Dwie minuty i dwa przepiękne skróty. Oba bekhendowe. W obu uderzeniach Maja Chwalińska nadała piłce taką rotację, że Anna Kalinska nie mogła tego odebrać. A jednak pierwszy dropshot Polki spotkał się z jeszcze lepszą odpowiedzią Rosjanki. Dopiero drugi sprawił, że ćwierćfinałowa rywalka Mai rozglądała się po korcie, jakby chciała znaleźć kogokolwiek, kto umiałby jej odpowiedzieć na pytanie "Co tu się dzieje?". Rosjanka w tym meczu często była kompletnie zdezorientowana.
Kalinska – faworyzowana przynajmniej z racji miejsca w światowym rankingu – mimo technicznych fajerwerków odpalanych przez Chwalińską wygrała pierwszego gema. Ale choć przełamała serwis Polki, to absolutnie nie poczuła się pewnie. Już w kolejnym gemie oglądaliśmy przełamanie powrotne. A przy wyniku 1:1 Maja do zera wygrała gema przy swoim podaniu.
"Shine On You Crazy Diamond" nieśmiertelnego zespołu Pink Floyd towarzyszyło paniom podczas rozgrzewki. Nasz Diament lśnił, zgodnie z życzeniem didżeja z Court Philippe Chatrier. I zgodnie z tym, czego chciała zdecydowana większość paryskiej publiczności. To się czuło – ludzie sympatyzowali z Polką. To po jej zagraniach słychać było z trybun "ochy" i "achy". Nie trzeba było się specjalnie rozglądać, żeby dostrzec, że po genialnych piłkach Chwalińskiej ludzie aż kręcą z niedowierzaniem głowami i po prostu się uśmiechają.
Tenis Mai Chwalińskiej daje radość. Jej i wszystkim, którzy go oglądają. Francuzi docenili Polkę zwłaszcza po jej występie w poprzedniej rundzie. Wtedy przed około 13 tysiącami miejscowych kibiców Maja nie dała żadnych szans paryżance Diane Parry. Ograła ją 6:3, 6:2. Na konferencji prasowej Parry mówiła później, że nic nie mogła zrobić, bo z takim tenisem jeszcze nie miała do czynienia.
Magia Mai to też jej determinacja. Lata kontuzji, chorób, operacji i walki z depresją - to wszystko tłamsiło fantastycznie utalentowaną dziewczynę, która kilkanaście lat temu uchodziła za równie wielki diament jak Iga Świątek. Dziewczyny razem, jako debel, osiągały światowe sukcesy w kategorii juniorek. Dziś Świątek jest światową gwiazdą seniorskiego tenisa, a Chwalińska wreszcie też przedstawia się światu.
Kalinska to kolejna świetna tenisistka, która poznała Maję w sposób dla siebie bardzo bolesny. Rosjanka grała swoje mocne, płaskie piłki, ale próbowała bazować nie tylko na sile. Myślała, kombinowała, ile mogła. Ale tak piękny tenisowy umysł jak Polki w tym starciu wygrywał od samego początku.
Z 0:1 po pięciu minutach tego meczu Chwalińska wyszła na 4:1 po 25 minutach. W tamtym momencie Rosjanka była przełamana już dwa razy. W gemie na 4:1 miała dwie szanse na przełamanie Polki, ale w obu akcjach Maja zagrała dwa takie winnery, jakich chyba nie wymyśliłby nikt inny. Minięcie forhendem po linii przez najwyższą siatkę, z ulokowaniem piłki w malutkiej wolnej przestrzeni – tam, gdzie Kalinska nie zdążyła, pędząc do siatki. To raz. I dwa: kolejny slajsowany bekhend z taką rotacją, że kiedy piłka spadła pod linią, to po odbiciu się od kortu aż uciekała z korytarza deblowego! - tak to wyglądało.
Maja na korcie tańczyła, a Anna owszem, też próbowała, ale długo myliła kroki. Po kolejnym przełamaniu Rosjanki Polka wyszła na 5:1 i serwowała na seta. Już wtedy, po zaledwie 30 minutach, czuliśmy, że ćwierćfinał Rolanda Garrosa 2026 to nie będzie „last dance" Mai Chwalińskiej w tym turnieju. Ale od tego momentu zaczynały narastać w nas obawy.
Kalinska obroniła pierwszego setbola i podgoniła z 1:5 na 3:5. Chwalińska znów serwowała i miała drugą piłkę setową. A w drodze do niej zagrała nawet taki punkt, po którym Rosjanka biła jej brawo. Kalinska została wówczas niesamowicie przegoniona po korcie, a na koniec Maja poczęstowała ją przepięknym lobem. Niestety, choć Maja drugi raz mogła zamknąć seta, to nie zdołała tego zrobić. Po 48 minutach prowadziła już tylko 5:4, a po 53 minutach było 5:5. Kalinska potwierdzała opinię, że jest „królową odwracania sytuacji". Tak przedstawiało ją przed meczem turniejowe pismo „Le Quotidien". Dziennik Rolanda Garrosa przypominał, że niespełna miesiąc temu w Rzymie Rosjanka wygrała taki pojedynek z Kateriną Siniakovą, w którym Czeszka miała aż dziewięć meczboli!
Ale Polka nie pękła! Polka przypomniała znane w naszym kraju powiedzenie „Do trzech razy sztuka" i trzeciej szansy na wygranie tej partii już nie zmarnowała. Ta szansa była aż potrójna, a więc wyjątkowo komfortowa. W tie-breaku Maja wyszła na prowadzenie 6-3 i teraz wykorzystała już pierwszą okazję, żeby tę partię wreszcie wygrać.
Po 70 minutach pierwszej partii, która mogła potrwać o 40 minut mniej, na telebimie pod dachem Court Philippe Chatrier pokazano Piotra Szczypkę niemal skaczącego z radości i siedzącego bez ruchu Tomasza Chwalińskiego. Tata Mai wyglądał, jakby przeżył stan przedzawałowy. A jej menedżer i przez lata główny sponsor (jest właścicielem i prezesem klubu BKT Advantage Bielsko-Biała, gdzie Maja trenuje) wyglądał, jakby jeszcze przed chwilą miał na plecach ciężar ważący przynajmniej tonę i jakby teraz ktoś mu to pozwolił zrzucić.
Po pierwszym secie tego meczu pewnie wszyscy czuliśmy się podobnie jak obaj panowie z boksu Chwalińskiej. Na uspokojenie wszyscy dostaliśmy mniej czasu niż byśmy chcieli. Ale mieliśmy nadzieję, że cały emocjonalny ciężar spadł w tamtym momencie na Kalinską. Że Chwalińska po powrocie na kort pójdzie za ciosem.
Druga partia zaczęła się od gema serwisowego Rosjanki wygranego przez nią do 30. Na to Polka odpowiedziała gemem wygranym do zera. A po chwili dołożyła przełamanie! Wynik 7:6, 2:1 oczywiście niczego nie przesądzał, a tym bardziej nie gwarantował. Ale wyglądał jak obietnica, że będzie dobrze.
"Błędy z forhendu: 21 Kalinska, 3 Chwalińska" – taką statystykę wyświetlono na tablicy przy wyniku 7:6, 2:1 i 40:30". To był dowód, jak wielkie problemy z trafianiem miała w tym meczu Rosjanka i jak duży – olimpijski wręcz – spokój zachowywała Polka.
Siłą spokoju Maja podwyższyła wynik na 7:6, 3:1. Siłą fizyczną Chwalińska by tego meczu nie wygrała. Ale to przecież nic nowego. W pierwszej rundzie Chinka Qinwen Zheng (nr 56 w rankingu WTA), w drugiej Belgijka Elise Mertens (21 WTA), w trzeciej Greczynka Maria Sakkari (49 WTA) i w czwartej Francuzka Diane Parry (92 WTA) – one wszystkie górowały warunkami fizycznymi nad naszą wciąż jeszcze "tylko" 114. tenisistką światowego rankingu. Ale co by się w tych meczach nie działo, Maja za każdym razem potrafiła znaleźć rozwiązanie. Z Sakkari przegrywała 1:6, 1:2 i rywalka serwowała, a wygrała 1:6, 6:3, 6:2. Chince, Belgijce i Francuzce nie pozwalała generalnie na nic. Teraz z Rosjanką miała trudny moment. I to nie jeden.
"Nieee… Tak!" – emocjonował się siedzący obok mnie na trybunie prasowej wybitny znawca tenisa Mirosław Żukowski przez lata relacjonujący wielkie turnieje dla "Rzeczpospolitej". Zareagował tak, gdy Maja wygrała punkt na 7:6, 4:1, kolejny raz przełamując Kalinską. W tym punkcie już wydawało się, że Polka przegapiła najlepszą okazję do ataku (zagrała na pozór zbyt krótką piłkę), a ona po prostu kolejny raz zrobiła wszystko po swojemu. Tak, jak nie wymyśliłby tego nikt inny.
Czy Maja wymyśliła sobie przed tym turniejem, że dotrze co najmniej do półfinału? Sama powie, że nie, tak jak to mówiła już choćby przed ćwierćfinałem. Ale to się dzieje! Maja to robi. Bo rośnie w Paryżu tak pięknie, że za chwilę zagra tu o finał. Wydawało nam się, że z Aryną Sabalenką, liderką światowego rankingu. Ale ta sensacyjnie odpadła z Dianą Sznajder!
Maja o finał imprezy zagra z nią w czwartek popołudniu, ale ona już dawno tego Rolanda Garrosa wygrała. Doszła praktycznie na sam szczyt, choć startowała jako tenisistka nieznana, ruszając od trzystopniowych eliminacji. Przedstawić się całemu światu tak jak Maja – to największe zwycięstwo. A być dalej w grze o wszystko, to bonus. Po który Maja Chwalińska – dziś już 30., a nie 114. tenisistka świata (takie ma miejsce w rankingu Live) – na pewno spróbuje sięgnąć. A tata Mai dalej będzie testował swoje serce. I my wszyscy też!