- Miałem dobre propozycje pracy, gdy Maja miała ten trudny okres. Nie odszedłem, nie mógłbym. Ani przez chwilę tego nie żałowałem - mówi Sport.pl Jaroslav Machovsky, trener Mai Chwalińskiej. Czech wychwala na każdym kroku sensacyjną finalistkę Rolanda Garrosa, choć przyznaje, że zdarzyło mu się wyjść w trakcie jej meczu.
Maja Chwalińska jako kwalifikantka zagrała na paryskich kortach im. Rolanda Garrosa turniej życia. A gdy ona wybijała na korcie kolejnym rywalkom tenis z głowy, to na trybunach w milczeniu obserwował to trenujący ją od sześciu lat Jaroslav Machovsky. Czech opowiada Sport.pl, że milczenie było kwestią ustaleń. I wraca do tego, co ten wielki i niespodziewany sukces poprzedziło. Trudnych momentów było naprawdę wiele. A Machovsky też nie zawsze był aż tak spokojny i opanowany jak podczas niedawno zakończonego Rolanda Garrosa.
Agnieszka Niedziałek: Po jedzeniu pizzy przez trzy tygodnie w Paryżu ma pan jej teraz serdecznie dość?
Jaroslav Machovsky: No tak, za dużo tego było (śmiech). Ostatnie dni były już ciężkie. Ale skoro powiedzieliśmy na początku, że póki Maja będzie wygrywać, będziemy jedli pizzę z salami, to trzymaliśmy się tego do końca.
W przeszłości stosowaliście już podobne zasady?
- Nie, to była wyjątkowa pod tym względem sytuacja.
O zjedzeniu czego marzył więc pan po powrocie z Francji?
- O zupie. Kocham zupy. A przez trzy tygodnie w Paryżu w ogóle ich nie jadłem.
Obstawiam, że poza zupami brakowało tam panu także snu.
- To prawda, głowa była wtedy mocno zajęta. Przygotowania pod kątem wszystkich przeciwniczek pochłaniały sporo czasu. Wieczorem oglądaliśmy ich mecze, potem o tym rozmawialiśmy i analizowaliśmy. Można więc powiedzieć, że im więcej się wygrywa, to tym mniej człowiek śpi i jest bardziej zmęczony, ale tak naprawdę taki "problem" to oczywiście wielkie szczęście.
Gdy kamera pokazywała pana podczas meczów i gdy słuchało się pana wypowiedzi na antenie Eurosportu, to emanował od pana duży spokój. W środku się gotowało?
- No jasne. Byliśmy tak umówieni, że – korzystając z tego, że był na miejscu z nami – to drugi trener Petr Hajek przekazywał Mai wskazówki. Miał to robić spokojnie, a ja zwykle chcę powiedzieć za dużo i robię to szybko. A tu potrzebne były spokój i wspieranie. Dlatego głównie siedziałem cicho, a gdy była potrzeba, to mówiłem coś i Petr to przekazywał.
Był taki mecz w trakcie waszej sześcioletniej współpracy, podczas którego nie wytrzymał pan od nadmiaru emocji i dał im ujście? A może Maja Chwalińska potrzebowała kiedyś pobudzenia zamiast spokoju?
- Bywają momenty, gdy jest to potrzebne. Raz wyszedłem z meczu, bo już nie wytrzymałem (śmiech). Maja grała wtedy debla. Coś mi się nie podobało i uznałem, że lepiej wyjść. Potem porozmawialiśmy o wszystkim i było w porządku.
Zawsze chcę, by Maja wygrywała. Nie ma znaczenia z kim, gdzie i jak. Robimy wszystko, aby była dobrze przygotowana. Aby wiedziała, co ma grać, a później już wszystko jest w jej rękach. Obserwuję potem, czy trzyma się założeń taktycznych. Ale też zdaję sobie sprawę, że patrząc z boku wszystko wydaje się jasne, a z perspektywy kortu wygląda to trochę inaczej. Dobrze, że możemy potem o tym otwarcie porozmawiać i znaleźć rozwiązanie, które jest najważniejsze.
Jak się pan czuje jako trener finalistki turnieju wielkoszlemowego?
- Jestem szczęśliwy, że mogę współpracować z taką świetną osobą jaką jest Maja. I nie chodzi tu tylko o osiągnięty przez nią wynik. Jestem z niej po prostu bardzo dumny, bo takich osób jak ona jest mało. Ona kocha tenis, jest bardzo pracowita, a do tego jest bardzo miłą osobą.
Zaraz po przegranym finale płakała, zawiedziona swoją grą. Musiał jej pan wtedy przypomnieć jak wiele osiągnęła w tym turnieju?
- Nie było takiej potrzeby. Takie uczucie rozczarowania było wtedy naturalne. Nie da się inaczej. Nie osiągnie się niczego jako sportowiec, jeśli nie będziemy mieć takiego podejścia. Nie można się cieszyć tuż po przegranym meczu.
A gdy już to rozczarowanie nieco przygasło, to jak wyglądało świętowanie?
- Było dość spokojne. Byliśmy na łódce i było bardzo przyjemnie.
Wspomniał pan o znaczeniu osobowości Chwalińskiej i jej pracowitości. Paweł Kałuża, czyli pański poprzednik, opowiadał mi, jak zauważył u niej pod koniec ich współpracy początki niebezpiecznego pracoholizmu. Gdy chciała zaczynać wcześniej rozgrzewkę oraz wydłużać treningi. Musiał ją w tych zapędach hamować. Pan też to przerabiał?
- Co do Pawła Kałuży, to bardzo dobrze ją przygotował. Maja nie miałaby tych wszystkich umiejętności na początku naszej współpracy gdyby nie on.
Na początkowym etapie wymagającym dużo zawodnikom nieraz trudno ocenić, ile powinni czasu poświęcać na treningi. Maja miała etap, gdy była trochę zagubiona. Wtedy właśnie miała takie poczucie, że musi jeszcze więcej pracować.
Teraz już go nie ma?
- Zrozumiała, że więcej nie znaczy zawsze lepiej. Trzyma się zasad ustalonych z Maćkiem Ryszczukiem [trenerem przygotowania fizycznego znanym z wieloletniej współpracy z Igą Świątek - red.]. A od rozpoczęcia współpracy z nim ma jeszcze więcej przerw, do czego nie była przyzwyczajona. Ale nie ma w niej niepokoju. Czuje i wie, że jest w porządku. Że ten kierunek jest dobry.
Od początku pan czuł, że to zawodniczka o wielkim potencjale? Inni z jej otoczenia i ona sama wspominali, że wiele razy słyszeli, iż miała być choćby za niska i nie wpisywać się w ramy siłowego tenisa, który teraz dominuje.
- Mi podobały się jej osobowość i podejście. Chciała w siebie inwestować, chciała coś osiągnąć, a o to właśnie tu chodzi. Talent to jedno, ale dużo osób tylko mówi, że chce coś robić, ale nie robi. Maja mniej gada, a więcej robi. Co się jej powie, to wykonuje. Każdy trener tenisowy marzy o zawodniku, który realizuje bez robienia problemów jego polecenia. A gdy coś się Mai nie podoba, to dyskutujemy o tym, co by można było zrobić jeszcze lepiej. Dla mnie ona jest top.
Ale czuł pan już na początku, że stać ją na taki sukces jaki właśnie osiągnęła?
- Ja już widziałem bardzo wielu zawodników, którzy w młodym wieku błyszczeli, a potem nic więcej nie osiągnęli. U Mai trudność polegała na tym, że od dziecka była bardzo dobra. Oczekiwania były więc bardzo duże. Napływały one z różnych stron, ale głównie od niej samej. Te problemy, z którymi się mierzyła, wynikały właśnie z niespełnienia tych oczekiwań. Trzeba było spojrzeć i wskazać, dlaczego tych założeń nie udało się zrealizować. Pojawiały się kontuzje, a Maja za każdym razem po nich wstawała, co bardzo ją wzmocniło. Pracowała, wstawała i wynik przyszedł. Niesamowite, ile razy się podnosiła. To zasługa jej charakteru.
Opowiadała mi cztery lata temu, że gdy – mierząc się z depresją - przychodziła na treningi i płakała, to pan proponował rozmowę zamiast ćwiczeń na korcie. Po zawieszeniu występów sama podobno nie wiedziała, czy wróci do zawodowego tenisa. Pan nie miał co do tego obaw?
- Maja powiedziała mi raz, że nie wie, kiedy wróci, ale chciałaby kontynuować ze mną pracę. Odpowiedziałem krótko: "OK, poczekam".
Nikt pana nie namawiał wtedy, że może w takiej sytuacji lepiej poszukać innego zawodnika?
- Nie, choć miałem więcej propozycji pracy, gdy Maja miała ten trudny okres. Nie zrobiłem tego, nie mógłbym. Ja już taki jestem, wierny jak pies (śmiech). Maja jest naprawdę świetną osobą i ani przez chwilę nie żałowałem, że nie zrezygnowałem wtedy, by trenować z kimś innym. A to były dobre propozycje. Ale bardzo sobie cenię współpracę z Piotrem Szczypką [właścicielem klubu BKT Advantage Bielsko-Biała i menedżerem Chwalińskiej – red.] i Mają. To bardzo fajna robota.
Czy kiedykolwiek z Chwalińską pokłóciliście się?
- Oczywiście. Bywało, że ja byłem zły na nią czy ona na mnie. Inaczej się nie da. Musi być czasem dobrze, a czasem źle, żeby było normalnie.
W tych kłótniach chodziło o tenisowe sprawy czy życiowe, charakterologiczne?
- Tylko o tenisowe. O życiowe nigdy. Maja to najmilszy człowiek na świecie. Po mojej żonie (śmiech).
Czy Maja kiedykolwiek pana czymś zaskoczyła?
- Nie. Potwierdzała tylko to, co mi o niej zawsze mówiono – że jest wyjątkową osobą.
Nie zaskoczyło pana to, jak dobrze poradziła sobie w Paryżu z presją? Nie przytłoczyło jej granie na korcie centralnym i rywalizowanie o wielką stawkę, o jaką nigdy wcześniej nie walczyła.
- Nie, bo ją znam. Pamiętam też, jak awansowała po raz pierwszy do głównej drabinki w Wielkim Szlemie [Wimbledon 2022 – red.]. Pogratulowałem jej i rzuciłem: "Mówiłem ci, że będziesz dobra". Ona opowiedziała: "Nie chcę być dobra, chcę być najlepsza". Pamiętam też jej mecz pierwszej rundy wtedy w Londynie z Czeszką Kateriną Siniakovą. Pierwszy set był jak bajka, grała swój najlepszy tenis. Rywalka nie wiedziała, co się dzieje. Maja prowadziła 6:0, 5:3, gdy Siniakova zaczęła gonić. Może się wydawać, że takie prowadzenie to już o krok od zwycięstwa, ale prowadzić, a wygrać, to zupełnie co innego. Doświadczone rywalki nieraz takie szanse na powrót wykorzystują i zwyciężają w meczu. Maja dała wtedy radę.
Teraz zaś powiedziała, że wcale nie grała swojego najlepszego tenisa w Rolandzie Garrosie. Pan też tak uważa?
- Tak, potrafi lepiej grać. Spisywała się bardzo dobrze, ale potrafi jeszcze lepiej. I to jest świetne, że jest pole do poprawy i rozwoju. Pamiętajmy też, że czasami można grać najlepiej jak jest się w stanie i nie wygrać turnieju.
O dalszą motywację do pracy Chwalińskiej po paryskim sukcesie zapewne nie musi się pan nie obawiać. A czy myśli pan, że może trzeba będzie ją chronić przed ogromnym zainteresowaniem, jakie wzbudziła?
- Spodziewam się, że będzie trochę mniej spokoju wokół niej, ale postaramy się, by mogła się rozwijać. To zainteresowanie i większa rozpoznawalność to cena za wynik w Rolandzie Garrosie. I to jest w porządku, ale nie można zapominać o skupieniu na tym, co potrzebne.
Planowanie startów 21. tenisistki świata, a nie 114., będzie teraz znacznie przyjemniejsze?
- Na pewno wygodą będzie to, że będziemy mogli planować je tak, jak chcemy. Wcześniej trzeba było sprawdzać, w których turniej Maja będzie mogła wystąpić, a do których się nie dostanie. Teraz jest jasne – będzie grała we wszystkich wielkich turniejach. Naszym zadaniem będzie wszystko tak zaplanować, by była do nich jak najlepiej przygotowana.
Znak zapytania dotyczy wciąż Wimbledonu i efektów starań o tzw. dziką kartę. Uważa pan, że ewentualna konieczność ponownego udziału w eliminacjach byłaby dużym problemem dla świeżo upieczonej finalistki Rolanda Garrosa?
- Zobaczymy, jak ta sprawa się potoczy. Jeszcze za wcześnie, by tu coś konkretnego powiedzieć. Możemy się na razie jedynie przygotowywać na to, co przyjdzie.