by zrobić tu kurort narciarski na alpejską miarę o przepustowości 100 tys. narciarzy na godzinę. Tam się jeździ na 2000 m n.p.m. i powyżej, śnieg jest zawsze. U nas co innego. Zakopane ma przepustowość 15 tys. osób na godzinę i, zagospodarowując pasma gubałowskie i antałowskie, więcej niż o 10 tys. tego nie zwiększymy. Bo trzeba by zniszczyć bezcenną przyrodę Tatr. Ci więc, którym chodzi tylko o narty, pewnie zawsze będą wybierać Alpy. Jestem jednak spokojny, że po pierwszej fali zachłyśnięcia się zagranicą Polacy wrócą w Tatry. Oczywiście, o ile my im stworzymy warunki. A walczymy o to i już wiele się zmieniło. Za 510 dni będzie tu wodne miasteczko. Pamiętajmy, że Zakopane stało się sławne dzięki kulturze i wielkim imprezom sportowym. I te dziedziny urząd miasta do dziś wspiera najbardziej.

Jeśli nie uda się otrzymać prawa do igrzysk w 2010, będzie 2014, 2018 itd.?

- Wierzę w 2010. Ale dochodzenie do igrzysk to proces. Musimy walczyć, żeby wszystkie wymogi spełnić jak najszybciej. Kiedy spełnimy, będą igrzyska w Zakopanem.