ATP: przygoda życia na Australian Open

Wcale nie Łukasz Kubot i Agnieszka Radwańska jako ostatni Polacy opuścili Australię. W światowym finale amatorskiego Australian Open, którego decydujące mecze rozegrano na Rod Laver Arena, zagrali Marta Kurzacz i Tomasz Wojtowicz.

Więcej o Amatorskim Tenisie Polskim - czytaj tutaj ?

- To przygoda naszego życia - mówili reporterowi Jakubowi Ciastonowi z"Gazety Wyborczej". Latem zeszłego roku Marta i Tomasz zwyciężyli w polskich eliminacjach do KIA Amateur Australian Open. - Studiowaliśmy razem na AWF, ale jakoś urwał się kontakt. Któregoś dnia po prostu wpadliśmy na siebie na rolkach w parku. Oboje gramy w tenisa, stwierdziliśmy, że spróbujemy i... wygraliśmy - opowiada Wojtowicz, który w Trójmieście prowadzi stację kontroli pojazdów. Kurzacz jest instruktorką tenisa w jednej ze szkółek dla dzieci.

W amatorskim AO mogą startować wyłącznie pary, ale nie muszą to być życiowi partnerzy, po prostu zasadą jest rozgrywanie dwóch singli i miksta w przypadku remisu, czyli trochę jak w Pucharze Hopmana. Zwycięzcy mogli zabrać do Melbourne osoby towarzyszące.

Zawodnicy z 16 krajów zagrali najpierw na kortach w Kooyong na przedmieściach Melbourne. To miejsce to kawał historii tenisa, do 1988 r. rozgrywano tam Australian Open, a ostatni turniej wygrał Stefan Edberg pokonując w finale Pata Casha. - Pierwszy raz w życiu grałam na trawie, niesamowite uczucie, ale ciężko było się przyzwyczaić. Piłki odbijały się strasznie nisko - uśmiechała się Marta. Nieprzyzwyczajeni do trawy Polacy rozgromili jednak w mikście Belgów, co na własne oczy widział reporter "Gazety". - To dobrze, że widział pan akurat ten mecz - śmiał się Wojtowicz, bo potem z Holandią podobno tak różowo już nie było. Dzień później grano na twardej nawierzchni w Melbourne Park. Ostatecznie Polacy zajęli miejsca w środku stawki (7-11), wygrali Amerykanie, Nowozelandczycy i Francuzi, ale nie o wynik w całej tej zabawie chodziło.

- To świetna promocja tenisa. W Polsce wciąż uważa się go za sport niedostępny, drogi, tymczasem jeśli cztery osoby umówią się na dwie godziny rekreacyjnego debla, to zapłacą 30 zł, tyle co za kino czy wyjście do knajpy. Rakiet nie trzeba od razu kupować, można je wypożyczyć - powiedziała Marta Kurzacz. - W całym Trójmieście jest siedem kortów w hali. Zimą właściwie nie da się grać. Jeśli będzie ich więcej, to spadnie cena i może wreszcie tenis stanie się sportem bardziej powszechnym - uważa Tomasz. - Wciąż trenuje za mało dzieci, nie ma potem z kogo wybierać, dlatego nie jesteśmy jeszcze potęgą, ale to może się zmienić. Dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie tenisa do niektórych szkół - dodała Marta.

KIA Motors Polska chce dalej promować amatorski tenis. W tym roku znów zorganizuje krajowe eliminacje. - Tym razem podwoimy do ośmiu liczbę turniejów. Impreza pojawi się w czterech nowych miastach. Zwycięzcy polecą do Melbourne na Australian Open 2011. W 2010 roku zgłosiło się 200 osób, teraz spodziewamy się, że będzie ich więcej - mówi Grzegorz Leśniczek, szef marketingu KIA Polska.

- Zobaczyliśmy na żywo Rogera, Rafę, kangury i misia koala. Do Polski na pewno zaimportowalibyśmy też australijską pogodę - uśmiechnął się na koniec Tomasz Wojtowicz.

Podwójne emocje

Kto się napatrzył na zwycięstwa Sereny Williams i Rogera Federera, ten mógł sięgnąć po swoją rakietę i ruszyć na kort. Równie łatwo jak Szwajcar w Melbourne, w Stalowej Woli zwyciężył Łukasz Puk. A nawet jeszcze łatwiej, bo oddając rywalom najwyżej trzy do pięciu gemów w każdym z dwusetowych pojedynków. W finale faworyt kategorii open Skarem Cup pokonał Pawła Kałdana 6:3, 6:0.

Żadnej partii nie przegrał także Dariusz Gąbka, najlepszy w kategorii +45, ale on musiał solidnie się napracować w półfinale, aby wyeliminować Jana Papierza - 7:5, 6:4. Wynik następnego meczu, z Aleksandrem Torem, ważył się znacznie krócej - 6:2, 6:1.

Jeśli ktoś był żądny emocji, ten musiał skupić swą uwagę na turnieju deblowym. Nie rozstawieni Mariusz Tracz i Artur Wójtowicz pokonali najpierw parę nr 2, czyli Dariusza Cichońskiego i Witolda Nowaka 6:2, 6:2, następnie Huberta Krokosa i Jacka Marczewskiego 6:0, 2:6, 10-6, zaś w finale Pawła Kałdana i Krzysztofa Setca (nr 1) 2:6, 7:5, 10-8.

Rankingowy nieporządek

Także w Mazańcowicach nie wszystko potoczyło się w zgodzie z wytycznymi rankingu. Do półfinałów kategorii open awansowało trzech spośród czterech rozstawionych, co jeszcze mieści się w średniej statystycznej niespodzianek. Ale Januszowi Siudzie było tego jeszcze za mało. W ćwierćfinale pokonał Dariusza Nowaka 6:2, 6:2 (nr 2), w "połówce" Szymona Turka (nr 4) 6:3, 6:2, a na koniec Artura Otrembę (nr 1) 4:6, 6:3, 7:6.

45-latkowie, z powodu nieco niższej frekwencji, rywalizowali najpierw w grupach. W jednej pierwszego Bronisława Kiełbasę od czwartego Jerzego Ziębę dzieliło tylko jedno zwycięstwo, natomiast w drugiej nie trzeba było szukać dodatkowych punktów regulaminu rozstrzygających o kolejności - Piotr Ceglarz wygrał wszystkie mecze, Janusz Januszyk przegrał tylko raz, więc ci dwa tenisiści trafili do półfinałów. W tej fazie zwycięzcy grup okazali się lepsi od rywali z drugich miejsc, natomiast w pojedynku o tytuł Ceglarz pokonał Kiełbasę 6:4, 6:2.

Parytet na mecie

Na starcie Grand Prix Szkoły Tenisa Net na warszawskich Szczęśliwicach dziesięciu panów i jedna pani. Całe szczęście, że ustawa o parytetach jeszcze w powijakach, bo jeszcze komuś przyszłoby do głowy, aby podważyć wyniki turnieju.

Jedynaczka - Magdalena Kujawska - poradziła sobie wybornie. Wygrała wszystkie mecze w grupie I, zajęła w niej pierwsze miejsce, a wolny los na początku fazy pucharowej wcale nie wybił jej z rytmu. W półfinale pokonała Maurycego Mrówczyńskiego 6:3 i dopiero w ostatnim pojedynku nie dała rady rywalowi, ulegając Jarosławowi Dryjskiemu 3:6.

Więcej o tenisie - czytaj tutaj  ?