Dla Igi Świątek mecz z Jessicą Pegulą w Rzymie miał szczególne znaczenie. Raz, że był szansą na potwierdzenie zwyżki formy na tle jednej z największych rywalek. Dwa, że ostatni raz Polka pokonała Amerykankę trzy lata temu podczas WTA Finals w Cancun. Do tego Świątek nie wygrała z przeciwniczką z top 10 rankingu od listopada 2025 - od pierwszego meczu grupowego w WTA Finals w Rijadzie, gdy pokonała Madison Keys. Dodatkowo jeszcze ani razu w tym roku nie doszła indywidualnie do półfinału imprezy, w której startowała - bariera ćwierćfinału stała się nie do przejścia.
W tej sytuacji pojedynek z piątą dziś na świecie Pegulą rozgrywał się w dużym stopniu na płaszczyźnie mentalnej i od początku meczu byliśmy świadkami zachowań, które zwykle pomagają Świątek utrzymać koncentrację: sprawdzania naciągu rakiety, charakterystycznego poprawiania czapki i - co najważniejsze - głębokich wydechów. Z perspektywy trybun jeszcze lepiej niż w telewizji widać, jak wygląda praca mentalna, jaką wykonuje Polka na korcie w trakcie rywalizacji - szczególnie tak wymagającej jak z Pegulą.
Świątek rozpoczęła mecz najlepiej, jak to możliwe. Grała mocno, dokładniej niż rywalka, unikała błędów. Starała się budować akcje powoli, bez pośpiechu i w dogodnym momencie przyspieszać. Zdezorientowana Pegula albo nie dochodziła w końcu do piłki, albo popełniała błąd. Amerykanka zwykle słynie ze spokoju na korcie, ale w tym meczu szybko zaczęła się denerwować - już po pierwszej stracie serwisu, przy wyniku 0:2, kopnęła nogą przed siebie w powietrze, okazując złość.
Amerykanka kilkakrotnie kręciła głową w przerwach między akcjami. Spotkanie nie zaczęło się po jej myśli i być może pojawiły się u niej obawy, które zdążyła już zasygnalizować kilka tygodni temu w trakcie podcastu "The Player's Box Podcast", który prowadzi ze swoimi koleżankami z reprezentacji USA. Rozmawiały wtedy o tym, że Świątek trenowała na Majorce pod okiem Rafaela Nadala, a Pegula powiedziała: "To jest perfekcyjne dla Igi. Widziałam nagranie z nią i Rafą na mączce. To przerażające dla każdego. Iga i Rafa na mączce? To powinno być nielegalne." Wydawało się, że to głównie żarty, ale z dzisiejszej perspektywy wcale nie musiały nimi być.
W pierwszym secie Amerykanka kompletnie nie radziła sobie z tempem gry Polki. Nie ustawiała się odpowiednio do wysoko odbijających się piłek posyłanych przez Świątek za pomocą topspinu, źle czytała grę. Efekt? Kolejne przełamania i partia 6:1 dla Igi.
Świątek pozostawała dalej niezwykle spokojna i skoncentrowana. Dzięki temu nie obniżyła poziomu gry po wygranym wyraźnie secie, jak to jej się zdarzało w ostatnich miesiącach. Poszła za ciosem. Raz jeszcze przełamała Pegulę, wychodząc w drugiej odsłonie gry na 2:0. Biła od niej pewność siebie, zupełnie odwrotnie w przypadku Amerykanki. Ta coraz częściej denerwowała się, mówiła do siebie, rozkładała ręce. Niekorzystny przebieg rywalizacji nie pozwalał jej na skupienie się. Psuła nawet najłatwiejsze piłki, jak choćby z powietrza na koniec w trzecim gemie, gdy po chwili znów została przełamana. Nie pomógł jej trener Mark Knowles, który próbował mobilizować do walki, ale nawet nie patrzyła w jego kierunku.
Czytaj także: Siemieniec jak nauczyciel
Miałem okazję siedzieć w takim miejscu na trybunie prasowej, że z bliska widziałem współpracowników Świątek. Dzięki temu mogłem przyglądać się zachowaniom jej nowego trenera - Francisco Roig, jak na Hiszpana przystało, jest znacznie bardziej ekspresyjny niż poprzedni trenerzy Polki. Często pokazuje gestami dłoni, jak ma wyglądać rotacja przy topspinie i najpewniej dlatego Iga w wielu momentach szuka kontaktu wzrokowego z boksem. To nie jest już tylko szukanie spokoju u psycholożki Darii Abramowicz, ale konkretna techniczna wymiana spojrzeń z Roigiem. Widać, że proces adaptacji do jego wizji przebiega coraz lepiej.
Roig podczas spotkań lubi też rozmawiać z innymi członkami teamu. W meczu z Pegulą wymieniał uwagi głównie z Tomaszem Moczkiem, sparingpartnerem Igi, a w trakcie poprzednich pojedynków również z Maciejem Ryszczukiem, trenerem przygotowania fizycznego. Sama tenisistka też przyznaje, że dobrze dogaduje się z Hiszpanem. - Od pierwszej chwili poczułam świetną więź z Francisco. Doskonale go rozumiałam - stwierdziła w Rzymie na jednej z konferencji.
Roig zachwycał się kolejnym uderzeniami Świątek, bił brawa, zachęcał do jeszcze intensywniejszej gry. Z jego strony było mnóstwo pozytywnych komunikatów i reakcji. A przewaga naszej tenisistki rosła: było 4:0, zaraz później 5:1. Po chwili Polka mogła cieszyć się z pierwszego w tym roku awansu do półfinału imprezy rangi WTA. W końcu też pokonała zawodniczkę z top 10 - i to w jakim stylu! Spotkanie trwało zaledwie 67 minut. To był doskonały mecz, sami przecieraliśmy oczy ze zdumienia.
Świątek kapitalnie wytrzymała mentalnie ćwierćfinał z Pegulą. Nie było po niej widać nerwów, jakie mogły się pojawić z uwagi na ostatnie złe wspomnienia ze spotkań z największymi rywalkami. Mogła za to czuć pozytywną energię, jaka bije od jej boksu, w którym od kilku tygodni siedzi Roig. Z bliska, będąc na kortach w Rzymie, czuć, jak ta energia od Hiszpana zaczyna nieść Polkę. Pod jego wodzą coraz częściej przypomina zawodniczkę, która błyszczała na kortach ziemnych w poprzednich latach.
W meczu o finał Świątek zagra z lepszą z pary Elina Switolina - Jelena Rybakina. W drugim spotkaniu półfinałowym zmierzą się Sorana Cirstea i Coco Gauff.