- Depresja to temat rzeka. Rodzic robi wtedy co może, a nawet nie wie, czy robi dobrze - mówi Tomasz Chwaliński. Z ojcem Mai rozmawiamy o wielkim sukcesie jego córki na Rolandzie Garrosie i o jej drodze do ćwierćfinału Wielkiego Szlema. A na tej drodze były m.in. zmagania z depresją. Korespondencja z Paryża wysłannika Sport.pl, Łukasza Jachimiaka.
Tomasz Chwaliński przyszedł do biura prasowego zestresowany. Kto wie, czy spotkanie z grupą polskich dziennikarzy nie wywołało w nim napięcia jeszcze większego niż mecze córki. Ale tym bardziej doceniamy, że mieliśmy możliwość porozmawiania z tatą Mai.
Od kilku dni o Chwalińskiej piszemy mnóstwo, próbując choć trochę ją poznać i przybliżyć kibicom jej postać. Spotkanie z tatą Mai trwało 15 minut, czytając jego zapis z pewnością dowiecie wielu ciekawych szczegółów o nowej bohaterce polskiego sportu.
Kolejny mecz na Rolandzie Garrosie - już o półfinał - Maja zagra w środę. O godz. 11 zmierzy się z Anną Kalinską (24 WTA).
Ogromne gratulacje za sukcesy córki. Dziękujemy, że dał pan radę się z nami spotkać. Słyszeliśmy, że żona za bardzo się tym wszystkim emocjonuje.
Tomasz Chwaliński: No tak, żona się trochę pochorowała. A na meczach rzeczywiście ona jest troszeczkę bardziej emocjonalna niż ja. Zawsze tak było – nawet śledząc mecze Mai z domu czasami żona tak się stresuje, że woli tego nie oglądać. Specjalnie szuka sobie wtedy innego zajęcia, a wynik sprawdza tylko wtedy, kiedy akurat stresuje się trochę mniej.
Teraz jesteście zestresowani, ale chyba przede wszystkim bardzo szczęśliwi, że po latach wyrzeczeń całej rodziny nadszedł taki sukces?
- Zdecydowanie! Maja zawsze miała plan i wierzyliśmy, że się jej powiedzie. Nigdy nie mieliśmy wątpliwości. Dziś jesteśmy bardzo dumni z córki i z tego wszystkiego, co się tu dzieje. Jak siedziałem na Court Philippe Chatrier podczas meczu Mai z Francuzką Diane Parry przy kilkunastu tysiącach widzów, to duma mnie rozpierała.
Mówi pan, że Maja zawsze miała plan, a na ile jako rodzice pomogliście jej wybrać akurat tenis?
- My ją tylko zachęcaliśmy do sportu, bo była dzieckiem bardzo ruchliwym, sprawnym. Zachęcaliśmy ją do różnego rodzaju sportów. Maja trenowała i karate, i siatkówkę, i nawet przez jakiś czas łączyła to z tenisem. Tenis jej się najbardziej spodobał i przy nim została. Pokochała go i to trwa do tej pory.
Co Maja ma z pana? Widzi pan coś takiego w jej tenisie, w jej usposobieniu?
- Nie wiem. Może pasję do sportu. Zawsze lubiłem sport. Nie trenowałem zawodowo, ale zawsze był obecny w moim życiu.
Maja twierdzi, że jest pan najbardziej pozytywną osobą, jaką zna. Że zawsze pan wierzy, zawsze się uśmiecha.
- Chyba każdy bardzo wierzy w swoje dziecko, prawda?
Byłoby pięknie.
– Ja jestem optymistą. W ogóle my z żoną nigdy nie mieliśmy nawet chwili zwątpienia w Maję.
Nawet kiedy miała duże problemy z kontuzjami i gdy zmagała się z depresją?
- Zawsze staraliśmy się ją wspierać. Maja zawsze mówiła, że to kocha i będzie to robiła, więc w trudnych chwilach próbowaliśmy jej pomóc. Nie zwątpiliśmy nigdy. Jej trenerzy też nie. Każdy z bliskich jej ludzi w nią wierzył. Naprawdę nie było żadnego zwątpienia.
Ale wyobrażamy sobie, że czas depresji córki musiał być dla państwa najtrudniejszy.
– Tak. Rodzic robi wtedy co może, a nawet nie wie, czy robi dobrze. Maja mieszkała już wtedy w Bielsku [rodzinny dom ma w Dąbrowie Górniczej]. Trzeba było przy niej być i z żoną chcieliśmy być jak najbliżej córki.
Zasugerowaliście jej państwo, żeby poszła po profesjonalną pomoc?
- Maja sama poszła. Generalnie trudno się mówi o depresji. To temat rzeka. Wiecie, że depresja często jest niezauważana nawet przez bliskich? Osoby, które ją mają, próbują to maskować. Ale teraz są chyba zbyt miłe chwile, żeby o tym rozmawiać.
Pewnie warto porozmawiać o tym nawet krótko, bo dla wielu osób przykład Mai…
- Tak, przykład Mai pokazuje, że można z tego wyjść. Mam nadzieję, że ten przykład wielu ludziom pomoże, że daje nadzieję.
Przed Rolandem Garrosem myśleliście, a może nawet rozmawialiście w domu, że to może być dla Mai tak udany turniej?
- Nie. Widzieliśmy, że wszystko idzie do przodu, bo Maja coraz lepiej grała i czuła się pewniej mentalnie. Ona wierzy w to, co robi. Zawsze wierzyła. A teraz zaczęły się pojawiać efekty. Skończyły się kontuzje, pierwszy raz od dłuższego czasu mogła spokojnie przepracować z trenerami okresy przygotowawcze. I w końcu to kliknęło. Ale czegoś takiego jak wielkoszlemowy ćwierćfinał się nie przewidzi. Tego nikt z nas się nie spodziewał.
Pan był górnikiem, mama Mai to recepcjonistka. Maja mówi, że sami nie bylibyście w stanie finansować jej kariery. Opowie pan, jak duże to wyzwanie, żeby pomagać dziecku zostać tenisistką ze światowej czołówki?
- Myślę, że w naszym kraju normalni, zwykli ludzie nie są w stanie sami ciągnąć ten wózek. To jest bardzo drogi sport. Bez sponsorów i bez pomocy z klubu nic byśmy nie zrobili.
Nie musieliście się zapożyczać?
- Nie.
Menedżer Mai zdradził, że jej kariera kosztuje milion złotych rocznie.
- Tak, to są naprawdę duże koszty. Już w juniorskim tenisie było drogo, bo trzeba było jeździć po całej Europie, gdy Maja miała 14 lat. Całe tygodnie już wtedy się spędzało poza krajem. A teraz jest tego dużo więcej.
A sponsorzy w kolejce się nie ustawiali.
- No nie. Trzeba było szukać.
Kiedy ma się tak zdolne dziecko, widzi się, jak córka, będąc nastolatką (dziś Maja ma niespełna 25 lat), osiąga światowe sukcesy na tym poziomie, to się pewnie marzy, że kiedyś będzie wygrywała Wielkie Szlemy?
- No pewnie. U nas w domu o tym marzyliśmy razem z Mają. Rozmawialiśmy o tym.
I kiedy przyszły trudne lata Mai już w dorosłym tenisie, naprawdę nie zgasła u państwa wiara, że Maja kiedyś te szlemy będzie wygrywała?
- Nie, nie dopuszczaliśmy takich myśli. Tak, jak już mówiłem, nie zwątpiliśmy nigdy.
A tak z ręką na sercu – nie było wam wszystkim ciężko patrzeć, jak Iga Świątek osiąga wielkie sukcesy, a Maja nie? Dziewczyny jako nastolatki podbijały świat razem, więc wyobrażamy sobie, że jednocześnie można się cieszyć z sukcesów przyjaciółki, ale też przeżywać katusze, gdy się widzi, że Iga świętuje kolejny wielkoszlemowy triumf, a Maja znów się rehabilituje.
- Maja bardzo się cieszyła, że Iga tak wyskoczyła. I oczywiście, że chciała też mieć takie sukcesy. Na pewno głośno tego nie mówiła, ale chciała dorównać swojej przyjaciółce.
Jaka Maja jest poza kortem? Jak spędza z państwem czas, gdy przyjeżdża z Bielska-Białej do rodzinnego domu?
- Niestety, jak przyjeżdża, to tylko na dzień-dwa, bo nie ma więcej czasu. Wpada do nas między turniejami. I wtedy po prostu lubimy posiedzieć razem w domu, ewentualnie wyjść na jakiś spacer.
Na przyjazdy Mai gotujecie jakieś jej ulubione dania? Tata Igi Świątek robi dla niej pierogi, może pan też ma popisowe danie dla córki?
- Mam, i to też są pierogi. Choć jeszcze bardziej córka lubi spaghetti aglio e olio. Ale na makaronie ryżowym – to jest jej największy przysmak.
Nie obawiacie się, że lada chwila Maja będzie przyjeżdżała do domu jeszcze rzadziej, bo znajdzie sobie jakąś zagraniczną bazę treningową, żeby zimą pracować w komfortowych warunkach?
- Maja dlatego przeprowadziła się do Bielska, żeby mieć optymalne warunki. Proszę pojechać do klubu BKT Advantage i zobaczyć, jaka tam jest baza. Cztery korty dywanowe, hardkort – można całą zimę trenować. Jest baza z całym zapleczem. Maja ma tam wszystko, czego potrzebuje.
Mówił pan, że od zawsze pan ogląda sport – jaki tenis pan lubi najbardziej? Kibicował pan zawodniczkom i zawodnikom grającym w stylu podobnym do prezentowanego przez Maję?
- Tenis oglądam od czasów Bjoerna Borga, Martiny Navratilovej i innych z tego pokolenia. Najbardziej zawsze lubiłem Borga.
Dużo zaryzykujemy pytaniem, czy wypatruje pan tu finału i może nawet mistrzostwa Roland Garrosa dla córki?
- Na razie wypatruję tylko ćwierćfinału z Anną Kalinską. Maja już zrobiła spektakularną rzecz. Spokojnie czekamy, co będzie dalej.
Menedżer Mai zadeklarował, że jeśli wygra ten turniej, to on wskoczy do Sekwany.
- To ja mu będę kibicował!
Nie dołączyłby pan do niego?
- Mógłbym to nagrać. No dobrze, może sam też zrobiłbym coś szalonego, ale na razie nie wiem co, więc nie będę składał żadnych deklaracji.