Paryż oszalał! Chwalińska zachwyciła Polaków, którzy kupili bilety na Świątek!

- Panie i panowie, proszę. Panie i panowie... - tak sędzia Miriam Bley próbowała uspokoić polskich kibiców przed setbolem dla Mai Chwalińskiej. A teraz już nikt nie zatrzyma Polaków! Maja wygrała z Rosjanką Dianą Sznajder 7:6, 6:4 w półfinale Rolanda Garrosa i w sobotę czeka nas w Paryżu kolejne święto! Korespondencja wysłannika Sport.pl, Łukasza Jachimiaka.
Maja Chwalińska
Reuters/Łukasz Jachimiak, Sport.pl

- Maja! Maja! Maja! – krzyczeli kibice na Court Philippe Chatrier tuż przed rozpoczęciem meczu. - Dawaj, Maja! – ten okrzyk powtarzał się między każdym punktem pierwszego gema. Słuchając pokrzykujących z trybun Polaków można było odnieść wrażenie, że są bardziej podenerwowani niż Maja Chwalińska. Nasza tenisistka słysząc i rodaków, i bębniący o dach deszcz, po siedmiu minutach wyszła na prowadzenie 1:0. - Tak trzymaj, Maja! – życzył czy radził jakiś mężczyzna. W każdym razie jak Maja złapała, tak trzyma i chyba tego nie wypuści!

Zobacz wideo 14-letnia Maja Chwalińska o tenisowych marzeniach

Na półfinale Rolanda Garrosa z udziałem Chwalińskiej Polaków było wyjątkowo dużo. Dlaczego? Czy nagle zdołali kupić bilety i naprędce zorganizować sobie wyjazd? Część tak. Ale większość z dużym wyprzedzeniem zarezerwowała bilety na końcówkę Rolanda Garrosa, licząc, że o kolejny tytuł w Paryżu będzie walczyła Iga Świątek.

Na półfinale Chwalińskiej jak na boksie

W Boże Ciało od wczesnego popołudnia ludzie z naszego kraju licznie zdążali w kierunku Stade Roland Garros, a telewizyjni reporterzy zapraszali ich przed kamery swoich stacji. Przysłuchując się chwilę jednej z takich rozmów, usłyszeliśmy właśnie to, co absolutnie nie zaskakuje: ludzie przyzwyczajeni do tego, że Świątek od kilku lat bryluje na paryskiej mączce, dawno temu w ciemno kupili bilety na długi weekend. Liczyli, że tu i teraz zobaczą czterokrotną mistrzynię French Open w walce o piąty tytuł. A że sensacyjnie aż do półfinału dotarła jeszcze wciąż tylko 114. w światowym rankingu Chwalińska? Cóż, to fantastycznie! Nikt nie narzeka, wszyscy się świetnie bawią!

Kiedy na początku meczu Maja miała okazję, żeby przełamać Sznajder i podwyższyć prowadzenie na 2:0, co najmniej pół trybun ryknęło: „Maja! Maja! Maja!". Obiekt mogący pomieścić 15 225 widzów nie był wypełniony po brzegi, ale półfinał Polki na pewno oglądało 12, a może 13 tysięcy ludzi. Momentami było tu jak na pięściarskiej walce w którejś z polskich hal. Maja zapędzała rywalkę do narożnika, a publika szalała. Ale jednocześnie eleganckimi brawami nagradzana bywała Sznajder. Rosjanka czujnie reagowała na sprytny tenis Polki. Zdążała do skrótów i czasem odcinała się jeszcze lepszymi odegraniami spod siatki. Widać było po niej deblowe ogranie (jest partnerką Mirry Andriejewy, marzyła o spotkaniu z nią w finale tego turnieju). Kombinacyjny, inteligentny tenis Chwalińskiej nie spętał nóg Sznajder. A przynajmniej nie od razu.

W gemach na 2:1 i 3:1 Maja tak rozkręciła karuzelę, na której posadziła przeciwniczkę, że nawet nam, widzom, kręciło się w głowach. Skrót, lob, minięcie, skrót, lob, minięcie – to była najlepsza recepta na rywalkę, która mocniej bije. Sznajder miała większą moc na rakiecie, ale co z tego, skoro już przy swoim serwisie przy stanie 1:2 (patrząc z jej perspektywy) zupełnie nie była w stanie skorzystać z tego atutu? Chwalińska przełamała ją wtedy do zera!

Ale Sznajder się odgryzła, odłamała. A wkrótce wyrównała na 3:3. To było naturalne, że 23. tenisistka światowego rankingu też pokazywała, co potrafi. Przecież zaledwie dzień wcześniej pokonała liderkę, Arynę Sabalenkę. Natomiast genialne były reakcje polskiej kwalifikantki.

Chwalińska pokazuje, jak radzić sobie ze stresem

Maja niczym się nie deprymowała. Wynik 3:1 zmienił się w 3:3? OK, gramy dalej. I wygrywamy do zera gema na 4:3 – tak to wyglądało. A przy tym ten styl, te zagrania, te pomysły. Bywało, że z trybun rozlegał się jęk zawodu, bo wszyscy sympatyzujący z Mają byli przekonani, że za chwilę przegra akcję. A jednak za moment ta dziwnie lecąca piłka mieściła się w korcie, a jednak to rozwiązanie wybrane przez Polkę okazywało się świetne, a nie niepotrzebne.

Kolejny raz w ostatnich dniach przekonywaliśmy się, że Chwalińska gra tenis nie z tego świata. I kolejny raz pokazywała, jaką ma "kosmiczną konstrukcję mentalną", jak się wyraził Piotr Szczypka, jej menedżer.

W trwającym aż godzinę i 18 minut pierwszym secie Maja przegrywała w tie-breaku 2-4 i wtedy wygrała wszystkie punkty do końca! Pięć z rzędu! Przy jej prowadzeniu 6-4 Polacy na trybunach zaczęli takie święto, że sędzia Miriam Bley nie mogła ich uspokoić. A musiała, żeby Chwalińska mogła dokończyć dzieła.

Po tym tie-breaku Maja szła za ciosem. Mimo że Sznajder po przegranym secie zeszła na przerwę, to nie zdołała wybić Polki z uderzenia. Drugą partię Chwalińska zaczęła od przełamania Rosjanki. Co prawda za moment Sznajder odrobiła stratę, ale wyczuwało się, że po polskiej stronie kortu jest swoboda, a po rosyjskiej – napięcie.

Pomoc medyczna dla Chwalińskiej, a za chwilę pomoc medyczna dla Rosjanki

Z drugiej strony Sznajder zaledwie dzień wcześniej przegrywała z Sabalenką 3:6, 1:4, a wygrała 3:6, 7:5, 6:0. Tu absolutnie nie można było świętować przedwcześnie. Gdy przy stanie 7:6, 1:2 zobaczyliśmy, jak Chwalińska łyka jakieś tabletki (pewnie środki przeciwbólowe, bo pewnie dokuczały jej przywodziciele), to tym jaśniejsze stało się dla nas, że do finału Polka ma jeszcze daleką drogę.

Przy stanie 7:6, 3:4 znów mieliśmy przerwę medyczną. Teraz, po wygraniu gema, na przy korytarzu deblowym kortu położyła się Sznajder i patrzyliśmy, jak fizjoterapeutka rozmasowuje jej okolice kręgosłupa lędźwiowego.

Dla Rosjanki to był szósty mecz w tym turnieju. Dla Polki – już dziewiąty. Nic dziwnego, że powoli ich starcie zaczynało przypominać wyniszczającą walkę o przetrwanie. Maja Chwalińska jeszcze raz pokazała, jak jest silna. - Merci! Merci! Merci! - nawoływała sędzia Bley, gdy Polacy na trybunach wiwatowali przy stanie 7:6, 4:4 i 40:15 dla Mai przy serwisie Rosjanki. Znów problemem było uspokojenie kibiców po to, żeby Maja mogła dokończyć dzieła. Ale po chwili Maja dokończyła! Prowadząc 7:6, 5:4 i serwując zamknęła ten mecz. Wygrała go!

Maja Chwalińska numerem 1 w naszych sercach. I to nie znaczy, że umniejszamy Idze Świątek

Kolejny raz jesteśmy dumni z dziewczyny, która jako druga tenisistka w całej historii Rolanda Garrosa doszła z eliminacji aż do półfinału.

Ale, co najlepsze, na tym nie koniec! Maja Chwalińska jest w finale! Maja Chwalińska dokonała czegoś, czego w historii Rolanda wcześniej nie zrobił nikt inny. I – jeszcze raz – najlepsze, że na tym nie koniec!

- Maja, możesz wszystko! – krzyknął ktoś jeszcze w pierwszym secie. No pewnie, Maja już dobrze o tym wie. - Przestańcie, nie stresujcie się – mówiła do swoich bliskich, gdy razem jechali na ćwierćfinał, co zdradził nam cytowany już Szczypka.

Chwalińska złapała tu, w Paryżu, formę życia. Tenisową, fizyczną i mentalną. Po latach treningów, marzeń, chorób, operacji, walki z depresją i mozolnego wracania poukładała sobie wszystko tak, że w poniedziałek ze 114. miejsca na liście WTA przesunie się na co najmniej 21. miejsce. Za awans do finału już zarobiła na paryskich kortach 1,4 mln euro, czyli znacznie więcej niż wcześniej przez całe życie. A w sobotę pójdzie na jeszcze jedną misję.

W finale Maja zmierzy się z kolejną Rosjanką, ósmą rakietą świata, Mirrą Andriejewą. Jeśli ją pokona, zostanie 14. tenisistką świata, a czek odbierze na aż 2,8 mln euro. A przede wszystkim wtedy chyba zapewni sobie numer 1 w sercach nie tylko tych Polaków, którzy zjechali do Paryża na weekend kończący Rolanda Garrosa 2026. O ile już teraz Maja tą "jedynką" nie została dla nas wszystkich.

Tu nie chodzi o to, żeby komukolwiek umniejszać. Iga Świątek jest i pewnie zawsze będzie najlepszą polską tenisistką w historii. W tegorocznym Rolandzie odpadła w czwartej rundzie, bo – jak sama mówiła – nie poradziła sobie ze stresem. Igi szkoda, Idze życzymy jak najlepiej, Igi nie przestajemy podziwiać. Dla Igi będziemy chcieli jechać na jeszcze wiele turniejów. A dla Mai w naszych sercach znaleźliśmy tyle miejsca, bo przecież serca mamy pojemne. My wszyscy, którzy naprawdę kochamy sport. I ludzi.

Więcej o: