Finał Pucharu Davisa. Serbia po raz pierwszy!

Serbia pokonała 3:2 Francję w finale Pucharu Davisa i została 13. krajem, który zdobył to trofeum. Decydujący punkt dał gospodarzom nie Novak Djoković, ale mniej znany i ceniony Victor Troicki.

Djoković to w Serbii idol. Od czasu, gdy na stałe zawitał w światowej czołówce, jest jedną z najważniejszych osób w kraju. Ma w stolicy swoje centrum tenisowe, własny turniej z cyklu ATP - Serbia Open, sieć kawiarni, sklepów i firmowy ośrodek spa. Wszystko pod nazwą "Novak". To on zdobył w finale dwa punkty, pokonując w piątek Gilles'a Simona, a potem w niedzielę Gaela Monfilsa. Ale to nie on został bohaterem wydarzeń w Belgradzie, ale jego znacznie mniej utytułowany kolega z drużyny. Nim do tego doszło, w Beograd Arena działo się sporo i było gorąco. Choć na belgradzkich ulicach nie czuło się wielkiego święta tenisowego i nie było widać tłumów kibiców (jeśli już, to raczej tych przyjezdnych znad Sekwany), to 16-tysięczna hala wypełniła się przez trzy dni meczu do granic możliwości. Na widowni gospodarze szaleli od pierwszej minuty finału. Nagromadzenie symboli narodowych przekraczało na metr kwadratowy zwykłe standardy serbskie, gdzie niemal na każdym budynku wisi narodowa flaga, a dwugłowy orzeł zerka zza każdego rogu. Większość kibiców wraz z biletem dostawała do założenia czerwone koszulki z dumnie wypisaną cyrylicą na piersiach "Srbiją" i dmuchane pałki do wydawania ogłuszającego hałasu. Z tymi rekwizytami i w rytm bębnów gospodarze zagrzewali do boju swoich bohaterów. Gwizdali, buczeli, krzyczeli, bębnili, by tylko wspomóc swoich i wytrącić z równowagi przyjezdnych.

Francuzi nie pozostawali jednak w tyle. Choć byli w mniejszości - na widowni było ich ok. 2-3 tys. - wielokrotnie udawało im się zagłuszyć serbską większość. Dwa pełne sektory ubrane na niebiesko kibicowały, śpiewały i bawiły się doskonale. Był Asterix z Obelixem, spora grupa muszkieterów oraz cztery dorodne galijskie kurczaki. Było "allez le Blues", była też "Marsylianka".

Podczas sobotniego debla trójkolorowi dosłownie ponieśli swoich tenisistów do sukcesu. Michael Llodra z Arnaud Clementem, mimo że przegrywali już 0:2 w setach, uporali się z najlepszym obecnie deblistą świata Nenadem Zimonjiciem i występującym w charakterze ucznia Troickim.

W niedzielę role się odwróciły. Djoković łatwo wygrał swojego singla. Gdy trybuny go fetowały, chwycił mikrofon i zapowiedział: "Macie tu wrócić za 15 minut i razem zostajemy do końca, do naszego zwycięstwa!". Oczywiście kibiców nie trzeba było specjalnie namawiać.

Pytanie brzmiało tylko, kto wystąpi w decydującym meczu. Wybór padł na Troickiego. Czy zdecydował tak sam Bogdan Obradović, kapitan Serbów, czy raczej posłuchał się 71-letniego Niki Pilicia, Chorwata z urodzenia, który smak zwycięstwa w Pucharze Davisa zna jak mało kto? Tego się już nie dowiemy, ale jego rola, człowieka, który wcześniej wygrywał Puchar Davisa trzy razy z reprezentacją Niemiec w latach 90. i w 2005 r. z Chorwacją, była nie bez znaczenia. Pilicia o pomoc poprosił sam Djoković, który lata temu długo u niego w Monachium trenował. - Polityka mnie nie interesuje, jestem zawodowcem i gdy mnie proszą, to pomagam - odpowiedział Chorwat. Ile za tę przysługę zarobił, nie wiadomo

Troicki okazał się strzałem w dziesiątkę. Zagrał najlepszy mecz w życiu. Faworyzowany Llodra zupełnie się pogubił. Atakował, próbował grać "serve-and-volley", ale punkty zbierał Serb. Niesiony oszałamiającym dopingiem "Victor, Victor" i "Srbija, Srbija" dosłownie zmiażdżył Francuza, przełamując go łącznie aż ośmiokrotnie!

Szał, jaki zapanował w belgradzkiej Arenie po ostatniej piłce, trudno opisać. Szaleństwo na trybunach, skaczący na siebie tenisiści gospodarzy, golenie włosów prezesa federacji...

Gdy po kwadransie obie drużyny wyszły do dekoracji, okazało się, że golenie dotknęło nie tylko prezesa. Wszyscy jak jeden mąż: Djoković, Troicki, Tipsarević i Zimonjić, wyszli ogoleni na łyso

Wozniacki nazywała się Larsen  ?

Więcej o: