- Nie oczekujmy, że za chwilę Maja Chwalińska zacznie robić na kortach twardych jakieś wielkie halo - mówi były trener Angelique Kerber, Paweł Ostrowski. Ekspert tłumaczy, dlaczego Polka nie ma szans, żeby w najbliższym czasie zachwycać tak, jak to robiła trzy miesiące temu, dochodząc do finału Rolanda Garrosa. W pierwszej rundzie US Open Chwalińska przegrała z Taylor Townsend 2:6, 3:6.
Maja Chwalińska tylko teoretycznie była faworytką meczu z Taylor Townsend w pierwszej rundzie US Open. Polka z racji 21. miejsca w rankingu WTA była w Nowym Jorku zawodniczką rozstawioną (z numerem 20), ale bukmacherzy zdecydowanie typowali jej porażkę w starciu z rywalką będącą dopiero na 96. miejscu listy WTA.
Niestety, mecz pokazał, że dużo wyżej notowana Polka nijak nie potrafiła zagrozić dużo bardziej doświadczonej Amerykance. – Maja musi udźwignąć granie na betonie przede wszystkim psychicznie – mówi Paweł Ostrowski. Doświadczony trener, który prowadził m.in. byłą liderkę światowego rankingu Angeliqe Kerber, a także Annę Czakwetadze (doszła do piątego miejsca na liście WTA) i Martę Domachowską (najwyżej była 37.) mówi, co powinna zrobić Chwalińska, żeby „zbudować się na betonie".
Jak widzimy, po przejściu z kortów ziemnych na szybsze, Chwalińska ma duże problemy. Najpierw pechowo odpadła w pierwszej rundzie Wimbledonu (gra się na trawie). Tam miała meczbola, ale podkręciła kostkę i choć dograła mecz, to szans na zwycięstwo jej uciekła. Niestety, w kolejnych turniejach nie było lepiej. W WTA 1000 w Toronto Polka przegrała już swój pierwszy, następnie w WTA 1000 w Cincinnati jeden mecz wygrała i jeden przegrała, a tuż przed US Open pożegnała się z turniejem WTA 500 w Monterrey już po jednym rozegranym spotkaniu. Podsumowując: po kapitalnym Rolandzie Garrosie (awans z kwalifikacji aż do finału turnieju głównego) Chwalińska przegrała właśnie piąty z sześciu rozegranych meczów.
Łukasz Jachimiak: Po Rolandzie Garrosie wielu polskim kibicom wydawało się, że Maja Chwalińska zacznie nagle seryjnie wygrywać największe turnieje. A teraz z kolejnymi przegranymi meczami Chwalińskiej lawinowo przybywa ludzi, którzy twierdzą, że to jakiś niesamowity splot okoliczności pozwolił jej dotrzeć aż do finału w Paryżu. Jak na to wszystko patrzy pan, czyli doświadczony trener?
Paweł Ostrowski: Absolutnie się zgadzam z tym, co pan powiedział – popadanie ze skrajności w skrajność to coś typowego dla nas, Polaków. I absolutnie się nie zgadzam z takim ocenianiem. Ja cały czas jestem bardzo ciekaw, jak Maja sobie poradzi na kortach twardych. Bo przecież jej granie na tej nawierzchni w wielkich turniejach dopiero się zaczyna. To był jej pierwszy główny turniej US Open w karierze. Myślę, że ona inne granie na betonie musi udźwignąć przede wszystkim psychicznie. Myślę też, że pod względem psychicznym nie pomogło jej to, że krótko po Rolandzie zagrała na Wimbledonie. Nie wiem czy to był dobry pomysł. Moim zdaniem Maja była za bardzo zmęczona psychofizycznie, za duże były oczekiwania, za szybko trzeba było zmienić nawierzchnię. Z takimi rzeczami nie wolno się spieszyć.
Prawda, że Chwalińska była bardzo zmęczona po 10 meczach w Paryżu, prawda, że zabrakło czasu, żeby zagrała cokolwiek na trawie przed Wimbledonem, prawda, że w pierwszej rundzie Wimbledonu doznała kontuzji, ale mimo wszystko nie wyobrażam sobie, że będąc jej trenerem po finale Rolanda Garrosa namawiałbym ją, żeby odpuściła Wimbledon. Czy pan kiedykolwiek namawiał swoją zawodniczkę, żeby nie zagrała w jakimś wielkoszlemowym turnieju?
- Tak. I oczywiście stałem się wtedy strasznym wrogiem wszystkich, a przede wszystkim swojej zawodniczki. W początkach pracy z Martą Domachowską zauważyłem, że mamy za dużo rzeczy do uporządkowania, żeby nie zacząć ich porządkować, tylko lecieć na Australian Open. Oczywiście to była inna sytuacja niż ta Mai Chwalińskiej, ale postawiłem na swoim i efekt był taki, że wkrótce Domachowska wygrała trzy mniejsze turnieje i pierwszy raz w karierze awansowała do ćwierćfinału dużego turnieju WTA w Casablance. A patrząc długofalowo, rozwinęła się tak, że w tym 2004 roku, w wieku 18 lat, pierwszy raz awansowała do top 100 światowego rankingu.
Wracając do Mai – kluczowe wydają się teraz oczekiwania. Powiem w ten sposób: dla mnie nie ma znaczenia czy ona teraz wygrywa, czy przegrywa. Zależy mi tylko na tym, żeby jak najczęściej grała na swoim poziomie i żeby miała radochę z gry, satysfakcję z tego, jak się zaprezentowała.
Tylko jaki jest ten poziom Chwalińskiej? Nie taki, jak pokazuje w ostatnich meczach, ale jednak też nie aż taki, jakim zachwyciła w Paryżu?
- Tak, to się zgadza. Chodzi o to, żeby Maja pokazywała nie wzloty i upadki, tylko żeby grała stabilnie, ciągle na przyzwoitym poziomie, kombinacyjnie, z pomysłem, z wiarą w siebie.
Tego na kortach twardych jej brakuje.
- Tak. Ale pamiętajmy, że beton betonowi nierówny. Są w tourze turnieje na kortach twardych, gdzie Chwalińska może grać naprawdę fajny tenis. Moim zdaniem w US Open też się da.
Pod warunkiem, że coś się jednak doda, prawda? Samo zmienianie rytmu gry, szukanie skrótów, lobów i minięć to na betonie za mało, tak? Zgadza się pan, że na tej nawierzchni Chwalińskiej musi zagrać agresywniej niż na mączce?
- Na pewno nie da rady grać samymi topspinowymi forhendami, jak w Paryżu. Choć musimy wziąć pod uwagę, że dzisiaj betony wszędzie robią coraz wolniejsze, bo chcą, żeby było więcej wymian, żeby była większa atrakcyjność. Kiedyś betony wszędzie były tak szybkie, że był tylko serwis, brzdęk i do widzenia. Teraz jest inaczej, można poodbijać. To dla Mai korzystne. Ona musi pograć, poszukać szans, porozgrywać taktycznie, a nie wdawać się w łup-łup, bum-bum. Myślę, że Maja się i na tej nawierzchni odnajdzie, tylko nie wieszajcie, nie wieszajmy, na niej za dużo, dajmy jej odzyskać frajdę z grania. Dla mnie to jest podstawa, a wyniki Chwalińskiej są drugoplanowe.
Myślę, że chodzi nie tylko o to, co my wieszamy, ale też, a nawet przede wszystkim, o własne oczekiwania Mai Chwalińskiej.
- Na pewno. Zwłaszcza że mieliśmy w historii takie dziewczyny, które odpaliły w jednym wielkim turnieju i nigdy więcej do tego sukcesu nie nawiązały. Ale z pewnością Maja wie, że musi po prostu kontynuować swoje granie, trzymać się swojego stylu, bo to jest klucz do kolejnych sukcesów. Oczywiście należy grać troszkę szybciej niż na ziemi, co tego nie ma wątpliwości. Natomiast myśl przewodnia musi być wciąż ta sama, czyli wybijanie przeciwniczki z uderzenia, bo Maja robi to genialnie. I to może z powodzeniem robić nie tylko na kortach ziemnych. Że można to robić też na betonach, udowodniła całemu światu Agnieszka Radwańska, prawda?
To z pewnością dobry przykład dla Mai – Radwańska grała inaczej niż cała światowa czołówka, a przez dekadę w tej ścisłej czołówce była.
- Bo potrafiła być niebezpieczna również na betonach, które i dla niej były trudne. Myślę, że Maja bardzo potrzebuje wygrać jeden i drugi duży mecz na tej nawierzchni, najlepiej na poziomie wielkoszlemowym, żeby dokładać cegiełki konieczne do zbudowania pewności siebie. Nie oczekujmy, że za chwilę Chwalińska zacznie robić na kortach twardych jakieś wielkie halo, bo takie myślenie to jakaś ponura bzdura. Ale trzymajmy kciuki, żeby grając swój tenis i tylko dodając do niego trochę prędkości, Maja zaczęła wygrywać. Wtedy będziemy się bardzo cieszyć, bo Maja będzie się powoli na betonie budowała.
Mówimy o oczekiwaniach Chwalińskiej wobec samej siebie i o naszych oczekiwaniach wobec niej, a co pan powie o oczekiwaniach wobec Igi Świątek? Po jej dobrym graniu w Toronto i Cincinnati mało kto używa takich słów jak „powoli" - już nam się marzy, że Świątek wygra US Open.
- Zgadza się: Iga wygrała w Toronto i doszła do półfinału w Cincinnati, to bardzo cieszy, ale dziwię się, widząc, jak nagle wszyscy mówią, że teraz wygra US Open. No ludzie kochani, uspokójcie się trochę! Dla mnie jest ważne jedno: że Iga ostatnio cieszyła się tenisem. Tego bardzo długo nie widzieliśmy, a teraz to znów widzieliśmy. I to chcę zobaczyć u Świątek w trakcie US Open. A o wygrywaniu turnieju na razie, na samym starcie, według mnie nie ma co rozmawiać.