- Iga w ogóle się nie odzywała, a Daria cały czas mówiła jak nakręcona - opowiada Maryla Rodowicz. Na 80. urodziny królowa polskiej estrady dostała od Igi Świątek wspaniały prezent. - Ale Mai Chwalińskiej o nic nie proszę. To raczej ja bym chciała jej coś sprezentować - mówi Rodowicz w rozmowie ze Sport.pl.
Z każdym dniem Maja Chwalińska zyskuje nowych fanów. Ale akurat Maryla Rodowicz obserwuje jej karierę od dawna. Znana piosenkarka od wielu lat jest wielką fanką tenisa.
Rodowicz jest przekonana, że Chwalińska wygra sobotni finał Rolanda Garrosa. Gwiazda naszej muzycznej sceny bierze też w obronę Igę Świątek, która z tegorocznego turnieju w Paryżu odpadła "już" w czwartej rundzie.
Łukasz Jachimiak: Dodzwoniłem się do znawczyni tenisa, prawda?
Maryla Rodowicz: Znawczynią nie jestem, ale na pewno jestem wielką fanką. I to od dawna.
Od czasów Wojciecha Fibaka?
- Od 1977 roku. Ale tenisem zainteresowałam się nie za sprawą Fibaka. To było lato, byłam na wakacjach w Bułgarii z Agnieszką Osiecką. W Słonecznym Brzegu któregoś dnia zobaczyłam korty tenisowe, a na nich bardzo przystojnego trenera. Zapisałam się do niego na dwa tygodnie codziennych lekcji. Powiedział, że ma wolne tylko w godzinach od 12 do 14, czyli w największym słońcu, w upale w granicach 40 stopni Celsjusza. Trudno, powiedziałam sobie, że i tak w to idę. Grałam z nim codziennie po te dwie godziny i tak się wkręciłam, że później już wszędzie, gdzie jeździłam na koncerty, tam zabierałam ze sobą rakietę z nadzieją, że znajdę czas, żeby pograć. Pamiętam, jak nawet do Los Angeles w 1984 roku na festiwal ruszyłam z rulonem plakatów pod jedną pachą, a pod drugą – z rakietą. U nas często grałam na kortach Agrykoli, bo wtedy w Warszawie tam były korty, a nie na Legii, jak dziś. Zawsze grałam z trenerem. Bo chciałam się szkolić, zawsze uważałam, że jestem początkująca.
Gra pani do dziś?
- Grałam nawet w ostatnich latach, i to po dwie godziny dziennie przez pięć dni w tygodniu. Z trenerem. Aż zerwałam jakiś mięsień w kolanie. I była operacja. Ja tak właśnie gram w ostatnich latach – od operacji, do operacji. Za to kibicuję ciągle na całego! Powiem panu, że mój trener jeszcze nie słyszał o Mai Chwalińskiej, a ja już mu mówiłam, że jest taka dziewczynka, która gra inteligentnie. To było z pięć lat temu, jak mu opowiadałam, że ta Maja gra skróty, balony, że to inny tenis niż dzisiejszy. Początkowo się zastanawiałam, jak ona wygrywa mecze. Myślałam sobie "Ona tylko tymi balonami i skrótami wygrywa?". Bo najpierw o Mai jedynie czytałam. Ale w końcu ją zobaczyłam w akcji i się zachwyciłam. A teraz, jak ją oglądam w Rolandzie Garrosie, to się zachwycam absolutnie. Ona po prostu gra w tenisa, prawda? Umie wszystko: jest bardzo solidna, ma przyzwoity serwis, choć nie jest on mocny. Ale jest skuteczny. U Mai nie ma praktycznie podwójnych błędów serwisowych i w wymianach też jest niewiele pomyłek. A przecież ona gra po liniach! Jest bardzo zaawansowana technicznie. To nie jest jakaś początkująca dziewczynka z jakiegoś tam Bielska. To jest tenisistka, jak się patrzy!
Jak się patrzy na Chwalińską, to się wspomina tenis sprzed lat, prawda? Legendy takie jak Mats Wilander mówią, że oglądając Maję czują się młodsi, bo ona przypomina, że tenis to też technika i inteligencja jak w szachach, a nie tylko pojedynek na silne uderzenia.
- No jest niesamowita! Zaskakuje te wszystkie przeciwniczki. One grają bardzo mocno, a ona wszystkie piłki bierze, do wszystkich dochodzi i odgrywa. I to jeszcze jak odgrywa! Jest bardzo szybka. To taka mała, szybka pchełka.
W grudniu dostała pani wyjątkowy prezent na 80. urodziny. Wtedy odwiedziła panią Iga Świątek i podarowała swoją rakietę. Tak ładnie pani mówi o Mai, że pewnie obok rakiety od Igi w pani domu znalazłoby się miejsce również na rakietę od niej?
- To był dla mnie szok. Ja codziennie patrzę na tę rakietę. Nie mogę się nacieszyć, że ją mam. Ale Mai o nic nie proszę. To raczej ja bym chciała jej coś sprezentować, choćby jakąś płytę. Idze się prezentem odwdzięczyłam – poprosiła mnie o autograf, więc jej się podpisałam na plakacie.
Nie kusi pani, żeby rzucić wszystko i spontanicznie przylecieć do Paryża na finał? Może jakoś zdołałaby pani zdobyć bilet?
- Nie mogę sobie pozwolić na taką spontaniczność, bo mam sezon koncertowy. Gram bardzo dużo koncertów. Ale tenisem żyję. Już się nie mogę doczekać, kiedy będę mogła wrócić na kort. Trzy miesiące temu miałam operację drugiego kolana. Jeszcze muszę czekać. Ale codziennie patrzę nie tylko na rakietę od Igi. Parę lat temu, już z kontuzją kolana, weszłam do sypialni i postawiłam rakietę i torbę tenisową w takim miejscu, w którym stoi cały czas. Nikt nie ma prawa tego ruszyć, przesunąć. Codziennie mówię do tej rakiety: "Ja jeszcze wrócę, zobaczysz!".
Czyli niektórzy ludzie mówią do kwiatków, a Maryla Rodowicz mówi do rakiety tenisowej?
- Tak, mówię. Bo do rakiety trzeba mówić!
Odpowiada? Wierzy, że pani wróci na kort?
- Na pewno wie, że o tym marzę. Ale mówię – jestem dopiero trzy miesiące po operacji, więc jeszcze czekam. Jednak czekam z nadzieją, bo choć minęło niewiele czasu od operacji, to czuję, że to kolano już jest lepsze od drugiego, od tego niby zdrowego. A to niby zdrowe pierwsze było kontuzjowane. I to przez nie kilka lat temu musiałam się poddać operacji i przestać grać. Niestety, tenis to jest bardzo kontuzjogenny sport. Zwłaszcza kolana są narażone. Mam to przerobione.
Zdarzyło się pani kiedyś poodbijać z jakimś znanym tenisistą? Może ze wspomnianym już Fibakiem?
- O nie, nie! Nigdy bym się nie odważyła grać z tenisistą czy z tenisistką ze światowej czołówki. Zawsze grałam z trenerem po te dwie godziny codziennie przez pięć dni w tygodniu, bo zawsze czułam, że nie jestem dość dobra. Ale te treningi sprawiały, że czułam się szczęśliwa. Często nawet przychodziłam jeszcze wcześniej i sobie ćwiczyłam serwis.
A zna się pani z naszymi wszystkimi tenisowymi gwiazdami? Z Fibakiem, z Agnieszką Radwańską? O Igę już nie muszę pytać.
- Fibaka znam, bo Wojtek jest człowiekiem towarzyskim i bardzo często się zjawia czy na wernisażach, czy gdzieś tam w towarzystwie. Agnieszkę oczywiście też znam, bo przez lata jej kibicowałam i dla niej zarywałam noce. Jak się tylko dawało, to czy grała w USA, czy w Chinach albo w Japonii, próbowałam tak sobie wszystko poukładać, żeby ją oglądać. Tak samo, jak teraz już od kilku lat Igę. No i oczywiście teraz już też Maję Chwalińską. Bo Maję po prostu pokochałam!
Widzi pani taki dziwny trend, że jak ktoś pokochał w ostatnich dniach Maję, to miewa problemy z pamiętaniem kim jest i ile pięknych rzeczy zrobiła Iga?
- Tak, a skreślanie Igi to wielki błąd. Ja wiem, że ona bardzo dużo umie i ciągle jest świetną tenisistką. Tylko ma jakiś problem z głową, ma jakieś hamulce w głowie. Ale liczę, że przez to przebrnie. Że to jest może chwilowe. Bardzo wierzę, że Iga to przełamie, bo to jest naprawdę świetna tenisistka, która bardzo, bardzo dużo umie i może jeszcze wiele wygrać.
Chyba trochę się pani zdenerwowała - pani jest taką fanką, która się mocno emocjonuje?
- Oj tak! Ja nie wysiedzę w fotelu, oglądając mecz. Ciągle podskakuję, krzyczę do telewizora! Mówiłam, że się podpisałam Idze na plakacie. Wie pan, co ja jej napisałam? Proszę posłuchać. Jak jej opowiedziałam, co przeżywam, oglądając jej mecze, to ona poprosiła o specjalną dedykację. Mówiłam, że oglądając jej mecze często się denerwuję, bo moim zdaniem ona nie przed każdym uderzeniem jest odpowiednio skoncentrowana. Poprosiłam, żeby się absolutnie zawsze koncentrowała, żeby zawsze się dobrze ustawiała i widziała kort po drugiej stronie. Zdradziłam Idze, że podczas jej meczów często krzyczę do telewizora: "Koncentracja, ku***, Iga, koncentracja!". I wtedy ona mnie poprosiła, żebym właśnie to jej napisała na plakacie. No to napisałam!
Razem z Igą przyszła do pani Daria Abramowicz, zgadza się?
- Tak. I tak to wyglądało, że Iga w ogóle się nie odzywała, a Daria cały czas mówiła jak nakręcona.
Pytam o Darię Abramowicz, bo chciałbym wiedzieć czy zgodziła się z pani spostrzeżeniami dotyczącymi koncentracji u Igi.
- Tak, Daria się zgadzała. A Iga się przysłuchiwała i w końcu poprosiła, żebym jej to napisała.
Pani się emocjonuje chyba na wszystkich polskich meczach? Pamiętam, jak Magda Linette opowiadała mi kiedyś o waszym spotkaniu. Mówiła, że widząc panią, nie miała śmiałości podejść, a pani przełamała lody.
- To było na lotnisku. Zobaczyłam nagle dziewczynę w obcisłych dżinsach, bardzo zgrabną, długonogą. Myślę sobie: "Ale laska!". Ona się odwraca, patrzę, a to Magda Linette! No to myślę sobie: podejdę, trudno. Akurat oglądałam jej mecz w Chinach i widziałam jak świetnie grała, więc jej pogratulowałam. Magda to chyba też jest zawodniczka, która bardzo dużo umie, ale miała problem z głową. Mając taką dobrą technikę robiła błędy. Aż w końcu sięgnęła po pomoc Agnieszki Radwańskiej. Widzę, że Agnieszka jako konsultantka bardzo dobrze na Magdę działa.
Czy pani ogląda wszystkich polskich tenisistów?
- Jak tylko mogę, to oglądam. Bardzo lubię też Magdalenę Fręch. Nią się zainteresowałam w tym samym czasie, co Mają Chwalińską – z pięć lat temu. Zobaczyłam, co obie potrafią i miałam nadzieję, że obie kiedyś błysną.
Poza tenisem lubi pani jeszcze piłkę nożną?
- Zależy jak kiedy. Na przykład teraz oglądałam mecz naszej reprezentacji z Ukrainą i się załamałam.
Współczuję i jestem szczęśliwy, że akurat w tym czasie miałem pracę na Rolandzie Garrosie.
- No tak, szczęściarz z pana! Bywa, że oglądając piłkę ja się denerwuję nawet jeszcze bardziej niż gdy oglądam tenis. Nie zapomnę, jak pojechałam na mecz Polska - Portugalia do Francji, w trakcie mistrzostw Europy w 2016 roku. Siedzieliśmy na trybunach z synem i głośno komentowaliśmy. Nie wiedziałam, że pod nami siedzi ten nasz sędzia, Szymon Marciniak. Na początku było fajnie, bo Lewandowski strzelił gola, prowadziliśmy i graliśmy naprawdę bardzo dobrze. Ale później nie rozumieliśmy z synem, jak to możliwe, że przestaliśmy cisnąć. Myśmy się cofnęli pod swoją bramkę i ją – jak to się mówi – murowaliśmy. To nie było sportowe. Głośno to z synem komentowaliśmy, mówiliśmy, że nie na tym polega sport. Krzyczeliśmy do nich "Do przodu! Do przodu", a pan Marciniak się odwracał i nas strofował. Skończyło się przegranymi rzutami karnymi, a mogliśmy strzelić drugiego gola i wtedy byśmy wygrali. Trzeba być ofensywnym! Udzieliłam wtedy na gorąco wywiadu dla telewizji i powiedziałam, co myślę o tym murowaniu bramki. Następnego dnia znajomi mówią: "Maryla, nie zaglądaj do Internetu!". Zajrzałam, a tam teksty, że trzeba odebrać Rodowicz obywatelstwo i dać dożywotni zakaz stadionowy. Koszmar. Wtedy nasza drużyna była świętością. Ale za jakiś czas krytykowano ją już na całego.
Wspomniała pani Euro, a kibicom z różnych pokoleń bardzo się pani kojarzy z mundialem. Piosenka "Futbol", którą wykonała pani na otwarcie Mundialu 1974 to przecież hit, który dziadkowie pokazują wnukom.
- Wiem o tym i bardzo mnie to cieszy. Po tamtych mistrzostwach nawet się mówiło, że Maryla powinna być częściej zapraszana, bo przyniosła szczęście polskim piłkarzom. Ale ja za często na stadiony nie przyjeżdżałam. Bo myślałam sobie: "Kurczę, a jak będzie taka sytuacja, że przegramy? To może wtedy powiedzą, że to przez Marylę".
Czyli łaska kibica na pstrym koniu jeździ?
- Niestety, właśnie tak to wygląda. A druga sprawa: ja się w tym 1974 roku wcale nie interesowałam piłką.
Jak to? Ani trochę? To dlaczego właśnie pani pojechała na mundial?
- Zaproszono mnie do Komitetu Centralnego partii, bo wtedy takie rzeczy były odgórnie załatwiane i powiedziano: "Wicie, rozumicie, mamy taki pomysł, żeby pani pojechała i zaśpiewała tę piosenkę mundialową". Doszło do nagrania, wyszło dobrze, no i pojechałam.
Stresowała się pani tak wyjątkowym występem?
- Każde takie wyjście publiczne to jest stres. Zwłaszcza że wtedy, w tym 1974 roku, był taki pomysł, że na otwarciu każda drużyna miała swoją reprezentację artystyczną i każdą umieszczono w takiej ogromnej piłce. Koło nas była piłka brazylijska i jak te dziewczyny wyszły z piórami w d***e, to był szał, to było takie widowiskowe, że ludzie się bawili, a myśmy czekali dość długo, zanim się ta nasza piłka otworzy. Było strasznie parno, jakieś takie burzowe powietrze było. Myśmy się dusili w tej piłce. A jeszcze na domiar złego moi koledzy byli skacowani i ziali gorzałą! Pamiętam, że szukałam jakiegoś spojenia między fragmentami piłki, żeby chociaż trochę zaczerpnąć powietrza, żeby przeżyć. Straszne to było. Ale jak już się w końcu ta piłka otworzyła, jak wybiegliśmy na murawę, to już poszło. I z radością zauważyłam, że publiczność się bardzo w naszą piosenkę wkręciła. Fajna przygoda. Chociaż dzień wcześniej nas umęczono. Bo wożono nas po Monachium wyścielonym słomą wozem drabiniastym zaprzężonym w konia, a myśmy byli w ludowych strojach. Takim folklorem promowaliśmy wizerunek Polski.
To prawda, że z tamtego mundialu ma pani na pamiątkę fotografię z legendarnym Brazylijczykiem Pele?
- Prawda, oczywiście. Chociaż mówię – nie interesowałam się wtedy piłką i sama bym o takie zdjęcie nie poprosiła, bo nawet bym nie wiedziała, który to Pele. To było tak, że po którymś meczu Polaków szłam przez murawę, gdy nagle podbiegł do mnie polski fotograf i mówi: "Przecież tutaj stoi Pele! Niech pani stanie koło niego, a ja zrobię zdjęcie". No i tak powstało moje zdjęcie z Pele.
Wisi na ścianie gdzieś obok rakiety Igi Świątek?
- Nie, to zdjęcie mimo wszystko nie jest dla mnie aż tak cenne.
Czyli królowa jest tylko jedna…
- Teraz będą już dwie: Iga Świątek i Maja Chwalińska.
Czy to znaczy, że według pani Maja wygra sobotni finał Rolanda Garrosa?
- Tak, ona to wygra. Wygra z kolejną Rosjanką i wygra cały turniej!
Tak sobie myślę, że pewnie byłoby pani bardzo miło, gdyby ktoś panią poprosił, żeby na jakiejś gali wręczyła pani nagrodę Idze albo Mai. Kojarzę, że kiedyś specjalnie leciała pani helikopterem do Adama Małysza.
- Tak! Lata temu prezes telewizji zaproponował mi, że polecimy helikopterem do Wisły i tam wręczymy Adamowi statuetkę Wiktora. Pamiętam, że wystartowaliśmy z Łodzi takim wielkim helikopterem Mi-8. Jak wylądowaliśmy w Wiśle, to było ogromne błoto, bo akurat śnieg się topił. Ale jakoś nam się udało dotrzeć do Adama.
Pewnie był spięty? Pamiętam Małysza z czasów, gdy takie sytuacje go bardzo stresowały. On się ogromnie rozwinął, dziś radzi sobie całkiem inaczej.
- Nie pamiętam, żebyśmy w ogóle porozmawiali. To było dawno temu, więc może źle zapamiętałam, ale zdaje się, że Adam był lekko speszony i tylko przyjął nagrodę. Ale to naturalne, sportowcy w takich sytuacjach generalnie nie są rozmowni.
Może to trochę szalony pomysł, ale skoro tak się pani interesuje sportem, to może pokusi się pani o wskazanie najlepszego według pani polskiego sportowca w historii?
- To bardzo trudne. Pamiętam Irenę Szewińską. Znałam jej mamę. A poznałam ją, gdy pierwszy raz w życiu pojechałam za granicę. Wysłali mnie na festiwal piosenki do Soczi i tam w pokoju hotelowym, w takim słabym pokoju, spaliśmy w kilka osób i była dostawka dla mamy Ireny Szewińskiej. Pewnie miała polecieć Irena, ale poleciała jej mama, bo pewnie Irena była zajęta. Potem przy różnych okazjach spotykałam się z Ireną. Była niesamowita. A niedawno przeczytałam materiał o Kłobukowskiej. To jest bardzo przykre, że taki talent tak został zniszczony.
Czyli wybrałaby pani Szewińską?
- Nie wiem, to za trudne.
To może wskaże pani swoje top 3?
- Na pewno Szewińska, może Kazimierz Deyna… Robert Lewandowski też, bo to jest genialny piłkarz i trudno go nie wymienić.
A co ze Świątek? Sześć szlemów to jeszcze za mało?
- Nie, nie, no pewnie, że Iga też. I w Igę cały czas wierzmy. A teraz kochajmy Maję!
Finał Rolanda Garrosa 2026 Maja Chwalińska (114 WTA) – Mirra Andriejewa (8 WTA) w sobotę o godzinie 15. Relacja na żywo na Sport.pl, transmisja w TVN, Eurosporcie, w serwisie player.pl i HBO Max.