Wieczorne maratony meczów, absurdalny koncert w środku nocy, dym z fajerwerków paraliżujący nowoczesną elektronikę, ścisk fanów tenisa i futbolu. Prestiżowy turniej w Rzymie kolejny raz zamienia się w organizacyjną farsę - pisze ze stolicy Włoch Dominik Senkowski, wysłannik Sport.pl.
Prestiżowy turniej WTA 1000 i ATP 1000 w Rzymie wywołuje kontrowersje, jeśli chodzi o organizację. W czwartkowy wieczór oczy polskich kibiców były zwrócone na kort centralny, gdzie Iga Świątek miała zmierzyć się z Eliną Switoliną. Fani musieli jednak uzbroić się w ogromne pokłady cierpliwości, a same zawodniczki - w wyjątkową odporność fizyczną. Pojedynek Polki z Ukrainką rozpoczął się bowiem dopiero o godzinie 22:20.
Gdy Świątek i Switolina schodziły z kortu, był już piątek - dokładnie 33 minuty po północy. Obie tenisistki spędziły na korcie dwie godziny i 13 minut w warunkach, które z profesjonalnym sportem mają niewiele wspólnego. Było już dużo chłodniej niż w ciągu dnia, kibice ubrani byli w bluzy i kurtki. Jak to możliwe, że na jednym z najważniejszych turniejów na świecie dochodzi do takich sytuacji? Dlaczego władze rzymskiej imprezy z uporem godnym lepszej sprawy fundują zawodnikom i fanom tenisa nocną rywalizację?
Deszcz, maraton i... koncert
Aby zrozumieć, dlaczego Świątek musiała rozgrywać mecz na Foro Italico z Switoliną tak późno, trzeba cofnąć się do planu gier na korcie centralnym. Sesja wieczorna w Rzymie rozpoczyna się od godziny 19:00, co przy zaplanowaniu dwóch spotkań w tym okresie jest od początku igraniem z ogniem. W czwartek jako pierwszy na korcie zameldował się duet męski: Rosjanin Danił Miedwiediew oraz Hiszpan Martin Landaluce. Ich starcie w ćwierćfinale singla było niezwykle zacięte i trwało aż 144 minuty. Na dodatek sytuację skomplikowała pogoda - nad Rzymem pojawiły się chmury deszczowe, przez co spotkanie zostało na moment przerwane.
Gdy Miedwiediew w końcu wygrał 1:6, 6:4, 7:5, było już bardzo późno - kilka minut przed 22. Włosi powinni wiedzieć, że tej sytuacji liczy się każda sekunda. Należało jak najszybciej przygotować kort i zaprosić na niego Świątek oraz Switolinę. Ale nie w Rzymie. Organizatorzy postanowili zafundować wtedy widzom na trybunach... cyrk. Przepraszam, koncert.
Zamiast tenisistek, pojawiła się lokalna gwiazda muzyki. Oficjalnie ogłoszono na bandach reklamowych, że nastąpiła "przerwa muzyczna". Wokalistka wyszła i zaczęła śpiewać w najlepsze, podczas gdy czas uciekał. Część kibiców była zadowolona, ale spora grupa - pamiętając, że jest środek tygodnia i rano trzeba wstać do pracy - zaczęła po prostu opuszczać trybuny.
Wyglądało to kuriozalnie. Będąc na wielu turniejach tenisowych na całym świecie, widziałem różne atrakcje, ale koncert wciśnięty między mecze sesji wieczornej przy takim opóźnieniu to ewenement. Sędzia główna Miriam Bley stała na korcie zniecierpliwiona, patrzyła w kierunku piosenkarki, bezradnie czekając, aż ta w końcu skończy swój popis. Dopiero po tym widowisku na placu gry pojawiły się dzieci do podawania piłek oraz same zawodniczki, które mogły rozpocząć spóźnioną rozgrzewkę.
Dla Świątek rzymskie noce to zresztą ponura powtórka z rozrywki. Wystarczy przypomnieć sytuację z 2023 roku, kiedy Polka również musiała rywalizować w stolicy Włoch do północy, walcząc w ćwierćfinale z Jeleną Rybakiną. Tamten turniej okupiła potężnym zmęczeniem i ostatecznie zmuszona była skreczować. Historia niestety niczego Włochów nie uczy.
Sinner nie gryzie się w język
Problem nocnych meczów bulwersuje całe środowisko, a oliwy do ognia dolał faworyt lokalnej publiczności, Jannik Sinner. Włoch w dosadnych słowach skrytykował organizację turnieju na jednej z konferencji prasowych. Otwarcie przyznał, że kończenie rywalizacji w środku nocy to prosta droga do zrujnowania zdrowia zawodników.
- To nie jest dobre dla nas. Kończysz mecz o pierwszej w nocy, potem musisz udzielić wywiadów, iść na konferencję prasową, zjeść coś i przejść regenerację u fizjoterapeuty. Zanim trafisz do hotelowego pokoju i uda ci się zasnąć, jest już 5:00 rano. To całkowicie rozbija rytm dnia i regenerację, która jest kluczowa, by zaprezentować się z dobrej strony w kolejnej rundzie. Musimy z tym walczyć - grzmiał najlepszy dziś tenisista świata.
Wypowiedź Włocha dokładnie punktuje to, o czym kibice przed telewizorami często zapominają. Dla tenisisty koniec meczu to dopiero połowa drogi. Po zejściu z kortu 33 minuty po północy, Świątek i Switolina musiały stawić się przed mediami, przejść niezbędną, trwającą często kilkadziesiąt minut fizjoterapię, czasem zjeść posiłek regeneracyjny i dopiero wtedy wrócić do hotelu. Kiedy kładły się spać, świtało. Rozbicie zegara biologicznego w ten sposób drastycznie zwiększa ryzyko kontuzji, ponieważ zmęczone mięśnie i stawy nie reagują prawidłowo.
Cierpią zresztą wszyscy: zawodnicy są wycieńczeni, kibice uciekają z trybun przed końcem, by zdążyć na komunikację miejską, a oglądalność w telewizji w dni robocze spada, bo mało kto może pozwolić sobie na zarywanie nocy. Nie można też zapominać o pracownikach turnieju, sędziach i dziennikarzach, którzy muszą koczować na obiektach do świtu.
Dym ze stadionu
To, co działo się podczas meczu Świątek, to jednak i tak nic w porównaniu ze skandalem, jaki towarzyszył środowemu pojedynkowi panów, w którym mierzyli się Rafael Jodar i Luciano Dardieri. Ten mecz zakończył się dopiero po godzinie drugiej w nocy! Wszystko przez to, że wcześniejsze opady deszczu przesunęły cały harmonogram, a przed Hiszpanem i Włochem na obiekcie centralnym długi bój stoczyły Switolina i Rybakina.
Gdy singliści w końcu wyszli na kort, rzymski turniej zderzył się ze swoją największą zmorą - sąsiedztwem piłkarskiego Stadio Olimpico. Kiepską tradycją Foro Italico jest, że w czasie trwania turnieju tenisowego Italian Open, obok co roku odbywa się finał piłkarskiego Pucharu Włoch. Tym razem Inter pokonał Lazio, a gdy na stadionie wybuchła euforia, kibice odpalili fajerwerki. Gęsty dym znad stadionu spowił kort centralny, na którym grali Jodar i Dardieri.
Doszło do kuriozalnej sytuacji - nowoczesny system elektronicznego wywoływania autów po prostu zwariował w chmurze dymu. Maszyny przestały widzieć linie i piłkę, przez co sędziowie musieli przerwać mecz na ponad 20 minut. I to w momencie, gdy i tak było już ekstremalnie późno.
Rozgrywanie tak dużych imprez sportowych obok siebie to spore ryzyko. Widziałem w środę, jak wokół kortów gromadził się tłum. Kibice piłkarscy - jak powszechnie wiadomo - zachowują się bardzo głośno i nieprzewidywalnie. Fani tenisa mieli problem z opuszczeniem Foro Italico, gdy w tym kierunku nadeszli sympatycy Lazio i Interu. Sporo policji, korek na ulicach wokół kortów, gigantyczny ścisk na chodnikach pozastawianych przez skutery, ulubiony środek komunikacji Włochów.
Co roku nad kortami tenisowymi latają przy tej okazji także policyjne helikoptery, generując potworny hałas, który uniemożliwia tenisistom koncentrację, a teraz doszedł do tego dym. Prezes Włoskiej Federacji Tenisowej Angelo Binaghi rozkłada ręce i publicznie zrzuca winę na działaczy piłkarskich. Twierdzi, że kalendarze ATP i WTA są tak sztywne, że tenis nie ma gdzie się podziać, więc to finał Pucharu Włoch powinien zostać przesunięty o kilka dni.
Zdarzyło mi się w zeszłym roku w Paryżu przeżyć jeszcze intensywniejsze doświadczenie. W trakcie Roland Garros kibice PSG świętowali triumf zespołu w Lidze Mistrzów. Tłumy ludzi wybiegły na ulice, doszło do zamieszek. Jeszcze przed finałem kibice w metrze hałasowali, bujali wagonami, skakali po ławkach, zaczepiali turystów i mieszkańców. Trudno jednak było przewidzieć, że paryski turniej wielkoszlemowy będzie odbywał się w tym samym momencie, w którym PSG sięgnie po historyczny tytuł w LM. We Włoszech zaś od lat scenariusz się powtarza: tenis i piłka nożna w jednym miejscu i czasie.
Co też ciekawe, od stycznia 2024 roku obowiązują nowe, rygorystyczne przepisy ATP i WTA dotyczące planowania meczów, które miały raz na zawsze ukrócić nocne spotkania. Zgodnie z oficjalnymi regulacjami dostępnymi na stronach federacji, mecze w sesji wieczornej nie mogą rozpoczynać się później niż o 19:30 (sugerowana godzina to 18:30). Co więcej, spotkania nie powinny być rozgrywane ani kontynuowane po 23:00.
Nic się nie zmieni?
Dlaczego więc w Rzymie te zasady nie działają? Ponieważ federacje zostawiły w przepisach furtkę: "Chyba że zaistnieją dodatkowe, wyjątkowe okoliczności, takie jak np. opady deszczu". I tę właśnie lukę bezwzględnie wykorzystują organizatorzy we Włoszech. Skoro spadło kilka kropel deszczu, Włosi uznają, że są zwolnieni z jakichkolwiek ograniczeń godzinowych.
W kuluarach turnieju rozmawiałem z włoskimi dziennikarzami. Wszyscy na miejscu łapią się za głowy i uważają, że sytuacja zmierza w fatalnym kierunku. Jednocześnie moi rozmówcy zgodnie podkreślają, że szanse na realne zmiany są iluzoryczne. Turniejem rządzą potężni sponsorzy oraz stacje telewizyjne, które płacą miliony za prawa do transmisji. Nadawcy nie wyobrażają sobie przesunięcia sesji wieczornej np. na godzinę 17:00, ponieważ styl życia we Włoszech jest specyficzny, ludzie pracują do późna, a prawdziwe życie towarzyskie i oglądalność przed telewizorami zaczynają się dopiero późnym wieczorem.
Dodatkowo w grę wchodzi oczywiście chęć jak największych zysków i logistyka biletowa. Organizatorzy nie chcą przenosić opóźnionych meczów gwiazd na mniejsze, boczne korty, ponieważ bilety na sesję wieczorną są sprzedawane na konkretne miejsca na korcie centralnym. Włosi twierdzą, że nie ma możliwości przenieść spotkania takiej wagi na inny obiekt. A i bilety są bardzo drogie, ceny sięgają nawet 800 euro za dzień. Jednocześnie rygorystyczne umowy telewizyjne jasno precyzują, w które dni jako pierwszy wieczorem ma grać mężczyzna, a w które kobieta. Zawodnicy stają się w ten sposób zakładnikami machiny organizacyjno-finansowej.
Turniej na Foro Italico ma niepowtarzalny klimat. Jest rozgrywany w pięknym kompleksie, pośród rzeźb, pinii, zwykle towarzyszy mu dobra pogoda, mocna obsada drabinek. Problem w tym, że mecze rozgrywane po nocy psują obraz rywalizacji oraz zagrażają tym, którzy powinni być w tym biznesie najważniejsi - tenisistom.