Maja Chwalińska sprawiła jedną z największych sensacji tegorocznego Rolanda Garrosa. Polka przystępowała do turnieju jako kwalifikantka, a mimo to zdołała zameldować się w wielkoszlemowym finale. Awans do decydującego meczu w Paryżu był wydarzeniem bez precedensu i największym sukcesem w jej dotychczasowej karierze.
Droga Chwalińskiej do finału zachwyciła kibiców na całym świecie. Polka udowodniła, że w kobiecym tenisie nie liczą się wyłącznie siła i agresja na korcie. Jej znakiem rozpoznawczym stały się inteligentna gra, doskonałe wykorzystanie kątów zagrań, precyzyjne skróty, loby oraz slajsy, które skutecznie wytrącały rywalki z rytmu. Dzięki temu potrafiła pokonać zawodniczki notowane wyżej w światowym rankingu. Ostatecznie w finale przegrała z Mirrą Andriejewą (3:6, 2:6), ale nie zmienia to faktu, że jej historia jeszcze wielokrotnie będzie przypominana.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej jej nazwisko nie było znane poza gronem najwierniejszych kibiców tenisa. Dziś mówi o niej cały tenisowy świat.
Wielu polskich kibiców jest dumnych z postawy Chwalińskiej. Na lotnisku po powrocie do kraju witały ją tłumy fanów i dziennikarzy. Na samym początku konferencji prasowej 24-latka przyznała, że jest zupełnie zaskoczona skalą swojej popularności, która odczuwa po powrocie do Polski.
- Chciałabym bardzo wam podziękować za tak ciepłe przywitanie i ogromne wsparcie przez te trzy tygodnie. Powiedzieć, że się tego nie spodziewałam, to jakby nic nie powiedzieć - stwierdziła.
Chwalińska musi teraz zmierzyć się z nową rzeczywistością. - Będąc w Paryżu, nie czułam skali tego wszystkiego, co dzieje się w Polsce. Byłam dzisiaj w dużym szoku. Na pewno zdjęcia, które zrobiliście na lotnisku, nie były korzystne, bo miałam dziwną minę. Jest dużo nowych rzeczy wokół, ale zaadaptuję się i zrobię wszystko jak najlepiej - dodała.
Została zapytana m.in. o najtrudniejsze momenty w trakcie turnieju. - W meczu drugiej rundy [z Elise Mertens - przyp.red.] ciało troszkę mi odmawiało posłuszeństwa. Trudny mentalnie był też pojedynek z Marią Sakkari, gdzie gra mi się nie układała. Cieszę się, że udało mi się walczyć, wydobyć z siebie rezerwy i wygrać tamto spotkanie - podkreśliła.
Chwalińska odniosła się również do innych ważnych wydarzeń związanych z turniejem, które często będzie sobie przypominać.
- Zapamiętam 14 pizz zjedzonych przez moich trenerów w ciągu trzech tygodni [to był ich "przesąd": skoro Maja wygrał pierwszy mecz w dniu, w którym zjedli pizzę, postanowili nie zmieniać rytuału w kolejnych rundach] i widok mojego trenera będzie mi to przypominał przez kolejne dni. Niesamowitym doświadczeniem był dla mnie wywiad z Andre Agassim i Johnem McEnroe. Poczułam też ogromne wsparcie od kibiców przed finałem, przed wyjściem na kort - opowiadała.
Turniej we Francji może okazać się przełomowym momentem w karierze Chwalińskiej. Oprócz ogromnego awansu w rankingu WTA (z drugiej setki na 21. miejsce), Polka zyskała również zainteresowanie sponsorów i znacznie większe możliwości rozwoju.
Jak sama podkreśla, w tym momencie najbardziej myśli o tym, by odpocząć, a później zastanowi się, w jaki sposób będą wyglądały przygotowania do Wimbledonu.
Termin zgłoszeń do imprezy w Londynie minął 18 maja. Wówczas Chwalińska zajmowała 114. miejsce w rankingu WTA. Gry w kwalifikacjach może uniknąć tylko dzięki dzikiej karcie. Eliminacje wiążą się z koniecznością wygrania trzech spotkań, by awansować do turnieju głównego.
- Otrzymanie dzikiej karty byłoby czymś fajnym, nie ukrywam tego, ale zobaczymy, jak to się potoczy. Nie chcę aż tak wybiegać w przyszłość - skwitowała finalistka Rolanda Garrosa.