Chwalińska wypaliła na temat Brada Pitta. "Chyba bym umarła"

Maja Chwalińska wróciła do Polski po sukcesie, jaki odniosła w wielkoszlemowym Roland Garros. 24-letnia tenisistka była gościem programu "Fakty po Faktach", gdzie opowiedziała o swoich wrażeniach z całego turnieju i planach na przyszłość. Nagle wypaliła na temat siedzącego na trybunach podczas finału aktora Brada Pitta. - Nie widziałam go. Całe szczęście, bo chyba bym tam umarła - śmiała się polska tenisistka.
Brad Pitt na finale Roland Garros
PSNEWZ/SIPA/Pressfocus

Maja Chwalińska sprawiła światową sensację, gdy szturmem wdarła się do finału Roland Garros. Polka, o której istnieniu przed trzema tygodniami wielu kibiców nie miało pojęcia, pokonała na drodze do decydującego spotkania o wielkoszlemowe trofeum Qinwen Zheng, Marię Sakkari, Annę Kalinską czy Dianę Sznajder. Wcześniej zresztą musiała rywalizować w kwalifikacjach. W finale poległa w starciu z Mirrą Andriejewą 3:6, 2:6, ale pozostawiła po sobie fenomenalne wrażenie.

Zobacz wideo Sport.pl PLUS

Chwalińska mówi wprost. "Ten mecz był najcięższy mentalnie"

Dziś 24-latka jest rozchwytywana przez wszystkie media. W rozmowie udzielonej na antenie TVN 24 w programie "Fakty po Faktach" przyznała, że nie spodziewała się takiej reakcji rodaków.

- Jeszcze na pewno nie dotarło do mnie do końca to, co się wydarzyło. Jak jeszcze byłam w Paryżu, to czułam, że moje życie może się zmienić, ale chyba nie byłam świadoma tego, jak bardzo i tego, jak wiele osób mi kibicowało, bo tak jak mówiłam w trakcie turnieju - nie byłam obecna w social mediach i nie śledziłam tego za bardzo. Także dzisiaj na lotnisku był duży szok, nie będę ukrywać - podkreśliła Chwalińska.

Finalistka Roland Garros wróciła wspomnieniami do spotkań, które rozegrała na paryskich kortach. Mianem najtrudniejszego meczu określiła kwalifikacyjny pojedynek z Suzan Lamens, który wygrała 7:6(4), 7:5.

- Ten mecz był dla mnie najcięższy mentalnie. Poczułam, że to jest czas, żeby udowodnić, że mogę grać w głównych drabinkach Wielkiego Szlema. Także czułam presję, którą sama sobie nałożyłam i kiedy wygrałam, to zeszło ze mnie napięcie, co na pewno pomogło mi w kolejnych meczach - stwierdziła 24-latka, która jest chwalona za swój nietuzinkowy styl gry, który wielu ekspertów określa mianem "retro" czy "vintage".

- Myślę, że to u mnie pojawiło się bardzo naturalnie. Zawsze grałam bardzo różnorodnie. Pamiętam, że od dziecka moim ulubionymi uderzeniami były slajs i skrót. Myślę, że połowa jest we mnie talentu, czegoś, co dostałam, a druga połowa to dużo pracy, którą włożyłam w to, by doskonalić grę - uważa Chwalińska.

"Brad Pitt bił mi brawo? Całe szczęście, że tego nie widziałam"

I choć finał przeciwko Mirrze Andriejewej nie poszedł po myśli Mai Chwalińskiej, to jej odczucia były pozytywne. Nie ukrywała jednak, że cieszyła się, że nie zobaczyła, kto siedzi na trybunach i oklaskuje jej zagrania.

- Czułam dużą radość. Jak najbardziej był też stres. Ale na pewno czułam wsparcie kibiców i to było dla mnie niesamowite doświadczenie, którego nie zapomnę. Brad Pitt? Nie widziałam go. Całe szczęście, bo chyba bym tam umarła, grałabym jeszcze gorzej. Bił mi brawo? Dam to sobie w ramkę - śmiała się Polka.

"Nie powiem, żebyście się nie poddawali". Tak Chwalińska zwraca się do młodych tenisistów

24-letnia tenisistka postanowiła także zwrócić się do młodych adeptów tego sportu. Wiele dzieci bowiem chce zacząć uprawiać tenisa - podobnie jak przy okazji fali sukcesów Agnieszki Radwańskiej czy Igi Świątek.

- Jeżeli ja potrafiłam, to naprawdę chyba każdy potrafi, bo wiele musiałam przejść, żeby znaleźć się w tym miejscu. Ważne jest to, żeby nie porównywać się do innych, pomimo że jest to ogromnie ciężkie, szczególnie w naszym sporcie, w którym jesteśmy nieustannie porównywani do innych tenisistów czy tenisistek. Skupić się na sobie, na swojej pracy. Najważniejsze jest to, żeby czerpać radość z tego, co się robi. Ciężko mi powiedzieć: "nigdy się nie poddawajcie", bo poddałam się dużo razy, ale wróciłam - powiedziała, a następnie podkreśliła, że nie zamierza osiadać na laurach.

- Na pewno moje życie się zmieni, a ja spróbuję się do tego zaadaptować i też jak najlepiej to wykorzystać, ale moje priorytety się nie zmienią. Największą satysfakcję daje mi praca nad sobą i swoją grą, więc to pozostaje moim najważniejszym priorytetem - powiedziała.

Teraz Maja Chwalińska uda się na zasłużony odpoczynek. Po powrocie z wakacji rozpocznie przygotowania do kolejnego wielkoszlemowego turnieju, czyli Wimbledonu. 24-latka prawdopodobnie będzie musiała zagrać w kwalifikacjach, choć wciąż istnieje szansa, że otrzyma dziką kartę.

- Byłabym bardzo zaskoczona, gdyby się to udało, ale cuda się zdarzają, także trzymajmy kciuki - śmiała się 24-latka, a następnie zdradziła swoje plany na nadchodzące dni. - Będę spać, będę jeść i spędzać dobrze czas z przyjaciółmi. Jakieś krzyżówki... Jestem babcią w środku. Każdy się śmieje, że jestem taka spokojna, że zawsze mam swoją herbatkę i te krzyżówki, więc z boku mam takie rutyny babcine - zakończyła pozytywnym akcentem.

Zobacz też: Największe zaskoczenie przyszło po finale. Chwalińska nie była na to gotowa

Więcej o: