Sport.pl+

To nie jest artykuł o Darii Abramowicz i Idze Świątek. To tekst o tenisie

Radosław Leniarski
Iga Świątek
Fot. REUTERS/Toby Melville

Tenis jest najbardziej samotnym sportem na świecie, dlatego trzeba mieć emocjonalną kotwicę, żeby w nim nie zwariować.

We wtorek 19 marca 2024 roku Aryna Sabalenka trenowała w Miami Gardens przed turniejem, kiedy na korty weszli policjanci. Przedstawili się i powiedzieli, że nie żyje jej życiowy partner, były białoruski hokeista Konstantin Kołcow – wtedy myśleli, że tak właśnie jest, że to jej partner, nie wiedzieli, że rozstali się kilka tygodni wcześniej. Znaleziono go martwego pod apartamentem, 15 mil od kortu – poinformowali tenisistkę. Sabalenka nie uwierzyła policjantom, a raczej nie potrafiła zaakceptować wiadomości o jego śmierci, szarpała się z funkcjonariuszami – tak w wywiadzie dla „Vogue’a" wspominała dramatyczne chwile sprzed dwóch lat. A potem zanurzyła się w tenis.

Nie mówiła, kto zasugerował jej taki sposób reakcji na śmierć Kołcowa, ani kto wpłynął na odcięcie się od świata, z wyjątkiem gry. Ale z tego samego wywiadu wynika, że był to Jason Stacy, jej trener przygotowania fizycznego. W takiej roli go zatrudniała w 2018 r., kiedy miała potężne problemy z emocjami na korcie. "Stacy jest dla mnie jak ojciec" – mówiła. Wagi tym słowom dodaje fakt, że Amerykanin dołączył do jej zespołu rok przed przedwczesną śmiercią Siergieja Sabalenki, ojca tenisistki.

Stacy jest teraz kimś w rodzaju człowieka od wszystkiego, w tym również od rozwiązywania problemów natury psychologicznej czy też – jak się w Polsce mówi – od mentalu. Amerykanin nie ma wykształcenia ani przygotowania psychologicznego. Jest natomiast autorem. Napisał książkę o swojej metodzie treningu "mentalnego". Zostanie opublikowana we wrześniu. Nosi tytuł: "The Pressure Code: How Elite Performers Align Their Energy, Emotions, and Environment" [Kod presji: jak najlepsi wykorzystują swoją energię, emocje i otoczenie]. Przedmowę napisała Sabalenka.

Nie słyszałem, aby ktokolwiek gdziekolwiek krytykował Sabalenkę za zatrudnienie Stacy’ego w jakiejkolwiek roli – przyszywanego ojca, trenera, psychologa, powiernika. Nikt nie krytykuje tego, że daje tenisistce rady podczas meczów, niezależnie od rad jej faktycznego, wieloletniego trenera Antona Dubrowa, ani tego, że wyda książkę, którą napisał w czasie, gdy pracował z tenisistką przez 330 dni w roku. Ktoś powie: nie krytykują, bo wygrywa (ostatnio nie tak bardzo). Ale gdy zaczynali, daleko jej było do miejsca liderki rankingu WTA. Ba! Po czterech latach współpracy ze Stacy’m Aryna miała przytłaczający kryzys związany z popełnianiem rekordowej liczby podwójnych błędów serwisowych - popełniała ich po 20 i więcej w jednym meczu, aż musiała serwować z dołu, żeby w ogóle trafić w kort. W Polsce uznano by ten kryzys za objaw słabości psychicznej. Tak naprawdę był problemem technicznym, który został wyeliminowany przez fachowca od biomechaniki.

Po drugiej stronie świata, mniej więcej w tym samym czasie, gdy Sabalenka zaczęła współpracę ze Stacy’m, do wielkiego tenisa wkroczyła Naomi Osaka. 20-letnia Japonka miała obok siebie Abdula Sillaha. Był nie tylko trenerem przygotowania fizycznego, ale wypełniał wiele innych ról, w sumie przez ponad dwa lata zdobywania przez nią tytułów wielkoszlemowych. Pamiętajmy, że z sukcesami przyszła drastyczna zmiana stylu życia, a później ogromny kryzys psychiczny, który rzucił nowe światło na to, przez co przechodzą tenisistki.

Na szalonej karuzeli 

Jest to zarazem nowe światło w sprawie: dlaczego tenisiści i tenisistki pożądają takich związków jak Sabalenki ze Stacy’m czy Świątek z Abramowicz.

Dzieje się tak dlatego, że tenis jest najbardziej samotnym sportem. Jest grą pojedynczą również poza kortem. Tu potrzebna jest pomoc. Problem dotyczy osób młodych, które na tym etapie życia lgną do kontaktów osobistych (najchętniej z rówieśnikami, jeśli tylko byliby dostępni na co dzień). Było zbyt wiele przypadków, kiedy młode osoby, które weszły przebojem do zawodowego tenisa, przeżywały kryzysy psychiczne, jak Osaka. Na osłodę tenisistki zarabiają wielkie pieniądze, ale bajońskie kwoty są dla elity – kilkunastu lub nieco więcej zawodniczek. Reszta musi zmagać się z permanentnym, dołującym kryzysem finansowym. Dlatego bliska obecność kogoś godnego zaufania to normalny, a nawet pożądany stan rzeczy w tenisie na najwyższym poziomie.

W szalonej karuzeli, jaką jest skomercjalizowany do imentu tenis, wartość stałych relacji, czegoś podstawowego dla każdego człowieka, jest nie do przecenienia. Jest wartością dodaną, a nie obciążeniem. W polskim przypadku dochodzi i to, że psycholożka z wykształcenia i z doświadczeniem stała się z czasem ważną dla Igi Świątek i jedyną kobietą w zespole przebywającym z nią niemal non stop przez ponad 300 dni w roku.

Skąd więc w Polsce tyle niechęci wobec Abramowicz?

Czy ktoś w USA nie cierpiał Gila Reyesa, któremu Andre Agassi wybudował pomnik w swojej biografii? Reyes, trener przygotowania fizycznego, stał się dla tenisisty ojcowską postacią (enklawą od despotyzmu prawdziwego ojca), powiernikiem w czasach złych, nieformalnym psychoterapeutą, ochroniarzem przed mediami, a później świadkiem na ślubie. Reyes nie miał zielonego pojęcia o tenisie, bo zajmował się wcześniej koszykówką, ani o psychologii. Był z Agassim, kiedy tenisista zmieniał kolejnych trenerów i zapewne wpływał na decyzje o wyborze. Reyes był w boksie Agassiego podczas ostatniego meczu Amerykanina na US Open w 2006 roku. Dotąd się przyjaźnią.

Ważniejsza niż kiedykolwiek

Są różnice, sam je widzę. Polegają one na innej drodze do intymności. Osoby takie jak Reyes, Stacy czy Sillah osiągnęły wysoki poziom osobistych relacji niejako oddolnie. Abramowicz została zatrudniona jako profesjonalistka, psycholożka sportowa, celowo do pełnienia tej roli. Jej zażyłość z Igą Świątek wynikła niejako z wypełnienia roli w pierwszym okresie współpracy. U tamtych odwrotnie – najpierw były zaufanie i zażyłość, które przeistoczyły się w nową funkcję, nową rolę.

Być może z czasem skuteczność Abramowicz jako psycholożki malała z powodu zażyłości z Igą. W pewnym sensie bliskość może osłabić analityczną obserwację i wnioskowanie, choć nie musi. Natomiast ważniejsza niż kiedykolwiek stała się jako osoba bliska Idze. Tylko że dla środowiska tenisowego i mediów Abramowicz wciąż ma etykietkę psycholożki Świątek, mimo że już wypełniła podstawową misję, do jakiej została zatrudniona. Pomogła dziewczynie w bardzo trudnym czasie. Sukcesy, popularność, wielkie pieniądze nie zepsuły Igi. Wciąż chce wygrywać, wciąż mówi, że kocha tenis. Wciąż szuka sposobu, żeby utrzymać się w ścisłej czołówce, po latach bycia na szczycie. Jeśli trener nie spełnia jej sportowych oczekiwań, szuka lepszego. Jeśli czuje, że nie gra wystarczająco dobrze, jedzie trenować na Majorkę. Wciąż jej zależy, wciąż jest ambitna i zmotywowana. Ja to podziwiam.

Pytanie, kogo Świątek potrzebuje u swojego boku na obecnym etapie kariery? Czy psycholożki z pełną wiedzą i pamięcią wspólnych doświadczeń? Czy nowej psycholożki, z niezapisaną kartą obserwacyjną, z totalnie nowym spojrzeniem, ale i z brakiem głębokiego, wieloletniego doświadczenia konkretnego, bardzo specyficznego przypadku? A może potrzebuje po prostu bliskiej osoby, lojalnej, pomocnej, zaufanej…

I właśnie tu docieramy do sedna.

Niech zdecyduje o tym sama. Szczególnie że za wszystko sama płaci.

PS. Nie zaprzeczę, że do napisania tego osobistego artykułu zainspirowały mnie, a nawet sprowokowały artykuły Łukasza Jachimiaka, kolegi z redakcji, z których główną myślą – nieodosobnioną – zdecydowanie się nie zgadzam, a dotyczącą negatywnego wpływu Abramowicz na grę Świątek.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...