Sport.pl+

Miłość dała Chwalińskiej finał Rolanda Garrosa. Niech wszyscy to wiedzą

TENNIS-FRENCHOPEN/
Fot. REUTERS/Stephanie Lecocq

Nie miała bazy na Florydzie czy w Monako, tylko w Bielsku-Białej. Nie prowadził jej trenerski sztukmistrz z nazwiskiem, tylko spokojny Czech, który zna się na robocie. Nie miała na etacie Macieja Ryszczuka, jednak w decydującym momencie "pożyczyła" go od Igi Świątek. Ale Maja Chwalińska doszła do finału Rolanda Garrosa z jeszcze jednego powodu. Chodzi o miłość. Korespondencja z Paryża wysłannika Sport.pl, Łukasza Jachimiaka.

Maja Chwalińska się zakochała. Mówi o tym bez przerwy. Nie ma takiej konferencji prasowej podczas Rolanda Garrosa 2026, na której polska tenisistka nie opowiadałaby o swojej miłości. A miliony widzów w ostatnich dniach włączyły serial o tym pięknym uczuciu. To jest taka produkcja, w którą wciągnie się nawet ktoś, kto dotąd nie obejrzał ani jednego odcinka i dopiero teraz zamierza włączyć telewizor.

Jest taki stary żart, że ktoś albo coś wyskakuje nam nawet z lodówki. Chwalińska jest w ostatnich dniach wszędzie, pewnie właśnie nawet w tych naszych lodówkach. Ale czy boimy się je otwierać? Widząc w przeróżnych statystykach, jak setki tysięcy czytelników otwierają niemal każdy tekst z Chwalińską w tytule, wiem, że się nie boimy. Przeciwnie – szukamy Mai. A najbardziej chcielibyśmy znaleźć odpowiedź na pytanie tylko na pozór proste: "Jak do tego doszło?".

Z setek analiz, wypowiedzi i dłuższych wywiadów wiemy, że Maja Chwalińska:

  • była utalentowaną dziewczynką;
  • razem z Igą Świątek zapowiadały się na świetne tenisistki i jako dzieci rywalizowały oraz osiągały wspólnie deblowe sukcesy;
  • nie ma świetnych warunków fizycznych i przez to wielu ją skreślało;
  • miała mnóstwo kontuzji i kiedy Świątek podbijała świat dorosłego tenisa, ona się operowała, rehabilitowała albo w najlepszym przypadku próbowała się odbudowywać;
  • chorowała na depresję. W Paryżu powiedziała dziennikarzom z całego świata, że w pewnym momencie nie miała siły na nic, nawet na wstanie z łóżka. Że zrobiła przerwę od tenisa i nie wiedziała, czy kiedykolwiek będzie miała siłę wrócić. Ba, nie wiedziała, czy znajdzie w sobie siłę, żeby dalej żyć…

Wiemy też, że Maja Chwalińska:

  • w Paryżu w trzy tygodnie zarobiła już dwa razy więcej niż do tej pory przez całe życie (w dolarach to było 800 tysięcy, a za finał Rolanda premia wynosi 1,6 miliona);
  • od zawsze zarobione pieniądze inwestowała w swój rozwój. Nie liczyła, ile ma. To powtarzają i podkreślają ci, którzy Maję znają najlepiej

Tenis jak poezja. Tak go widzi Chwalińska

Piotr Szczypka, ekscentryczny choleryk, jak sam się przedstawia, jest menedżerem Chwalińskiej. Jest też właścicielem i prezesem klubu BKT Advantage Bielsko-Biała, w którym Maja trenuje od zawsze. Szczypka mówi wprost: Maja nie liczy pieniędzy z tenisa, bo Maja po prostu tenis kocha. Tak bardzo, że rozpłakała się, gdy pierwszy raz w życiu spotkała na turnieju swojego idola, Rogera Federera. Infantylne? Nie, piękne!

Zobacz wideo 14-letnia Maja Chwalińska o tenisowych marzeniach

Chwalińska pokochała tenis, gdy miała siedem lat. Trener Paweł Kałuża zrobił reklamę dyscypliny w jej podstawówce w Dąbrowie Górniczej, Maja przyniosła do domu plakat i powiedziała rodzicom, że chciałaby tego sportu spróbować.

– Zachęcaliśmy ją do różnego rodzaju sportów. Trenowała i karate, i siatkówkę, i nawet przez jakiś czas łączyła to z tenisem. Tenis jej się najbardziej spodobał i przy nim została. Pokochała go i to trwa do tej pory – mówił nam kilka dni temu tata Mai, Tomasz Chwaliński.

Po awansie do finału Rolanda Garrosa Maja w sali konferencyjnej pełnej dziennikarzy z całego świata o swoich planach na wieczór powiedziała krótko: herbata i oglądanie tenisa. – Bo jestem tenisową maniaczką – wyznała.

Chwalińska pięknie opowiada, jak będąc małym dzieckiem, zakochała się w eleganckim tenisie Federera. I jak z czasem rosło w niej uczucie do wielkich rywali Szwajcara – do Rafaela Nadala i Novaka Djokovicia. – Modlę się, żeby Novak grał jak najdłużej, bo chcę go dalej oglądać – mówiła. I dodawała, że lubi sobie włączać ich stare mecze. Bo ich tenis jest jak poezja.

Można kochać całą "Wielką Trójkę"? Można nie licytować się, kto z grona Federer, Nadal, Djokovic, jest największy? No pewnie! Ale pod jednym warunkiem: że się kocha tenis.

Chwalińska zakochała się dawno temu i tej swojej pierwszej miłości jest wierna. Bywało różnie. Bolało, cierpiała. Postronni mówili, że powinna sobie znaleźć inną miłość, jeśli chce wzajemności i spełnienia. Ale Maja wiedziała swoje. Patrzyła sercem, inwestowała w tę miłość całą siebie. Żeby nie wiem co.

Baza była. "Na tysiąc procent". Wystarczyło tylko trochę zmienić codzienność Mai i kliknęło

Ale dlaczego właśnie teraz to wszystko kliknęło? Bo kiedyś musiało? To zbyt prosta odpowiedź. – Widzieliśmy, że wszystko idzie do przodu, bo Maja coraz lepiej grała i czuła się pewniej mentalnie – mówił nam kilka dni temu Chwaliński senior, gdy pytaliśmy go, czy przed tym Rolandem Garrosem w rodzinnym domu były specjalne oczekiwania. – Ona wierzy w to, co robi. Zawsze wierzyła. A teraz zaczęły się pojawiać efekty, bo skończyły się kontuzje. Pierwszy raz od dłuższego czasu mogła spokojnie przepracować z trenerami okresy przygotowawcze. I w końcu to kliknęło – dodawał pan Tomasz.

Klikać zaczęło rok temu, gdy pracować z Chwalińską zaczął Maciej Ryszczuk, trener od przygotowania fizycznego, który pracuje w tenisie od niecałej dekady, a już przyłożył rękę do 10 tytułów wielkoszlemowych (sześć ze Świątek, trzy z deblistkami Babos i Mladenovic oraz jeden, mikstowy, z Janem Zielińskim). Gdy w czwartej rundzie tego Rolanda Świątek odpadła, porozmawiał z nią i został w Paryżu z Mają.

Ryszczuk do zespołu Chwalińskiej przyszedł po Jolancie Rusin-Krzepocie, która kiedyś też pracowała ze Świątek. O niej i o Mieczysławie Bogusławskim Ryszczuk mówi, że "na tysiąc procent" zrobili z Mają tak kapitalną robotę, taką bazę, że on mógł inaczej porozkładać akcenty. Tak, żeby wzmocnić sylwetkę tenisistki i żeby jednocześnie nauczyć ją, jak odpoczywać. Bo regeneracja to też jednostka treningowa. Maja nauczyła się czasem odpuścić i dzięki temu unika poważnych kontuzji. A o swojej sylwetce mówiła w rozmowie ze Sport.pl już po pierwszej rundzie French Open w znamienny sposób.

– Tak, zmieniłam się, sama to widzę i czuję. Gram inaczej niż pozostałe zawodniczki, bo jednak moje warunki fizyczne [tylko 164 cm wzrostu - red.] nie pozwalają, żebym grała tak siłowo, jak większość tenisistek w tourze. Ale staram się rozwijać i wykorzystywać swoje mocne strony, a do tego na pewno wzmocniłam się fizycznie. To mi bardzo pomaga w grze bardziej agresywnej. Gram szybciej, staram się kończyć więcej piłek przy siatce. Myślę, że się rozwijam i idę w dobrym kierunku – mówiła nam Maja po wyeliminowaniu mistrzyni olimpijskiej, Qinwen Zheng.

– Maja nigdy nie zagrała na tak krótkim dystansie aż tylu meczów. Zaskakujące, jak dobrze to wytrzymuje. Widocznie jest super przygotowana. Ale o to trzeba pytać trenerów – podkreślał jej tata po ćwierćfinale. – Fachowcy zrobili swoją pracę i widocznie zrobili ją bardzo dobrze – dodawała mama, Marcela Chwalińska.

Dodajmy jeszcze konkret o zmianach w codzienności Mai od Ryszczuka. – Zasuwała od rana do wieczora. Jak jej nie szło, to tylko sobie dokładała i dokładała. Kluczem było to, żeby się nauczyła odpoczywać, żeby tkanki się regenerowały, żeby dzięki temu całe ciało mogło działać lepiej. I głowa przede wszystkim. Dzięki temu się buduje pewność siebie i poprawia fizyczność. Pierwsze, co zrobiliśmy, to ścięliśmy bardzo dużo objętości, troszeczkę odjęliśmy grania debla na turniejach, żeby Maja mogła się skupić na singlu. W naszej pracy skupiliśmy się mocno na słabych ogniwach u Mai. Największe dolegliwości dotyczyły przywodzicieli, pojawiał się też problem z łokciem. Dużo też robiliśmy w takim kierunku, żeby Maja mogła utrzymywać energię i wytrzymałość przez cały mecz. Nawet bardzo długi – opowiadał nam kilka dni temu.

No i kilknęło.

Legendy są wdzięczne Chwalińskiej. Maja sprawiła, że odmłodniały

W każdym razie Chwalińska miała rację, trwając w swojej miłości do tenisa. Nie obrażając się, nie rzucając go, nie odchodząc, a jedynie działając tak, żeby to poprawić, ulepszyć.

Teraz, w trakcie Rolanda Garrosa 2026, tenis też pokochał Maję. Ona na pewno przez te wszystkie lata umiała doceniać nawet to, co miała. Jej wystarczała Bielsko-Biała, nie musiała trenować w jakimś światowym ośrodku, gdzie nigdy deszcz nie pada. Z pomocy Ryszczuka cieszyła się, jakby trafiła szóstkę w totolotka, nawet gdy fachowiec od przygotowania fizycznego był z nią tylko "zdalnie", bo jego priorytetem jest podróżowanie ze Świątek.

Ale pięknie, że teraz Maja spotkała się z aż takim odwzajemnieniem swojej miłości. Teraz chętna do inwestowania w tę relację będzie mogła dać więcej. Teraz podziwiamy ją my, zwykli kibice. A komplementami obsypują ją te legendy, które oglądała.

Chwalińska, oglądając tenis, cofała się do czasów, gdy jeszcze nie było jej na świecie, do gwiazd jeszcze sprzed ery "Wielkiej Trójki". Dziś ludzie tacy jak Chris Evert (18 tytułów wielkoszlemowych) czy Mats Wilander (siedem szlemów) mówią, że dzięki Polce czują się młodzi. Bo ona pokazuje im tenis takim, jakim był w czasach bardziej romantycznych. W ich czasach. Które już prawie zapomnieli.

Chwalińska przez lata wierności tenisowi wypracowała sobie z nim taką relację, że był jej życiem. – Nigdy nie zwątpiła – powtarzają dziś jej rodzice. Jeśli naprawdę przez lata Maja nie przestała wierzyć, że ta miłość da aż takie owoce, to uchylmy przed nią kapelusza. "Chapeau bas" – jak mówią Francuzi.

Wzruszający zwiastun przed finałem Chwalińskiej

Przed sobotnim finałem Rolanda Garrosa życzmy Mai, żeby ta jej historia miłosna skończyła się dziesiątym wygranym meczem na dziesięć, jakie rozegra w Paryżu między 18 maja a 6 czerwca. To by oznaczało, że niespełna 25-letnia miłośniczka tenisa zrealizuje głośno wypowiedziane dziecięce marzenie. Zobaczcie ten krótki filmik i potraktujcie go jak zwiastun finału.

Wspaniale się składa, że z 12-letnią Mają o jej marzeniu rozmawiał legendarny Bohdan Tomaszewski. Drugiego takiego komentatora polski tenis nie miał. Chwalińska też jest jedyna w swoim rodzaju. I jej historia.

Pasja, miłość, wierność, wytrwałość, niezłomność. Za to należy się nagroda. Chwalińska już od kilku dni ją dostaje. Świat jej ukochanego tenisa już dobrze wie, kim ona jest. I już na zawsze ją zapamięta. A finał? Niech będzie najlepszym odcinkiem paryskiego serialu o Mai. Na pewno będzie miał najwięcej widzów. I świetnie, że zostanie pokazany w otwartej, ogólnodostępnej telewizji.

Finał Rolanda Garrosa 2026 Maja Chwalińska – Mirra Andriejewa w sobotę o godzinie 15. Relacja na żywo w Sport.pl, transmisja w TVN, Eurosporcie, serwisie player.pl i na platformie HBO MAX.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...