- Jest jak Michael Jordan, który musi wygrać nawet rzut monetą. Nie każdy się z tym rodzi - zachwycał się Igą Świątek jej trener. - Urodziłam się po to, żeby odbierać puchary - mówiła sama Iga. Dlaczego teraz powtarza słowa swojej psycholożki Darii Abramowicz?
Jest październik 2020 roku, 19-letnia, nierozstawiona Iga Świątek właśnie sensacyjnie wygrywa Rolanda Garrosa. Siedzę z jej trenerem i słucham, jak Piotr Sierzputowski charakteryzuje zawodniczkę: - Ona uwielbia rywalizować. I świetnie! […] I zawsze chce się w czymś zmierzyć. Caty McNally, przyjaciółka Igi, też rywalizuje ze swoim trenerem we wszystkim. Dbają o to. A Iga taką ma naturę – mówi szkoleniowiec.
- Jest jak Cristiano Ronaldo, który potrafi się nauczyć nawet nieznanego sobie wcześniej tenisa stołowego, byle tylko odegrać się na kimś, z kim przegrał? - dopytuję.
- Albo jak Michael Jordan, który musi wygrać nawet rzut monetą. Naprawdę, nie każdy się z tym rodzi. Jak mówię - da się to wyćwiczyć, ale do pewnego stopnia. A Iga nie pęknie nigdy, nie będzie miękka – odpowiada trener.
Co takiego się stało, że sześć lat później Świątek stwierdza: "Szczerze mówiąc, to nie obchodzą mnie już wyniki"?
Świątek mówiła: "Urodziłam się, żeby odbierać puchary". Teraz mówi: "Trzeba mieć niskie oczekiwania"
Zróbmy jeszcze jedną podróż do przeszłości. W 2020 roku Sierzputowski doprowadził Świątek do pierwszego w jej karierze wielkoszlemowego triumfu. A w 2021 roku razem doszli do czwartego miejsca w rankingu WTA. Mimo to, w zaskakujących okolicznościach się rozstali. To był grudzień 2021 roku. W styczniu następnego roku nowy trener, Tomasz Wiktorowski, przed pierwszym wspólnym turniejem powiedział Sport.pl tak: - Na turniej zawsze jedziemy, żeby go wygrać.
I dodał: - Uważam, że w pracy z taką tenisistką jak Iga, nie ma marzeń, a tylko realne cele".
Z Wiktorowskim Świątek wygrała m.in. cztery turnieje wielkoszlemowe (Roland Garros 2022, 2023 i 2024 oraz US Open 2022) i została liderką światowego rankingu. Różnie jest oceniana widowiskowość tenisa, jaki Świątek grała pod wodzą tego trenera (Wiktorowski postawił na proste środki, przez co Iga przestała grać tak wszechstronnie, jak to robiła pod wodzą Sierzputowskiego). Ale bezsprzeczne jest, że okres ich współpracy był czasem jednej z największych dominacji w damskim tenisie w XXI wieku. Seria aż 37 wygranych przez Świątek meczów z rzędu z 2022 roku jest najdłuższą w tym stuleciu. W 2022 i 2023 roku, a także do połowy roku 2024, wiele razy zachwycaliśmy się skutecznością naszej tenisistki. I chwaliliśmy jej mentalną siłę.
- Ja uważam, że [Kobe Bryant] to przykład kogoś, kto był niezwykle skuteczny i potrafił znaleźć sposób na to, co jest najważniejsze w sporcie, czyli na wygrywanie. Uważam, że pod tym względem Iga jest bardzo podobna. Znalazła swój sposób na zwyciężanie – mówił w tamtym czasie trener Maciej Synówka, twierdząc, że Świątek ma "Mamba mentality".
Tak określana była boiskowa postawa Kobego Bryanta, koszykarza NBA, o pseudonimie "Black Mamba", który miał obsesję wygrywania. To określenie ładnie pasowało też do Polki, seryjnie wygrywającej wielkie turnieje i grającej najlepiej w najtrudniejszych meczach.
– Urodziłam się po to, żeby odbierać puchary – powiedziała Świątek po jednym z wygranych w cuglach finałów, odbierając kolejne trofeum.
Jak tego typu wypowiedzi mają się do stwierdzeń w rodzaju: "Trzeba mieć niskie oczekiwania i wysokie standardy"? Od jakiegoś czasu Świątek powtarza to za Darią Abramowicz.
Świątek trochę jak Małysz. Ale nie do końca
Ideę zrozumieć nietrudno – lepiej nie nastawiać się na nie wiadomo jakie sukcesy, tylko dbać o to, żeby jak najlepiej wykonywać swoją pracę. To filozofia podobna do tej, jaką lata temu wyznawał Adam Małysz. Nasz genialny skoczek nie chciał mówić, czy wygra ważny konkurs, bo wiedział od swojego psychologa Jana Blecharza, że korzystniej będzie "odciąć głowę", nie nakręcać się na wynik. Małysz mówił więc, że skupia się tylko na tym, żeby oddać dwa równe, dobre skoki. Bo to było jego zadanie, na to miał wpływ. Na ważne w skokach warunki pogodowe i na to, co pokażą rywale – nie miał.
Ale Małysz w chwilach niepowodzeń stawał na głowie, żeby znów wygrywać: wycofywał się ze startów, by szukać formy na treningach, zmieniał wszystkich współpracowników, stworzył nawet pionierski w swojej dyscyplinie sportu oddzielny sztab dla jednego zawodnika. Czym innym jest takie stawianie sprawy, że się nie mówi o wynikach, a czym innym stwierdzanie wprost: "Nie obchodzą mnie już wyniki".
Konferencja prasowa Świątek po porażce z Alexandrą Ealą 6:7, 2:6 i po odpadnięciu już w III rundzie Wimbledonu 2026 pokazała jedno: że Polka jest zagubiona.
Świątek mówi o procesie. Ale nie wiemy, na ile szczerze mówi
- Musisz zaufać procesowi. Szczerze mówiąc, to nie obchodzą mnie już wyniki. Byłam na nich tak skupiona, że trudno to kontynuować. Staram się odpuścić. Nie mam dobrych wyników, więc nie zamierzam ich oczekiwać, bo to się po prostu nie wydarzy. (...) Muszę pracować od początku i po prostu próbować poprawić mój tenis – powiedziała nasza tenisistka.
To brzmi trochę jak parafraza słów Abramowicz, wypowiedzianych dwa dni wcześniej dla ESPN: - Wyobraźcie sobie, jak trudno jest zawodnikom zdawać sobie sprawę, że aby coś osiągnąć, muszą pozbyć się pragnienia osiągnięcia czegoś – stwierdziła psycholożka.
Czy faktycznie sportowiec może osiągnąć sukces tylko wtedy, gdy pozbędzie się pragnienia osiągnięcia tego sukcesu? Są co najmniej dwie szkoły i ta druga mówi, że chcąc coś osiągnąć, nie możesz tracić celu z oczu, musisz ciągle wizualizować sobie, że to osiągasz, musisz mieć wręcz obsesję wygrywania. Naturalnie to grozi spalaniem się. Ale jeśli jest to zgodne z charakterem człowieka, trudno uznać, że warto nauczać go innej postawy. W przypadku Świątek obserwujemy zmianę podejścia i zasadne jest zastanawianie się, czy ta nowa filozofia nie jest sprzeczna z jej naturą.
Poza tym do końca nie wiadomo, w jakim właściwie "procesie" jest Świątek. Kilka miesięcy temu przyznawała, że czasami brakuje jej radości z gry. I zmieniła trenera. Teraz zapewnia, że tenis ją cieszy. - Cały czas też chcę grać w tenisa i lubię grać w tenisa. W sumie to jest wystarczająca motywacja – powiedziała po odpadnięciu z Wimbledonu. O procesie Świątek mówiła już nieco ponad miesiąc temu, gdy w IV rundzie odpadła z Rolanda Garrosa. Wtedy przyznała, że przegrała ze stresem. Po przegranej z Martą Kostiuk w Paryżu opowiadała, że jej napięte, bardzo usztywnione ciało sobie nie poradziło. I że będzie pracowała nad tym, żeby reagować lepiej. Czy reaguje lepiej?
Na Wimbledonie ogromnie obciążona czuła się już w I rundzie. Po wygraniu trzysetowego meczu z Taylor Townsend płakała. W płaczu nie ma nic złego, on pomaga się oczyścić, rozładować emocje. Ale też coś pokazuje – napięcie.
Świątek utrzymuje, że z Ealą przegrała tylko przez kwestie stricte tenisowe, że tu żadnej roli nie odegrały jej (lub innych) oczekiwania, że nie chodziło o presję. Trudno w to uwierzyć. Widzieliśmy, jak źle reagowała na przegrane punkty. Jak przeklinała i dyskutowała ze sztabem, a nawet cieszyła się po błędzie rywalki ("Wreszcie ku***, aut!" – krzyknęła po nieudanym zagraniu Eali), co w tenisie uchodzi za wyjątkowo nieeleganckie zachowanie.
W każdym razie, jeśli Świątek naprawdę doszła do punktu, w którym nie obchodzą jej wyniki, naturalne jest, że część kibiców to dziwi. Jeszcze pół roku temu, po odpadnięciu z Australian Open w ćwierćfinale, Iga potrafiła przyznać, że dla niej, już sześciokrotnej mistrzyni takich turniejów, taki wynik nie jest zgodny z oczekiwaniami. W Melbourne odpadła z walki po pięciu meczach, na Roland Garros – po czterech, a teraz, z Wimbledonu – już po trzech. Jest coraz gorzej. Słowa Świątek o nieprzejmowaniu się wynikami brzmią raczej jak "obrażenie się" na coraz trudniejszą rzeczywistość, niż jak szukanie poprawy sytuacji w zmianie podejścia do zawodów.
Ale jeśli jednak taka jest prawda, to sytuacja wygląda następująco: mieliśmy sportsmenkę z charakterem Michaela Jordana, a teraz mamy zawodniczkę mówiącą językiem swojej psycholożki i zarazem mentorki. Po ludzku tak pewnie łatwiej i możliwe, że nawet zdrowiej "być" Abramowicz niż Jordanem. Ale w wyczynowym sporcie, czyli w świecie ogromnej konkurencji, wielkie sukcesy odnosi raczej ten, komu na nich zależy tak bardzo, że szczerze mówi o tym i sobie, i całemu światu. I właśnie z myślą o wielkich wynikach w codziennym procesie daje z siebie, ile tylko może.
Stoch długo nie miał wyników. Ale nie przestawał o nie walczyć
Z drugiej strony, na pewno warto nie popadać w skrajności. Bardzo ciekawie pod koniec kariery o wynikach, oczekiwaniach i własnej ambicji mówił Kamil Stoch. Wielki mistrz kilka ostatnich lat przeskakał bez sukcesów, ale bardzo długo nie tracił wiary, że jeszcze będzie wygrywał. – Wynik, i powie ci to każdy, nawet najmniej doświadczony trener, to zawsze efekt twojej pracy. To tylko efekt końcowy, który wyświetla się po tym, co już wykonałeś. Najbardziej pożądane jest, żebym się skupił na tym, na co ja mam wpływ. A mam wpływ na to, jaki skok oddam i jak wykonam jego poszczególne elementy. Myślenie o tym sprawia, że osiągnięcie takiego celu zadaniowego jest prostsze. Za to chęć wygrania zawodów, czy osiągnięcia jakiegoś konkretnego wyniku, wzbudza w tobie niepokój i potęguje stres. A on nie pomaga w robocie – mówił w jednej z obszernych rozmów ze Sport.pl.
W tej samej rozmowie Stoch dodawał: - Nie, nie uważam, że mam zbyt dużą ambicję. Myślę, że mam dobry poziom ambicji - duży, ale nie za duży. On pozwolił mi na osiągnięcie tego, co do tej pory i chyba bez tego nie byłoby mnie w tym miejscu, w którym jestem. I dalej pomaga mi wyciskać z siebie jeszcze więcej na treningach i szukać pola do rozwoju.