Różnorodność i destrukcja - te dwa elementy sprawiają, że Maja Chwalińska doprowadza na korcie rywalki do rozpaczy, a kibiców wprawia w zachwyt. Efektowny styl jest wypadkową wielkiego talentu sensacyjnej bohaterki Rolanda Garrosa i jej ograniczeń. A eksperci przestrzegają - jeśli Polka ma na dłużej zagościć w światowej czołówce, to musi jeszcze coś do swojej gry dołożyć.
Przyzwyczailiśmy się już, że obecnie największe gwiazdy światowego tenisa zwykle zapraszają nas podczas swoich meczów na wymianę ciosów przypominającą walkę pięściarską. Maja Chwalińska, która jako kwalifikantka przebojem wdarła się do finału tegorocznej edycji Rolanda Garrosa, dla odmiany zaprasza nas na partię tenisowych szachów. Partię, podczas której jest w stanie popisowo namieszać w głowie każdej przeciwniczce. Pytanie, jak długo będzie w stanie to jeszcze robić.
Chwalińska obrzydza tenis, ale tylko rywalkom. "Irytacja, frustracja"
Można byłoby długo wymieniać nazwiska gwiazd światowego tenisa, które w ostatnich dwóch tygodniach prześcigały się w komplementowaniu gry Chwalińskiej. I przyznawały, że dotychczas o prawie 25-letniej Polce - która wcześniej w głównej drabince Wielkiego Szlema była tylko dwa razy i maksymalnie dotarła do drugiej rundy, a w turniejach WTA występowała sporadycznie - nie słyszeli. Za sprawą paryskiej imprezy zapisze się im w pamięci. Tak samo jak swoim rywalkom.
- Dawno nie oglądałem meczu, w którym ktoś drugiej osobie aż tak by obrzydził tenis. Miałem wrażenie, że dziś Qinwen Zheng najchętniej by z tego kortu uciekła. Kompletnie nie wiedziała, co robić, jak odpowiadać, co ma grać. W moim odczuciu była zawstydzona, zażenowana i jak najszybciej by z tego kortu zeszła. Ale to za sprawą bardzo mądrej i konsekwentnej gry Majki – analizował kapitan Polek w Pucharze Billie Jean King Dawid Celt po zwycięstwie Chwalińskiej w pierwszej rundzie.
Mistrzyni olimpijska z Paryża nie była ani pierwszą, ani ostatnią ofiarą 114. tenisistki światowego rankingu w tym turnieju. Wcześniej Polka przeszła trzystopniowe eliminacje, a potem sprawiała kolejne niespodzianki i sensacje, pokonując m. in. trzy zawodniczki z czołowej trzydziestki listy WTA. Wszystkie w pewnym momencie miały już dość tego, co wyprawiała na korcie kwalifikantka.
Eksperci, z którymi rozmawiam, są zgodni – nie ma bardziej denerwującego stylu dla przeciwniczek niż ten prezentowany przez Chwalińską. Paula Kania-Choduń przekonała się o tym nawet na własnej skórze.
- Grałam przeciwko Mai debla. Z taką łatwością mnie lobowała i mijała wysokim topspinem po linii. Oczywiście, są dziewczyny, które też to stosują, ale nie z taką częstotliwością, nie z taką dokładnością. To jest po prostu taka irytacja, taka frustracja. Musisz każdą piłkę sobie wywalczyć, "wyrzeźbić". I nie jesteś w stanie zagrać na dwa-trzy uderzenia, jak obecnie gra większość zawodniczek. Musisz albo odgrywać slajsa, albo te wysokie topspiny. A jak tylko stracisz czujność i zagrasz zbyt wysoko, to Maja wchodzi w kort i kończy akcję przy siatce - opowiada Sport.pl była tenisistka.
Chwalińska bezwzględna jak Radwańska. Zabójcze skróty
Gdy słyszymy, że ktoś bazuje w swojej grze na wybijaniu z rytmu, to niekoniecznie brzmi to jak zapowiedź tenisowej uczty dla oka. Ale Chwalińska, za sprawą wybieranych rozwiązań, uczyniła z tej destrukcji sztukę. Bo, zmieniając rytm i rotacje, katuje rywalki na przemian skrótami, lobami, slajsami i wspomnianymi wysokimi piłkami o dużej rotacji. A tym nieraz pozostaje tylko odprowadzanie piłki wzrokiem.
- One tych topspinowych wysokich wind nienawidzą. Takie świetne skróty, jakie posyła Maja, to po prostu zabójstwo w świecie tenisowym. Absolutna siła niszcząca. Doprowadza do płaczu niektóre rywalki. To samo robiła Agnieszka Radwańska. Też była przy tym bezwzględna. Im bardziej rywalki płakały, tym częściej dostawały skróty – analizuje Paweł Ostrowski, dawny trener Angelique Kerber i Marty Domachowskiej.
Inni moi rozmówcy także przywołują Radwańską jako tenisistkę bazującą na podobnych założeniach jak obecnie Chwalińska. Nie jest to jednak dokładnie ten sam styl. Wspólnym elementem jest kombinacyjna, solidna i konsekwentna gra, w której pojawiają się m.in. skróty. Finalistka Wimbledonu 2012 nie korzystała jednak z topspinu. Imponowała - podobnie jak teraz Chwalińska - czuciem piłki i przewidywaniem, gdzie rywalka pośle piłkę. Kania-Choduń wskazuje za to, że Radwańska nie uwijała się w defensywie aż tak mocno jak robi to teraz Maja.
- Radwańskiej robiono z tego zarzut, że nie wygrywa punktów, tylko bazuje na błędach rywalek. Ale każdy gra tak, jak potrafi. Czy też jak pozwalają mu warunki fizyczne – wskazuje Adam Romer, redaktor naczelny magazynu "Tenisklub".
Mierząca 164 cm wzrostu Chwalińska sama nieraz opowiadała, że jest w pełni świadoma, że pod względem siły i prędkości uderzeń ustępuje większości tenisistek w tourze i musiała znaleźć sposób, by sobie z nimi radzić. Tym, który nauczył ją, jak robić to w bardzo efektowny sposób, był Paweł Kałuża. Trener, który pracował z nią aż 12 lat, w długim wywiadzie dla Sport.pl, wspominał m.in. o tym, jak wyglądały prowadzone przez niego zajęcia. Dbał o ogólny rozwój, technikę i wszechstronność. To dlatego też leworęczna Chwalińska sporo ćwiczyła grę prawą ręką. Przykładowo kozłując jednocześnie prawą ręką piłkę do siatkówki, a lewą odbijając rakietą posyłane w jej kierunku tenisowe piłki.
Chwalińska porównywana do wielkich gwiazd. "Z tym się trzeba urodzić"
Do kogo jeszcze – poza Radwańską - porównywana jest ze względu na styl gry polska finalistka tegorocznego Rolanda Garrosa? Często eksperci wspominają o utytułowanej Martinie Hingis, zaznaczając przy tym, że nieco wyższa Szwajcarka dysponowała trochę większą siłą. Wojciech Fibak dodaje jeszcze Francuza Fabrice'a Santoro, który – choć niższy o ponad 15 cm – był postrachem słynnego Rosjanina Marata Safina, Romer - leworęczną Szwajcarkę Patty Schnyder, która 20 lat temu była zawodniczką top 10, a Kania-Choduń - utytułowaną włoską deblistkę Sarę Errani.
Pytam Ostrowskiego, na ile styl Chwalińskiej jest efektem jej talentu, a na ile właśnie dostosowaniem się do posiadanych warunków fizycznych.
- Po części wynika to z obu tych aspektów. Maja pogodziła się z tym, że musi stawiać na destrukcję i wybijanie z rytmu i nie próbuje tego zmieniać. Inaczej oszukiwałaby samą siebie. Ale wydaje mi się też, że ona się taka urodziła. Uwielbia grać kombinacyjnie oraz sprawiać, by rywalki miały pod górkę i straciły ochotę na grę – tłumaczy doświadczony szkoleniowiec.
A co ze słynną antycypacją Polki, którą zachwycał się ostatnio m.in. słynny Amerykanin Andy Roddick? Tu panuje zgoda wśród moich rozmówców. Przekonują, że częściowo można ją nabyć poprzez naukę pewnych schematów na korcie i wraz z doświadczeniem, ale żeby przewidywać ruchy rywalek z taką wprawą jak Chwalińska czy Radwańska, to trzeba się z tym urodzić.
Grę przeciwko pierwszej z Polek dodatkowo utrudnia rywalkom jej leworęczność. – Odgrywa ona dużą rolę. To czysta statystyka – w tourze jest ok. 10-12 procent leworęcznych zawodników, a to oznacza inne rotacje, trochę inne uderzenia, trochę inaczej musisz konstruować akcję. Jak masz wypracowane schematy i zwykle pasuje ci zagrać w danej sytuacji komuś do bekhendu, to musisz pamiętać, że w tym wypadku jest odwrotnie i ta osoba ma tam forhend. Trzeba więc inaczej ułożyć plan gry, co jest trochę uciążliwe. U kobiet ma to może nieco mniejsze znaczenie niż u mężczyzn ze względu na mniejsze prędkości, ale mówi się też zawsze o tym, że leworęczny serwis jest trudniejszy ze względu na odmienną rotację – tłumaczy Romer, który obserwuje paryski turniej na miejscu.
Praca nad mięśniami pod okiem trenera ze sztabu Świątek
Sama Chwalińska wskazuje jako ważny moment rozpoczęcie przed rokiem współpracy z Maciejem Ryszczukiem - trenerem przygotowania fizycznego, który od kilku lat zbiera pochwały za pracę z Igą Świątek. Eksperci także zwracają uwagę, że w ostatnim czasie sylwetka bohaterki z Paryża się zmieniła i że wytrzymuje ona kondycyjnie bardzo długie mecze. Fakt, w sobotnim finale w pewnym momencie już osłabła, ale trzeba pamiętać, że w niespełna trzy tygodnie rozegrała tam aż dziesięć spotkań. Czy w przyszłości powinna pójść dalej w tym kierunku i postawić na jeszcze większą obudowę mięśniową?
- Jeżeli będzie grała teraz regularnie na najwyższym poziomie, z tymi najlepszymi dziewczynami, to będzie pewnie jeszcze musiała troszkę tę swoją fizyczność poprawić. Ale wydaje mi się, że nie będzie to już bardzo znacząca zmiana – prognozuje Romer.
Ostrowski przestrzega zaś, by nie doszło przy tym do zaburzenia koordynacji. Jako przykład tego wskazuje Greczynkę Marię Sakkari, która – jego zdaniem – w pewnym momencie zbyt mocno postawiła na przyrost masy mięśniowej i zaszkodziło to jej grze.
Nie ulega jednak wątpliwości, że przewagę siły nad Chwalińską ma większość tenisistek w tourze. Czy to właśnie te dużo wyższe i generujące znacznie większe prędkości zawodniczki są najgroźniejszymi rywalkami dla niej? Kania-Choduń i Romer uważają, że jest nim właśnie ktoś o profilu Aryny Sabalenki. Podkreślają przy tym, że liderka światowego rankingu ma nie tylko ogromną przewagę fizyczną, ale też potrafi grać kątowo.
- W meczu z taką zawodniczką od pierwszej piłki jesteś w niedoczasie. Właściwie jedyną opcją, by Maja pokonała Białorusinkę jest sytuacja z ćwierćfinału Sabalenki, gdy ta rozsypała się mentalnie – ocenia redaktor naczelny "Tenisklubu". Nieco inne zdanie ma za to Ostrowski, który twierdzi, że w potencjalnym meczu z Białorusinką Chwalińska musiałaby po prostu przeczekać, aż faworytka się wystrzela.
Przewagę fizyczną miała też w finale Rolanda Garrosa wyższa o ponad 10 cm od Polki Mirra Andriejewa. Niektórzy po cichu liczyli, że 19-letnia Rosjanka w pewnym momencie też zacznie się denerwować i frustrować, ale do tego nie doszło i efektownie wygrała 6:3, 6:2.
Rywalki nauczą się Chwalińskiej. Co jeszcze dołoży Polka?
Nie ulega zaś wątpliwości, że po tak udanym turnieju w Paryżu tenisowe życie Chwalińskiej ulegnie wielkiej zmianie. W poniedziałek awansuje ze 114. miejsca w światowym rankingu do top 30. Zacznie więc regularnie startować w najbardziej prestiżowych turniejach z udziałem zawodniczek ze światowej czołówki.
- Na pewno nauczą się dzięki temu z Mają grać, będą miały więcej materiałów do analizy i będą ją teraz uważniej obserwować. A to oznacza, że będzie się jej grało trudniej, ale na tym polega też sztuka, by umieć wtedy dołożyć jeszcze tu czy tam jakiś nowy element – stwierdza Romer.
Co by tym elementem mogło być w przypadku Polki? Ekspert wskazuje, że na pewno będzie musiała ona zwrócić większą uwagę na wykorzystywanie szans.
- Może np. uda jej się lepiej serwować? Nie mogę sobie wyobrazić, by nagle zaczęła generować większe prędkości z uderzeń. Ale w półfinale w Paryżu miała dwie czy trzy piłki do zaatakowania w pół kortu, a nie poszła wtedy na 100 procent, tylko zagrała bardziej zachowawczo. Na tym najwyższym poziomie rywalki już takich rzeczy zwykle nie wybaczają – ostrzega Romer.
Przegranym finałem Rolanda Garrosa z Mirrą Andriejewą Chwalińska zakończyła występy na kortach ziemnych. Eksperci, kibice i inne tenisistki zastanawiają się, jak pójdzie jej na innych nawierzchniach po tym wielkim przełomie. Sprawa nie jest taka oczywista, bo z jednej strony jej wolniejsze piłki i topspin procentują na wolnej "mączce", ale stosowana przez nią często zmiana rotacji i czucie piłki bardzo przydają się też na trawie. Sama bohaterka paryskiej imprezy jako preferowaną nawierzchnię w profilu na stronie Międzynarodowej Federacji Tenisowej wskazała z kolei… korty twarde. Na nich - w oczach ekspertów – większa siła rywalek może stanowić dla niej bardzo duże zagrożenie.
Pozostaje więc czekać, by przekonać się na własne oczy, czy i na innych typach nawierzchni Polka będzie w stanie równie skutecznie namieszać swoją grą w głowach rywalek jak w Paryżu.