Choć konieczność walki o dziką kartę brzmi dość absurdalnie, gdy mówimy o aktualnie 21. zawodniczce światowego rankingu, to zasady Wimbledonu były nieubłagane. Brytyjczycy ustalają listę startową jeszcze przed Roland Garros, a więc brali pod uwagę ranking, w którym Chwalińska była poza Top 100. Dzika karta była jej jedyną opcją, by zagrać w drabince głównej bez eliminacji. Jej szanse z początku wydawały się małe, w końcu rok temu przepustki nie dostała równie sensacyjna półfinalistka Garrosa Lois Boisson. Potem trochę wzrosły, gdy po wycofaniu się kilku zawodniczek do drabinki weszła Brytyjka Francesca Jones (gospodynie mają pierwszeństwo do karty).
Ostatecznie misja została zakończona sukcesem. Chwalińska dostała wstęp do drabinki głównej bez eliminacji i może odetchnąć. Będzie to swoją drogą pierwszy raz w jej karierze, gdy od razu zagra w turnieju głównym Wielkiego Szlema. Menedżerka naszej tenisistki Aleksandra Musiał w rozmowie z Interią ujawniła, że o przyznaniu karty Chwalińska dowiedziała się w tym samym momencie, co wszyscy. Nie było żadnych wcześniejszych informacji dla zawodniczek.
- Przyszedł oficjalny mail. Jeszcze nie zdążyłam go otworzyć, a media już pisały o dzikiej karcie dla Mai - powiedziała Musiał. Przyznała także, że od tej decyzji zależały najbliższe tygodnie Polki, bo żadnego grafiku nikt bez tego nie chciał ustalać. - Wcześniej nie podejmowaliśmy żadnych decyzji. Wszystko było otwarte i uzależnione od tego, co zrobią organizatorzy. Planu B nie było, bo stwierdziliśmy, że poczekamy i wtedy zdecydujemy, co zrobić - zdradziła menedżerka Polki.
Jak zareagowała sama Chwalińska, gdy dowiedziała się o przyznaniu karty? - Wiadomo, że się ucieszyła, ale to była raczej taka stonowana reakcja. Kiedy usłyszała, że jest ta upragniona dzika karta, to powiedziała, że trzeba brać się do roboty - powiedziała Aleksandra Musiał. Naszej reprezentantce na przygotowania zostały niecałe dwa tygodnie. Wimbledon rusza w poniedziałek 29 czerwca. Będzie to jej jedyny turniej na trawie w tym sezonie.