Jak tenis przymyka oko na doping

Międzynarodowa Federacja Tenisowa po cichu skróciła karę za doping dla Wayne'a Odesnika. - To kompromitacja - mówią zawodnicy. Ale działacze nie pierwszy raz pomagają łamiącym przepisy, a z dopingiem walczą na niby

W grudniu 2009 r. celnicy na lotnisku w Brisbane znaleźli w bagażu 24-letniego Odesnika (wówczas 105. na liście ATP) osiem buteleczek zawierających ludzki hormon wzrostu (HGH), doping zaliczany do grupy anabolików. Wstrzykiwany regularnie przyspiesza wzrost komórek, wzmacnia mięśnie i poprawia ich zdolność regeneracji.

Amerykanin przyznał się do przemytu przed australijskim sądem, zapłacił 8 tys. dol. grzywny. W przepisach antydopingowych posiadanie jest równoznaczne z dopingowaniem się, ale Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF) zwlekała z ukaraniem Odesnika. - Facet oszukiwał. Powinien być wyrzucony z tenisa na zawsze - grzmiał Andy Roddick. Nikt nie miał wątpliwości, że Odesnik szmuglował HGH dla siebie. Cały czas mógł jednak grać w turniejach. Doszedł m.in. do II rundy Australian Open, a w kwietniu w Houston pokonał Jerzego Janowicza. - To nie fair, już dawno powinien być zdyskwalifikowany - mówił Polak. Dopiero późną wiosną ITF zakończył swoje "postępowanie wyjaśniające" i nałożył dwuletnią dyskwalifikację.

Kilka dni temu wybuchła jednak bomba, bo ITF wydał oświadczenie, że kara Odesnika została skrócona aż o 12 miesięcy. Odesnik będzie mógł wrócić na kort już... jutro, 29 grudnia. Dyskwalifikacja liczyła się bowiem od momentu przyłapania. Efektywnie z dwuletniej kary Amerykanin nie grał więc raptem przez siedem miesięcy.

Jako powód anulowania kary ITF podał "współpracę zawodnika w ramach programu antydopingowego". Szczegółów nie ujawnił. - To kompromitacja tenisa i sportu, jeśli w taki sposób traktujemy kary za doping - mówi w "USA Today" Mardy Fish (ATP 16).

Komentatorzy w USA krzywią się, ale mocno zdziwieni nie są, bo tenis w walce z dopingiem po raz kolejny popełnia wizerunkowe seppuku. Jest stawiany na przeciwległym biegunie do kolarstwa, które o czystość sportu walczy za wszelką cenę. Tenis wojuje z dopingiem opieszale, a jeśli już łapie, to szybko puszcza.

Przykładów zamiatania spraw pod dywan było wiele. Najgłośniejsza dotyczyła ostatnio Francuza Richarda Gasqueta, u którego wykryto kokainę. ITF dał wiarę jego absurdalnym tłumaczeniom, że narkotyk dostał się do jego organizmu przez pocałunek z dziewczyną z nocnego klubu. Cały świat się śmiał, ale Gasqueta uniewinniono.

Na początku roku ITF i WTA (kobieca federacja) przymknęły też oko na sklerozę Belgijki Yaniny Wickmayer, która trzykrotnie zwiększyła rozmiar swoich mięśni, ale też trzykrotnie zapomniała o podaniu miejsca pobytu w systemie ADAMS. To obowiązek, bo kontrolerzy muszą wiedzieć, gdzie jest sportowiec w każdej chwili, na wypadek nieprzewidzianej kontroli. ITF ugiął się jednak pod lamentami Belgów, że Wickmayer zrobiła to niechcący, i obowiązkowej dwuletniej kary nie nałożył. - To skandal, każdy powinien być traktowany jednakowo. Te procedury są uciążliwe, ale da się wytrzymać - złościła się Agnieszka Radwańska.

O zamiataniu pod dywan wpadek dopingowych pisał w autobiografii "Open" Andre Agassi. W 1997 r. Amerykanin sam został złapany na zażywaniu metamfetaminy, ale łatwo się wywinął, kłamiąc, że wziął narkotyk nieświadomie. Męska federacja ATP i ITF uwierzyły natychmiast.

"W tenisie nie ma wielu wpadek dopingowych, bo praktycznie nie ma kontroli. Ich system antydopingowy to żart" - pisał w zeszłym roku Bill Gifford z opiniotwórczego amerykańskiego magazynu "Slate". I brutalnie wyliczał, że tenis w 2009 r. przeprowadził 91 wyrywkowych testów dopingowych (poza zawodami), a w kolarstwie w tym czasie było ponad 2 tys. takich testów! Tenis bada sportowców niemal wyłącznie w czasie turniejów, czyli gdy się tego spodziewają. W 2008 r. pod kątem dopingu krwi EPO zbadano ledwie 20 osób (też podczas zawodów). Stuart Miller, człowiek odpowiedzialny w ITF za walkę z dopingiem, tłumaczył to tak: - Nie robimy wielu testów EPO, bo w tenisie nie ma takiej potrzeby. To nie jest sport, który bazuje na wyciskaniu ze sportowca maksimum wysiłku. To połączenie strategii, umiejętności, szybkości i siły.

Bill Gifford ma inne wyjaśnienie: "A może tenis poszedł po rozum do głowy, zobaczył, że strącanie w przepaść własnych idoli, jak robi to np. wyścig Tour de France, nie ma sensu. Dla własnej przyszłości, dla bezpieczeństwa lepiej nie wiedzieć, lepiej siedzieć cicho".

Więcej o: