Maja Chwalińska pierwszy raz w życiu zagrała na największym korcie Rolanda Garrosa, a później po raz pierwszy miała konferencję w największej sali. Tu i tu poradziła sobie świetnie. Mimo że zgadza się, że jest odmieńcem. Korespondencja z Paryża wysłannika Sport.pl, Łukasza Jachimiaka.
Maja Chwalińska awansowała do ćwierćfinału Rolanda Garrosa, pokonując 6:3, 6:2 Francuzkę Diane Parry. Przed około 13 tysiącami francuskich kibiców Polka zaprezentowała kapitalny tenis. Grała tak samo świetnie, jak w poprzednich rundach, na dużo mniejszych kortach. Konferencja w sali z miejscami siedzącymi dla 118 dziennikarzy (zajęta była mniej więcej jedna trzecia miejsc) też nie wybiła Mai z uderzenia, mimo że wcześniej przysiadaliśmy z nią w przestrzeniach, w których stało najwyżej 10-15 krzeseł. - To dla mnie zdecydowanie duża niespodzianka. Jestem przeszczęśliwa. Cieszę się tym momentem, który mam dzisiaj, ale jutro zacznę już przygotowania do kolejnej rundy – stwierdziła Polka, witając się z zagranicznymi dziennikarzami.
W pierwszej części konferencji reporterzy z różnych stron świata chcieli poznać naszą sensacyjną ćwierćfinalistkę. Mówili Mai, że uwielbiają takie historie i pytali, czy miała w tym sezonie szczególny moment, w którym wszystko zaczęło jej się tak świetnie układać. - Cóż, miałam w tym roku kilka turniejów, w których czułam, że mój poziom się poprawia, to na pewno. Momenty były, ale nie spodziewałam się tu ćwierćfinału. Chociaż tak, czułam, że idę w dobrym kierunku – mówiła Polka, która w kwietniu wygrała turniej WTA 125 na mączce w Oeiras.
- Moim celem na ten sezon było wejście do pierwszej setki rankingu. Jestem bardzo szczęśliwa, że już go osiągnęłam. Ale dalej jestem głodna – mówiła, gdy pytano ją, jak się czuje z tym, że już wkrótce będzie grała w wielkich szlemach bez konieczności przebijania się przez eliminacje.
Chwalińska jest jeszcze w rankingu WTA 114., ale po Rolandzie zanotuje ogromny awans. W tym momencie w rankingu Live zajmuje 49. miejsce.
Maja mówiła też, że jest wdzięczna za to, że zagrała na pięknym korcie przed francuską publiką, która zachowywała się wobec niej bardzo ładnie. Oraz że cieszy się na wieść o powrocie do tenisa Sereny Williams (w czerwcu wystąpi w Londynie w turnieju Queen's Club Championships, tworząc debel z Victorią Mboko), bo jej mecze były pierwszymi, jakie oglądała, gdy zakochiwała się w tenisie.
Chwalińska opowiadała też, że dobrze jej w roli tenisistki mało znanej, bo nie czuje wielkiej presji, występując przeciw uznanym zawodniczkom. A że jest dla nich groźna, to – jak mówiła – zasługa zmian w treningu, między innymi podjętej rok temu współpracy z Maciejem Ryszczukiem, trenerem przygotowania fizycznego od lat związanym zawodowo z Igą Świątek.
Maja kilka słów poświęciła też sponsorowi swojej przyjaciółki. – Miałaś problem z opłaceniem hotelu po przedłużeniu pobytu, bo czek na nagrodę dostaniesz dopiero po turnieju – zauważał jeden z dziennikarzy. – Powiedziałam coś głupiego, ale to się rozwinęło w coś zabawnego – śmiała się Chwalińska. Po meczu z Sakkari Maja rzeczywiście żartowała w rozmowie przeprowadzanej od razu na korcie, że będzie teraz miała kłopoty logistyczne. – Po tej mojej wypowiedzi zgłosiła się polska firma, Oshee i jestem za to bardzo wdzięczna – tłumaczyła.
Zapytaliśmy Chwalińską o stres. Tak odpowiedziała
Po części anglojęzycznej zapytałem Chwalińską o stres. Maja od początku sprawia wrażenie osoby, która w tym turnieju świetnie sobie radzi z napięciami. Czy je w ogóle odczuwa? Czy przygotowując się do meczu z Parry obawiała się choć trochę, jak to będzie zagrać przed kilkunastoma tysiącami francuskich kibiców? Albo czy przed konfrontacją z Sakkari myślała o tym, że to była numer trzy światowego rankingu?
- Oczywiście, że się stresuję. Stres jest, bo mi zależy. Ale radzę sobie z nim. Jak? Tak, że go akceptuję. Uważam, że to jest normalne. I myślę, że właśnie to jest klucz. A też fajnie jest mieć fajnych ludzi wokół siebie, którzy cię wspierają i o których wiesz, że obojętnie jaki będzie wynik, to oni cały czas będą przy tobie i będą cię wspierać. To jest bardzo pomocne – wyjaśnia Maja.
Chyba na odstresowanie Chwalińska została zapytana, jak skomentuje to, co wymyślił jej menedżer. Piotr Szczypka zapowiedział dziennikarzom, że wskoczy do Sekwany, jeśli Maja wygra Rolanda Garrosa. - On wskoczy, tak? A niech sobie wskoczy – śmiała się tenisistka.
Od wspomnianego menedżera usłyszeliśmy, że już osiągnięty sukces bardzo pomoże w rozwoju kariery Mai. A ją samą prosiliśmy, żeby powiedziała, na ile w ogóle w tym momencie myśli o takich sprawach. - Jeszcze tego nie odczuwam, bo turniej się jeszcze nie skończył. Jeszcze się dla mnie nic nie zmienia. Ale jestem świadoma tego, że już mam pewne miejsce w turniejach głównych wielkich szlemów przez w sumie nie wiem jaki czas, bo nie jestem dobra w takich obliczeniach [na pewno na US Open 2026 i Australian Open 2027, natomiast w Wimbledonie 2026 Maja będzie musiała grać kwalifikacje, o ile nie dostanie dzikiej karty]. To mi na pewno daje spokój. Finanse oczywiście też są ważne, duża nagroda [Maja zapewniła sobie już 470 tys. euro premii] daje poczucie bezpieczeństwa – usłyszeliśmy.
Na koniec Maja została zapytana czy czuje się trochę tenisowym odmieńcem, bo prezentuje wyjątkowy styl. - Nie wiem, czy nikt tak nie gra, ale faktycznie na pewno niewiele osób. Czy jestem odmieńcem? Zdaję sobie sprawę z tego, że gram inaczej i może też troszkę inaczej widzę tenis niż większość zawodniczek. Staram się myśleć na korcie najwięcej jak się da. Nie zawsze mi to wychodzi, ale tak, może i jestem tym odmieńcem, nie ma problemu – zakończyła Maja Chwalińska.