Po zaledwie 11 minutach Iga Świątek prowadziła z Jessiką Pegulą 3:0, a my z niepokojem patrzyliśmy na kort centralny w Rzymie. Dlaczego z niepokojem? Bo wtedy widzowie zaczęli zakładać przeciwdeszczowe peleryny.
W ćwierćfinale ostatniego turnieju przed wielkoszlemowym Roland Garros Świątek była w swoim żywiole. Od początku było widać, że rywalka - choć przecież świetna - Polki nie zatrzyma. Taką Świątek zastopować mogłyby chyba tylko siły natury.
Na szczęście deszcz jednak się nie rozpadał. A Świątek dalej szła jak burza. Po zaledwie kwadransie gry Pegula tylko przewracała oczami. W akcji na 4:0 dla Polki zdołała jedynie zahaczyć piłkę ramą rakiety. Potężny topspinowy forhend Igi był poza zasięgiem Amerykanki. Numer trzy światowego rankingu tenisistek nie dawała żadnych szans numerowi pięć. Oglądaliśmy taką Świątek, za jaką bardzo tęskniliśmy.
Z tą niekorzystną serią przegranych ćwierćfinałów Świątek właśnie skończyła. Awansując do półfinału "tysięcznika" w Rzymie, Polka już osiągnęła swój najlepszy wynik w 2026 roku. A wszystko na to wskazuje, że chce i może pójść po więcej.
Tę czarną serię Świątek też właśnie przerwała. Przez pół roku nie potrafiła pokonać żadnej rywalki z top 10 rankingu WTA. A teraz rozbiła jedną ze swoich najbardziej niewygodnych rywalek w całym tourze.
Świątek i Pegula zmierzyły się już w 12. oficjalnym meczu. Dotychczas sześć z nich wygrała Polka, a pięć Amerykanka. Ale ostatnio Pegula miała na Świątek patent.
W ćwierćfinale US Open 2024 nie dała Idze szans – wygrała 6:2, 6:4. – Musiałam tylko panować nad emocjami – powiedziała po tamtym meczu w przypływie szczerości. Taka prawda, niecierpliwa Świątek pokonywała się wtedy sama. Mnożyła niewymuszone błędy, nie słuchała podpowiedzi trenera, biła głową w mur. To był zresztą ostatni mecz, w którym w roli trenera Świątek wystąpił Tomasz Wiktorowski. Teraz, w Rzymie, Świątek w poprzedniej rundzie zagrała świetny mecz przeciw Naomi Osace, którą obecnie prowadzi Wiktorowski. A po Osace poszła za ciosem. I Peguli, która jak mało kto potrafi włożyć rywalce kij w szprychy, nie pozwoliła zbliżyć się do siebie na tyle, żeby jakoś przez jej sztuczki ucierpieć.
Świątek imponowała rotowanym forhendem a'la Rafael Nadal. Zachwycała poruszaniem się po wilgotnej, ciężkiej mączce. A najbardziej cieszyło nas, że atakując, zachowywała margines błędu. Że nie biła z całej siły po liniach, chcąc kończyć punkty jednym uderzeniem, tylko cierpliwie budowała punkty.
Pierwszego seta Polka wygrała 6:1 w 29 minut. W punktach było 27:13. W drugim Świątek też była świetna, niemal bezbłędna. A przecież to miał być dla niej naprawdę wyjątkowo trudny test. Peguli nie pokonała od 2023 roku. W dwóch ostatnich meczach nie wygrała przeciw niej nawet seta. Przecież Pegula w rzymskim turnieju nie dała wcześniej szans żadnej przeciwniczce – Masarovą rozbiła 6:0, 6:0, Sonmez też poczęstowała bajglem, a przed chwilą nie straciła seta z Potapową, która dopiero co była w półfinale w Madrycie i pokonała świetną w tym sezonie Rybakinę.
Pegula do meczu ze Świątek miała w tym roku bilans aż 28 spotkań wygranych na 33 rozegrane. To liczby imponujące, zwłaszcza zestawione z bilansem Igi - 17:8. Ale w rzymskim ćwierćfinale ze Świątek Pegula nie miała żadnych argumentów, żadnych broni. Dlaczego?
To niemożliwe, żeby Amerykanka przegrała ten mecz w szatni. - Widziałam klip, jak Iga trenowała z Rafą na mączce i pomyślałam: "O nie, to jest złe dla nas wszystkich!" – mówiła Pegula miesiąc temu w jednym z podcastów. Wtedy ona i Maddison Keys komentowały, że współpraca specjalistki od mączki Świątek z królem tej nawierzchni Nadalem powinna być wręcz zakazana. Ale to były tylko żarty. Natomiast teraz po prostu żadnych żartów nie było ze strony Świątek.
Wygląda na to, że Polka pod wodzą Francisco Roiga (pracował z Nadalem aż 18 lat) odzyskuje swój królewski blask na mączce. Niech dalej tak lśni i zaraz w półfinale w Rzymie przeciw Rybakinie albo Switolinie, i przede wszystkim już wkrótce na Roland Garros, gdzie na pewno będzie chciała być koronowana już po raz piąty w karierze.