- Dziś w stu procentach rozumiem Igę Świątek ze skwaszoną miną i krzyczącą coś na trenera - mówi Maciej Synówka. Kilka lat temu prowadził do sukcesów czołowe tenisistki świata, a karierę zawiesił z powodu wypalenia. Dlaczego odrzuca oferty? Może czeka na propozycję od Świątek? Choć wygląda na to, że chętniej pracowałby z kimś takim jak Maja Chwalińska.
Maciej Synówka jest znany kibicom tenisa jako świetny ekspert i komentator. Kiedyś jako trener prowadził Belindę Bencić czy Barborę Krejcikovą. W rozmowie ze Sport.pl opowiada o życiu na tenisowych szczytach i o tym, dlaczego z tego życia zrezygnował. - Czułem się wypalony. W 2019 roku byłem młodym trenerem, który przepracował siedem lat bez przerwy z kilkoma tenisistkami ze światowej czołówki - mówi.
I z tych kilku lat zebrał wiele doświadczeń. Coco Vandeweghe nieraz wybierała plażę zamiast treningu, a na koniec kazała swojemu trenerowi "spier..." i tak zakończyła tę współpracę. Mirjana Lucic-Baroni chciała się pożegnać tuż po wygranym meczu, po tym jak trener na nią nakrzyczał. - Wiedziałem, że biegnie, żeby mnie zwolnić - wspomina Synówka. - Wzięła głęboki wdech, roześmiała się i powiedziała: "Masz szczęście, że się wytłumaczyłeś, bo naprawdę chciałam to zrobić" - wspomina w długiej i szczerej rozmowie trener.
Łukasz Jachimiak: Zacznijmy od cytatu z Jolanty Rusin-Krzepoty, kiedyś trenerki przygotowania fizycznego Igi Świątek, a dziś Ukrainki Marty Kostiuk. "Po Idze wzięłam długi urlop. Musiałam odpocząć, stąd wyłączenie się z pracy na około rok. To był czas, kiedy zrozumiałam ludzi, którzy chcą mieszkać w lesie i rozmawiać z wiewiórkami".
Maciej Synówka: Ha, ha, ha! Mocne!
Czy tobie, byłemu trenerowi m.in. Belindy Bencić i Barbory Krejcikovej, praca w tenisowym tourze dała się we znaki tak mocno, że chociaż jesteś poza tourem już siedem lat, to jeszcze czujesz wypalenie i nie chcesz wracać?
- To bardzo trudne pytanie. Absolutnie czułem się wypalony. W 2019 roku byłem młodym trenerem, który przepracował siedem lat bez żadnej przerwy z kilkoma tenisistkami ze światowej czołówki. I bardzo mocno czułem, że chciałbym już pobyć w swoim miejscu, wśród bliskich, ze znajomymi i z rodziną. Wtedy jeszcze nie tak wiele w porównaniu z dniem dzisiejszym mówiło się o zdrowiu psychicznym. A o wypaleniu trenerskim nie mówiło się prawie wcale. Tak, jakby to mogło dotyczyć tylko zawodników. Pamiętam, jaki się czułem osamotniony. Wiedziałem, że nawet wśród trenerów nie mam z kim o tym pogadać. Z wiewiórkami może nigdy nie rozmawiałem, ale bardzo potrzebowałem czasu, żeby się nauczyć bycia samemu ze sobą. Dziś to umiem, kiedyś nie umiałem. Kiedyś byłem tylko głodny bycia w tourze i czułem wielki głód sukcesu. Przeszedłem metamorfozę. I uważam, że najlepsze jest dopiero przede mną.
Nie jesteś już tak głodny sukcesu, że byłbyś w stanie zrobić to, co zrobiłeś we współpracy z Coco Vandeweghe? Czyli zamieszkać w domu tenisistki z jej rodzicami i dziadkiem, żeby wyciskać z niej wszystko, co najlepsze w treningu?
- Nie wiem.
Cytowałem Jolę Rusin-Krzepotę, a teraz zacytuję ciebie. Kiedyś tak mi opowiedziałeś o rozstaniu z Coco: "W trakcie meczu powiedziała mi 'Spierd***j' w odpowiedzi na mój coaching. Potem po meczu zapytałem: 'Czy miałaś na myśli to, co powiedziałaś?' Ona powiedziała: 'Tak, powiedziałam to, co myślałam, kazałam ci spierd***ć i najlepiej teraz też spierd***j'. Tego samego dnia się spakowałem, wyleciałem z turnieju i tak skończyliśmy współpracę". Koniec cytatu i teraz pytanie: czy to był największy kop, jakiego dostałeś?
- Absolutnie nie. Byłem młodym trenerem i dla mnie to było niedopuszczalne, że zawodnik może tak powiedzieć. Wtedy nie wiedziałem, jak się zachować. To był mój czwarty rok w tourze, miałem praktycznie same sukcesy i byłem przekonany, że to ja mam rację, a nie Coco. Teraz pewnie racja by zeszła na drugi plan i zupełnie bym nie reagował na takie słowa podopiecznej. Pewnie zadałbym sobie pytanie, dlaczego tak mówi, dlaczego ma potrzebę, żeby tak się do mnie odezwać w trudnym momencie. Tamta sytuacja to były emocje. Dużo gorsze są takie rzeczy, jak to, że ktoś się z tobą rozstaje przez menedżera, a nie osobiście. To z Coco było normalnym, twardym, sportowym rozstaniem.
Normalnym? Mimo wszystko chyba za bardzo to normalizujesz. Nie wierzę, że nie czułeś, że za poświęcenie spotkała cię niewdzięczność.
- Ale naprawdę dziś nie pamiętam tamtego okresu jako dużego rozczarowania. Przeciwnie, wspominam tamten czas jako sukces. Popatrz, jak reaguje Iga Świątek. Dla mnie to jest oczywiste, że ona po prostu chce wygrywać, a trener to dla niej ktoś, kto ma jej dostarczyć narzędzia, żeby wygrywała cały czas. Z Aryną Sabalenką jest podobnie. I z Coco Gauff. Z każdą ambitną zawodniczką. Takie zachowania to jest jakaś cena. Właśnie tego z tamtego okresu swojej trenerskiej pracy się nauczyłem. I dziś ze współpracy z Coco Vandeweghe bardziej niż burzliwy koniec pamiętam, że jako trener z Polski nagle znalazłem się w chyba najlepszych warunkach do treningu, jakie widziałem. Bo to była piękna Kalifornia. Nie zapomnę, jak na pierwszej rozmowie zapytałem Coco, jak trenuje. Ona mówi: "Rano mam trening", ja pytam, o której rano, a ona odpowiada "Różnie, zależy, jak wstanę". Po czym mówi, że drugi trening zależy od pogody, a ja się zastanawiam, co tam się złego może dziać z pogodą. I co się okazuje? Że jak jest bardzo ładnie, to Coco woli iść na plażę niż na trening.
Z drugiej strony tam był wujek, który jako sponsor powiedział mi, że wszystko, czego potrzebuję, dostanę, tam był najlepszy ośrodek przygotowań motorycznych, no i miałem zawodniczkę, która była wybitną atletką, pochodzącą z rodziny amerykańskich olimpijczyków [mama Coco reprezentowała USA w pływaniu] i koszykarzy NBA. Widziałem, że ta dziewczyna ma kapitalne warunki, więc nic tylko pozostawało mi ją zmotywować do ciężkiej pracy. I to zrobiłem.
Uważam, że pod wieloma względami czas z Coco był jednym z najlepszych w mojej trenerskiej karierze. A że się rozpadło? Ja byłem młodym trenerem, ona jeszcze młodszą zawodniczką, nie umieliśmy dobrze spędzać ze sobą czasu i się nie pozabijać. Wtedy myślałem, że muszę być z zawodniczką non-stop, że muszę jej pilnować, cisnąć. A dziś jestem o 10 lat starszy i mam inną perspektywę. Dziś byłbym w stanie nawet współpracować z innym trenerem i zgodzić się na określoną liczbę tygodni pracy z daną zawodniczką. Dziś w stu procentach rozumiem Igę ze skwaszoną miną i krzyczącą coś na trenera. Dziś rozumiem, jak Goran Ivanisevic mówi, że Novakowi Djokoviciowi zdarzało się wykrzykiwać do niego niedopuszczalne rzeczy w trakcie meczów, ale on rozumiał, że po prostu Novak potrzebował pewne rzeczy z siebie wyrzucić i robił to właśnie tak, a więc że koniec końców to jednak było dopuszczalne.
Miałeś w późniejszych latach tak chamskie odzywki swojej zawodniczki i zareagowałeś już inaczej?
- Z Mirjaną Lucic-Baroni miałem ciekawe coachingi. To był okres, w którym trener mógł zejść na kort i porozmawiać z zawodniczką. Dobrze pamiętam, jak w 2016 r. Mirjana grała w Montrealu z Angie Kerber, wówczas numerem jeden na świecie, i poprosiła mnie na dół, na coaching. Przyszedłem, już chciałem zacząć mówić, a ona zarządziła: "Cisza!". I przez całe półtorej minuty mówiła, co źle robi, po czym podsumowała: "Wygadałam się, a teraz mogę iść grać". Cały mój coaching zamknął się w stwierdzeniu "To idź i graj".
Inny przykład: w tamtym samym sezonie w Strasburgu Mirjana zapomniała się zgłosić do turnieju, a miała ranking, który by jej dawał prawo gry. Przez to, że zapomniała, musiała zagrać dodatkowe dwa mecze w eliminacjach. Ustaliliśmy, że trudno, nie ma narzekania. Wylosowała jedną z sióstr Kiczenok, deblistkę, była zdecydowaną faworytką, mecz przez pogodę został przeniesiony do hali bez trybun, a ja jako trener siedziałem na zwykłym krzesełku przy samiutkim korcie. I nie mogłem wytrzymać tego, co robiła. Zupełnie nie trzymała się taktyki, grała fatalnie. "To jest niegodne! To jest niedopuszczalne i niegodne!" – drę się do niej po secie przegranym 4:6. Efekt jest taki, że następne sety wygrywa błyskawicznie 6:2 i 6:1, zbija piątkę przy siatce z Kiczenok i z sędzią, i biegnie w moją stronę, a ja wiem, że biegnie, żeby mnie zwolnić. Wtedy wstaję, wyciągam przed siebie rękę, w takim geście, żeby ją zatrzymać i kiedy ona staje, mówię tak: "Mirjana, wszystko wiem. Wiem, że biegniesz, żeby mnie zwolnić, ale pozwól, że ci wytłumaczę. Powiedziałem tak, bo uważałem, że potrzebowałaś mentalnego kopniaka". Wiedziałem, że słowo "godność" na nią bardzo działało. Wzięła głęboki wdech, roześmiała się i powiedziała: "Masz szczęście, że to wyjaśniłeś, bo naprawdę biegłam do ciebie, żeby cię zwolnić".
Brakuje ci tego? Czasami widząc cię w roli komentatora i eksperta, zastanawiam czy wrócisz do touru. Masz dopiero 40 lat, a już duże doświadczenie - mógłbyś spokojnie być w tourze, ale chyba z jakichś względów nie chcesz?
- Faktycznie jak na 43 lata, doświadczenie mam spore. Pracę z tenisistkami ze światowej czołówki zacząłem już w 2012 roku. Wtedy trenerem i Agnieszki, i Urszuli Radwańskich był Tomek Wiktorowski, ale gdy Agnieszka awansowała na drugie miejsce w światowym rankingu, to uznał, że już nie jest w stanie łączyć pracy z obiema siostrami i poprosił mnie, żebym się zajął Ulą. Poszło nam świetnie. Pierwszy rok to był awans w rankingu WTA z miejsca 97. najwyżej na 29. Rok 2012 Ula skończyła jako 31. tenisistka świata, to był nasz duży sukces. Po czym przyszła stabilizacja. Urszula rok 2013 skończyła na 43. miejscu. I mnie zwolniła.
I już nigdy nie zbliżyła się do takich wyników, choć gra do dziś.
- Tak, ale zostawmy to. Wiesz, jak nawiązałem następną współpracę?
Wiem, że menedżer Coco Vandeweghe zapytał, czy nie chciałbyś zostać jej trenerem, jeszcze gry prowadziłeś Radwańską. Odpowiedziałeś "No fucking way". A wkrótce podpisałeś umowę z Amerykanką.
- Tego menedżera poznałem w Stambule, podczas kończącego sezon turnieju Masters, gdzie pojechałem kibicować Agnieszce Radwańskiej. Wtedy jeszcze byłem trenerem Uli i byłem przekonany, że tak będzie dalej. Menedżer, z którym się zaprzyjaźniłem, przyjechał tam ze Sloane Stephens, rezerwową w turnieju mistrzyń. Obaj mieliśmy dużo czasu, luźno i szczerze sobie rozmawialiśmy i gdy zapytał, co myślę o jego innej tenisistce, Coco Vandeweghe, to powiedziałem mu moją opinię. Coco poznałem, bo dwa razy grała z Ulą – raz wygrała i raz przegrała. Mimo że postawiłem sprawę jasno, facet dał mi swoją wizytówkę i poprosił, żebym zadzwonił, jeśli zmienię zdanie. Odpowiedziałem, że nie ma na to szans, a zaraz po tym miałem spotkanie podsumowujące sezon z Urszulą, zostałem zwolniony, i wracając ze Stambułu zadzwoniłem powiedzieć, że jednak wezmę tę pracę z Coco. To był piątek, a w poniedziałek już lądowałem w Kalifornii.
Chęć trenowania zawodniczek z pierwszej setki światowego rankingu w tamtym okresie mojego życia była dla mnie absolutnie najważniejsza. To mi dawało możliwość pracy na turniejach wielkoszlemowych, bycia w świecie wielkiego tenisa. Zależało mi tak bardzo, że pojechałem do Coco na sześciotygodniowy okres próbny, a od razu zostałem ponad sześć miesięcy, w ogóle przez ten czas nie wracałem do kraju. Zrobiliśmy szybki skok rankingowy z początku drugiej setki na 32. miejsce. I wtedy uznałem, że jestem najlepszym trenerem, jakiego znam!
Sodóweczka?
- Może trochę. Ale szybko byłem sprowadzany na ziemię. Pamiętam, jak zabolało, gdy polecieliśmy na Australian Open 2014 i w pierwszej rundzie eliminacji Coco grała pierwszy mecz całego turnieju. Spotkanie z Anastasiją Rodionową otwierało całą rywalizację, bo jako jedyne było wyznaczone na godzinę 11, a wszystkie następne mecze ruszały o 12. Coco przegrała 4:6, 4:6 i my już byliśmy poza turniejem, gdy on się dopiero zaczynał. Później turniej główny oglądaliśmy, siedząc przed telewizorem i mnie denerwowało, że ona na to patrzy taka zrelaksowana. Powiedziałem jej wprost, że to jest najgorszy czas w jej życiu, bo powinniśmy teraz być na tym turnieju i próbować go wygrać. Trafiłem do niej na tyle, że rok później przed Australian Open zapisała sobie taki cel, że chce dojść do drugiego tygodnia. Byliśmy blisko – w drugiej rundzie wyeliminowała rozstawioną z numerem 20 Samanthę Stosur. Wygrała 6:4, 6:4. Niestety, w trzeciej rundzie w roli faworytki Coco wypadła dużo gorzej i przegrała z Madison Brengle. A później po wówczas życiowym wyniku w szlemie przyszedł trudniejszy dla niej czas gry na kortach ziemnych i w jednym z meczów pokłóciliśmy się tak bardzo, że to był koniec.
To już omówiliśmy.
- Po tamtej sytuacji znowu błyskawicznie dostałem pracę. Dosłownie przed kłótnią z Coco spotkałem się w siłowni z Mirjaną Lucić-Baroni, z jej mężem i z jej sparingpartnerem i świetnie nam się rozmawiało. Jak się Mirjana dowiedziała, że zakończyliśmy współpracę z Coco, to od razu do mnie zadzwoniła i zaproponowała, żebym ją poprowadził. To było bardzo ciekawe, bo Mirjana to mój rocznik, jest ode mnie o pół roku starsza. Decydując się na jej prowadzenie, stałem się bardzo młodym trenerem, który już miał doświadczenie pracy z bardzo dobrą tenisistką defensywną, jaką była Ula, z ultraofensywną Coco, a po dwóch bardzo młodych zawodniczkach na wznoszących dostałem tenisistkę będącą bliżej końca kariery i nagle musiałem się nauczyć całkiem innego coachingu, bardziej partnerskiego.
Nie zapomnę, jak na samym początku chciałem, żebyśmy trenowali wcześnie, o siódmej rano. Mirjana mi powiedziała, że jej mąż prowadzi restaurację, jest z pochodzenia Włochem, więc co wieczór zakłada swój włoski garnitur i idzie do gości, a wraca o pierwszej-drugiej w nocy i wtedy razem jedzą kolację, w związku z tym nie ma szans, żeby ona przyjeżdżała o siódmej na treningi. To ja musiałem się dostosowywać do niej, a nie odwrotnie. I dużo się też dzięki temu nauczyłem.
Po sześciu latach czułem, że mam naprawdę spore doświadczenie. Wtedy podjąłem współpracę z bardzo obiecującą Belindą Bencić. Niestety, szybko się skończyło przez jej kontuzję. Wkrótce trafiłem do Barbory Krejcikovej.
I między innymi wspólnie z nią i Igą Świątek bawiłeś się na balu dla mistrzów Wimbledonu.
- Zgadza się, Barbora wygrała turniej deblistek w 2018 roku, a Iga została wtedy mistrzynią turnieju dziewcząt. Gala była piękna, ale generalnie ja się dobrze nie bawiłem ani prowadząc Barborę, ani w całym roku 2018. Poczułem się wypalony.
Co złego się działo?
- Po krótkiej pracy z Bencić przez moment byłem trenerem Christiny McHale, później pracowałem z Krejcikovą i kolejna współpraca, z Fanny Stollar, również była krótka. Po czasie wiem, że nie dawałem tej samej jakości. Musiałem przestać. I tak przez kolejny rok w ogóle nie zajmowałem się tenisem. Nawet nie prowadziłem młodzieży, od czego zaczynałem jeszcze zanim Tomek Wiktorowski zaproponował mi współpracę z Urszulą.
Z dzieciakami musiało iść ci bardzo dobrze, skoro Wiktorowski cię dostrzegł.
- W pewnym momencie moi 16-letni zawodnicy zajmowali sześć miejsc w top 10 rankingu ogólnopolskiego. Wtedy zadzwonił do mnie szef wyszkolenia Polskiego Związku Tenisowego Wojciech Andrzejewski i zapytał, czy chciałbym zostać trenerem reprezentacji Polski do lat 16. Oczywiście chciałem. To był 2005 rok, tenisiści byli objęci świetnym programem – wszyscy w kadrze mieli zapewnioną pomoc różnych fachowców, w tym psychologa, a najlepsi dostawali rocznie od 50 do 250 tysięcy złotych.
To był czas, gdy w polskim tenisie działał jeden z najbogatszych Polaków, Ryszard Krauze?
- Tak, program wspierała firma Prokom. To był czas kształtowania się wielu polskich świetnych zawodników, jak Agnieszka i Ula Radwańskie, Mariusz Fyrstenberg, Marcin Matkowski, Michał Przysiężny czy trochę później Jerzy Janowicz. To był też czas powstawania i rozwoju polskiej myśli trenerskiej. Tomek Wiktorowski był trenerem kadry dziewcząt do lat 16. I tak poznał Agnieszkę oraz Ulę. A później, gdy został ich prywatnym trenerem, poprosił mnie o przejęcie Uli.
Ile mówisz dostawali najlepsi zawodnicy rocznie?
- Do 250 tysięcy złotych. Taki budżet miała Agnieszka Radwańska, taki miała też na pewno Ula. Obie były świetnymi juniorkami, obie wygrywały turnieje wielkoszlemowe.
A ty dostawałeś cztery tysiące złotych miesięcznie?
- Tak. I byłem szczęśliwy. Wtedy pieniądze się dla mnie nie liczyły.
Wierzę. Pieniądze pewnie nie były też dla ciebie najważniejsze wtedy, gdy po Radwańskiej mimo obaw wszedłeś we współpracę z Vandeweghe. A czy teraz jest trochę tak, że jeśli miałbyś wrócić do touru, to tylko za konkretną kwotę? Zastanawiam się, czy nie ma już w tobie tej determinacji, jaka była kiedyś, czy ty się nadal czujesz wypalony jako trener, czy urządziłeś sobie fajnie życie w inny sposób i skusić cię na powrót do touru mogłaby tylko jakaś oferta nie do odrzucenia?
- Zmieniły się dla mnie proporcje. Wcześniej jakość mojego życia oceniałem na podstawie wyników w tourze. Teraz rodzina, dom i najbliżsi określają tę jakość. Praca jest dla mnie ważna, ale zmieniły się proporcje, w jakim stopniu pozwalam, aby wpływała na mnie. Bycie w tourze, czyli wśród najlepszych zawodniczek i trenerów na świecie, wiąże się z twardą pracą i presją. Tej części chcę i ją rozumiem. Tym, co się we mnie zmieniło, jest podejście do ludzi, czyli to, z kim chcę tę pracę wykonać. Przez wiele lat elektryzowała mnie możliwość współpracy z nazwiskiem z touru, przyjmowałem każdą prośbę o rozmowę i w trakcie dostosowywałem się do potrzeb. Teraz wiem, że kluczowe jest znalezienie zawodniczki, która chce być "coachable". Ten ostatni rok w tourze, czyli 2018, był dla mnie ogromnie trudny, stąd zmiana mojego podejścia.
2018 rok to McHale, Krejcikova, Stollar – a z każdą pracowałeś tylko po trzy-cztery miesiące?
- Zgadza się. Potrafiłem przyjąć ofertę od menedżera przez telefon, lecieć na inny kontynent do McHale, o godzinie siódmej rano poznawać ją przy śniadaniu, po czym o dziesiątej już jechać razem na pierwszy mecz.
Coraz mniej się dziwię, że w pewnym momencie ci się tego wszystkiego odechciało.
- Ostatecznie to się stało po krótkiej współpracy z Fanny Stollar. Zacząłem z nią pracować już tydzień po tym, jak się rozstaliśmy z Krejcikovą. Zobaczyłem ją i pomyślałem, że to jest tenisowy czysty diament. Miała pieniądze na rozwój dzięki dobrym działaniom węgierskiej federacji. W tamtym czasie Węgrzy rozwinęli talenty m.in. Martona Fucsovicsa, Timei Babos i Anny Bondar. Fanny miała niesamowity serwis i niesamowity forhend, od 16. roku życia była szkolona przez Nicka Bolleterego w jego akademii. Sam osobiście ją trenował, bo był nią zachwycony. Ale, niestety, w ogóle nie była poukładana. Szło nam bardzo dobrze, pojechaliśmy do USA, pograliśmy i razem wracaliśmy do Europy, tylko w różne miejsca i ona miała lot sześć godzin po mnie. Wylatywaliśmy z Houston, pożegnaliśmy się, wylądowałem w Warszawie, włączyłem telefon i patrzę, a tam 20 niedobranych połączeń od jej mamy i jej menedżera. Oddzwaniam i się okazuje, że oboje szukają Fanny, bo widzą po kartach pokładowych, że nie weszła do samolotu. Dziewczyna zniknęła. Okazało się, że nic nikomu nie mówiąc, poleciała do swojego chłopaka.
Takie pozatenisowe rzeczy dały mi się mocno we znaki. Pod koniec pracy w tourze wiedziałem, że jak weźmiemy sto najlepszych tenisistek świata, to z góra dwudziestoma z nich można normalnie pracować. Dlatego świadomie się z tego wszystkiego wypisałem. Zająłem się innymi rzeczami. Ale teraz uważam, że idzie nowa fala i jednocześnie czuję, że jestem dziś lepszym szkoleniowcem, niż byłem wtedy, gdy cały czas pracowałem w tourze.
To ja ci teraz wejdę na ambicję i rzucę cytat z Kazimierza Górskiego. "To jest dobry trener, tylko wyników nie ma".
- Świetny cytat. Zgadzam się z nim. Ale mnie nie dotyczy, ponieważ zawsze miałem wyniki, nawet w tych krótkich współpracach.
A może ty nie wracasz, bo odrzucasz wszystkie opcje, czekając na Igę Świątek?
- Ha, ha! Nie, w żadnym wypadku. Prawda jest taka, że wrócę do touru tylko wtedy, kiedy będę pewny, że chcę. Wcześniejsze współprace pozwoliły mi zbudować własny obiekt, Lechia Tennis Club w Gdańsku. Ta inwestycja spowodowała, że spełniłem swoje marzenie, aby z trenera zostać właścicielem klubu. Tu mogę rozwijać się trenersko pod zupełnie innym względem. Za mną duże, międzynarodowe współprace, teraz buduję coś lokalnie. Tak zaczynałem na Dolnym Śląsku z nastoletnimi chłopakami, i dzięki temu awansowałem, rozwinąłem swój warsztat trenerski. Teraz jestem właścicielem obiektu, szefem klubu i zarazem trenerem. Tak działam od października 2025 roku. I jestem przekonany, że mam u siebie tak silną strukturę, że ona może być fundamentem do zbudowania współpracy z zawodniczką z touru, z którą podejmę współpracę.
Czyli chcesz wrócić do touru, dając tenisistce w pakiecie siebie i bazę do treningu?
- Dzięki tej inwestycji mogę przygotować taką ofertę dla obiecującej tenisistki.
A może być tak, że już nigdy nie wrócisz do touru? Zacząłeś coraz mocniej żyć poza tenisem. Opowiesz o swoich wolontariatach w Afryce? Po latach w tobie, chłopaku, który połowę dzieciństwa spędził w RPA, obudziła się świadomość, że możesz w Afryce zrobić wiele dobrego?
- To jest coś, co zdecydowanie zawsze we mnie było. Mam o dwa lata starszego brata, który od urodzenia jest niewidomy. Myślę, że to we mnie zbudowało dużą wrażliwość. Pod wieloma względami mi to pomogło. Mam ogromną potrzebę bycia wśród ludzi, słuchania tego, co mówią. Zawsze mam świadomość, że obok są ludzie, którym można pomóc.
Jak to się w ogóle stało, że jako siedmio- czy ośmiolatek wyprowadziłeś się z rodziną z Polski do Republiki Południowej Afryki?
- To był koniec lat 80., czas wielkich migracji z Polski. W RPA było wtedy tak, że jeden dolar miał wartość czterech randów, ale jak inwestowałeś pieniądze z Europy, to dostawałeś bonusowego randa. Zrobiono u nas rodzinną zbiórkę i cała rodzina wyemigrowała. Ten kierunek wydawał się bardzo egzotyczny, ale Republika Południowej Afryki była wtedy najbardziej technologicznie i infrastrukturalnie rozwiniętym krajem Afryki. Zresztą do dzisiaj jest wyjątkowym miejscem, do którego uwielbiam wracać. Zawsze mówię, że Kapsztad to jest moje miejsce na ziemi. A Afryka jest prostsza na co dzień, jeżeli chodzi o życie. Widać tam normalne relacje, emocje, podejście do takich rzeczy, jak codzienność, życie, śmierć. Kiedy dwa lata temu pierwszy raz wyjechałem na wolontariat do Kenii, to poznałem tam rodzinę, w której było czterech synów. Oni razem prowadzili szkołę. Dziś dwóch z nich już nie żyje. Jeden dostał kulę podczas zamieszek, które wybuchły w parlamencie po tym, jak nagle w kraju podniesiono podatki o 20 proc. i z miejsca 250 osób zaczęło szturmować parlament. Snajperzy zaczęli do tych ludzi strzelać, dziesięciu zabili, a wśród nich był ten mój znajomy. A drugi z braci zmarł pół roku temu z powodu niewydolności nerek. Tam prawdziwym problemem jest to, o czym my w Europie nawet często nie myślimy.
Jakie są twoje zadania, gdy przebywasz na wolontariacie w Kenii?
- Prowadzę wszechstronne zajęcia, od wychowania fizycznego, do rozmów o emocjach, o psychologii. Poza tym pomagam przy budowie studni, remontach w szkole czy robieniu dla dzieci placu zabaw. Gram z nimi w piłkę, rozmawiamy o taktyce, dyskutujemy o sporcie, oni to kochają.
Zazwyczaj jak już jesteśmy na miejscu, a jest to grupa między szóstką a dziesiątką wolontariuszy, to wspólnie ustalamy program działań, tak żeby jak najlepiej wspomóc lokalne środowisko. Teraz na przykład się martwię, że studnia, której budowę ostatnio zaczęliśmy, jeszcze nie jest zrobiona, choć minęło kilka miesięcy, odkąd tam byłem. Taka jest specyfika Afryki – pękają rury, brakuje sprzętu. A wszyscy bardzo na tę studnię czekają. Dyrektor szkoły mówi, że jej powstanie diametralnie zmieni sytuację. To spowoduje, że skoro dzieci będą miały się gdzie umyć i będą mogły prowadzić własny ogród, w którym będą mogły posadzić swoje warzywa i owoce, to też będą się uczyły w szkole. Już początek budowy studni sprawił, że liczba uczniów zapisanych do szkoły zwiększyła się z 300 do aż 500. Ludzie wiedzą, że powstanie fajne miejsce, w którym warto być, bo dzięki niemu będzie można coś w życiu zrobić. Popatrz, to jest taka prosta rzecz, a tyle zmienia.
Jak często tam jeździsz?
- Byłem dwa razy: w październiku 2024 roku i równo rok później. I zamierzam jeździć regularnie. Nawet gdybym wrócił do pracy trenerskiej w tourze, to chciałbym tak sobie wszystko zorganizować, żeby w tym dalej być. Bo pomoc to jest zdecydowanie naturalna rzecz, która jest we mnie. Szczerze? Pomaganie i wykłady motywacyjne dające mi możliwość spotkań z młodzieżą i przemawiania do niej, to są dziś dla mnie sprawy równie ważne, co tenisowy coaching.
A wracając do Kenii, to miejsce, w którym pomagam, nazywa się Ololulunga Vision Academy. To jest pośrodku niczego, 250 km od Nairobi.
Jak tam trafiłeś?
- Jest dwóch świetnych chłopaków: Maciej Pieczykolan i Wiktor Karbowiak - jeden jest operatorem filmowym, a drugi reżyserem. Ten reżyser uczył się w szkole w Londynie i razem z Kenijczykiem poleciał do Kenii, żeby zrobić pracę magisterską w postaci dokumentu. Tak ich poruszyła historia dzieci, które poznali na miejscu, że chcieli pomóc. W ten sposób zrodziła się idea wolontariatu. To było dziesięć lat temu. Ja dołączyłem po tym, jak poznałem chłopaków na sesji dla Vistuli. Kamerzystą i reżyserem byli ci dwaj ludzie. Oni na mnie długo czekali, nie od razu zdecydowałem się na te wyjazdy. Ale dziś wiem, że na pewno nie rzuciłbym tego i innych rzeczy, które robię w życiu, żeby wrócić do takiej pracy, jaką miałem kiedyś. Jeżeli miałbym naprawdę wrócić do cyklu WTA, to przede wszystkim po to, żeby komuś pomóc, żeby po udanym meczu przybić piątkę i żeby później móc opowiadać o tym sukcesie komuś, kto potrzebuje usłyszeć o sukcesie.
Super, że twoją główną motywacją nie jest chęć zarobienia. Bo, jak rozumiem, będąc szefem klubu tenisowego i pracując jako telewizyjny ekspert, masz z czego żyć.
- Uważam, że każdy z nas powinien sobie ustalić taką realną granicę czy realną kwotę, jakiej potrzebuje. Bo z pieniędzmi jest tak, że zawsze można ich mieć i chcieć więcej. Nie wiem, czy jestem majętnym człowiekiem, czy nie jestem majętnym człowiekiem, ale na pewno mam wszystko, czego potrzebuję. A czy mam duże potrzeby? Jeżdżę trzynastoletnim samochodem, z którego jestem bardzo zadowolony. Jak czasami siadam i sobie myślę o rzeczach, które chciałbym mieć, to jest ich więcej niż mam, ale nauczyłem się, że rzeczy, które się zdobywa jakimś wysiłkiem, są o wiele bardziej wartościowe niż te, które się po prostu kupuje albo dostaje. Więc staram się dbać o tę grubą linię oddzielającą to, co jest dla mnie ważne od tego, co ktoś mi podsuwa jako dla mnie ważne. I oczywiście taka finansowa codzienność polegająca na organizacji wszystkiego też mi towarzyszy każdego dnia tak, jak większości ludzi.
Zarabiałeś po mniej więcej dwa tysiące euro tygodniowo?
- Dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają.
Zrobiłeś oszczędności?
- Zrobiłem.
Ale milionerem się nie stałeś, bo żeby nim się stać, musiałbyś być tenisistą na takim poziomie, na jakim byłeś trenerem?
- Dokładnie tak.
Opowiesz o swoich rodzicach? To dla mnie fascynujące, że pod koniec lat 80. małżeństwo z dwoma małymi synami zdecydowało się wyjechać do RPA i żyć tam przez kilka lat. Czym twoi rodzice się zajmują zawodowo?
- Była w nich chęć poznania lepszego życia. I odwaga. Ojciec jest starym AWF-iakiem. Swoją taką trenerską postawę wobec ludzi i prosportowe nastawienie zawdzięczam rodzicom, a zwłaszcza ojcu. Kiedyś w jednej z psychologicznych książek przeczytałem, że pierwszym podstawowym wzorcem sportowym, szczególnie dla chłopaka, ale myślę, że dziewczyn to też dotyczy, jest to jakim kibicem jest tata. Jeżeli tata siada, otwiera puszkę piwa i krzyczy "Oj, znowu ci piłkarze nie potrafią grać", no to taką postawę przyjmuje też dzieciak. A jeżeli rodzic jest prosportowy, zakłada dres, trampki i ciągnie swoje dziecko ze sobą na zajęcia sportowe, to to jest dobry wzorzec, który dziecko dostaje. Ja mam taki wzorzec z domu. Znamienne dla mnie są słowa mojego taty, które mi powiedział, jak miałem 17-18 lat i już wiedziałem, że nie będę wybitnym tenisistą. Tata mi wtedy powiedział tak: "Może nie jesteś wybitnym tenisistą, ale będziesz świetnym trenerem". Ja wtedy kompletnie nie wiedziałem, co to znaczy, najprawdopodobniej on to mówił po prostu z czystej miłości rodzicielskiej, aby zmotywować swoje dziecko, żeby mogło w coś uwierzyć. Natomiast natchnął mnie do tego stopnia, że na każdym kroku swojej kariery żyłem w przekonaniu i działałem z przekonaniem, że mogę być tym świetnym trenerem.
Jeżeli dziś ktoś mnie pyta, co jest silniejsze - czy motywacja wewnętrzna, czy działanie, czy talent, czy głowa, to jestem w stanie na wiele sposobów przekonać, że głowa jest najsilniejsza.
Mówisz o swoim ojcu w taki sposób, że myślę sobie, że sam byłbyś świetnym ojcem.
- Będąc młodym trenerem w tourze, zawsze słyszałem, że nie da się połączyć rodziny z pracą na najwyższym poziomie. Wcześniej zadałeś mi pytanie, czy brzydkie rozstanie z Coco po tym, jak włożyłem w to tyle wysiłku było dla mnie trudne. Powiedziałbym, że o wiele mocniejsze dla mnie, wręcz traumatyczne, było to ciągłe słuchanie, że młody mężczyzna spełniając swoje marzenia zawodowe nie będzie w stanie zbudować dobrego związku i mieć dzieci. Trenerzy opowiadali, jak trudna jest rozłąka z rodziną. Dziś dla mnie ważniejsze od wszystkiego jest to, że z moją partnerką staramy się o dziecko. Bardzo chciałbym zbudować rodzinę. To jest mój priorytet.
Powiem szczerze: jestem na tym targowisku, które się nazywa cyklem WTA. Rozmawiam, rozważam, ale jak kiedyś od razu po pytaniu jednego czy drugiego menedżera, czy w ogóle jestem zainteresowany, odpowiadałem „Tak, oczywiście", tak dzisiaj odpowiadam: "Daj mi chwilę, wysłucham wywiadów, obejrzę trochę meczów, a potem przygotuję jakieś pytania, które będę chciał ci zadać o twoją zawodniczkę, bo muszę wiedzieć, czy to jest ktoś, komu naprawdę będę chciał poświęcić swój czas". Tak jest uczciwie i wobec tego, z kim miałbym pracować, i wobec siebie. To jest moja metamorfoza.
Powiesz, z kim chciałbyś pracować? Proszę o nazwiska.
- Powiem ci, że niedawno rozmawiałem na temat zawodniczki, która mi się bardzo podoba. Nie zdradzę ci, kto to, nie mogę. Jej menedżer dał mi jakiś insight, przesłuchałem kilka wywiadów i zauważyłem, że ta zawodniczka nie jest pewna siebie, że jest olbrzymią outsiderką. Wyobraź sobie kogoś, kto ma niesamowity talent, wie, że jest dobry w tym, co robi, bo wygrywa mecze, ale jednocześnie z każdej strony słyszy: "Zmień to, zmień tamto", więc ma podbijane to bycie outsiderką. Napisałem do tego menedżera, że zadaniem dla jej trenera jest kultywowanie tego, kim ona jest, co ja wyróżnia względem touru i ukierunkowanie tej inności tak, aby mogła dzięki niej budować pewność siebie.
To nie jest Maja Chwalińska, ale Maja to świetny przykład, żeby wyjaśnić, o co mi chodzi. Gdybyś wyciągnął z tenisa element siły, to Maja pewnie ograłaby każdego. To jest mini wersja Martiny Hingis. Jest niesamowita pod względem budowania akcji. Rozbija rywalkom plan A. Ona się musiała nauczyć rozbijać czyjeś plany, bo inaczej byłaby spychana z kortu. Maja to tenisistka mniejsza od wszystkich. A jej najlepszą koleżanką jest najsilniejsza, najsprawniejsza i jedna z najlepszych zawodniczek w historii tenisa, czyli Iga Świątek. Iga może robić wszystko, a Mai każdy mówi, że wszystko musi robić inaczej, żeby się przeciwstawić silniejszych rywalkom. I ona mimo tych ograniczeń chce jakoś zbudować swoją karierę. W wieku 19-20 lat przechodzi depresję. Wraca, gra dalej, nie poddaje się, idzie własną ścieżką. To inspirujące, jak Maję można w tym wesprzeć. Moim zdaniem u niej trzeba podbijać tę jej wyjątkowość. Trzeba jej dawać przykłady innych outsiderek, żeby była pewna, że się da, żeby w siebie uwierzyła.
Czy dobrze czytam między wierszami, że dla ciebie bardziej inspirujące byłoby poprowadzenie Mai Chwalińskiej niż Igi Świątek? Czy jednak Iga to jest szczyt szczytów i jak fascynująco nie wyglądałaby inna opcja, to jednak mogąc wybierać, postawiłbyś na pracę z wielokrotną mistrzynią wielkoszlemową?
- Każdy trener powinien dążyć do współpracy na najwyższym poziomie. Zarówno Igę jak i Maję traktuję jako zawodniczki, które wykonują swój zawód wśród najlepszych i walczą o najwyższe cele. Iga jest faworytką każdego turnieju, do którego przystępuje, jedzie po to, żeby go wygrać. To jest zupełnie inny level współpracy i chodzi o dodawanie takich elementów do jej gry, które pomogą jej nadal wygrywać. Ale generalnie Iga znalazła już swój przepis na wygrywanie, a Maja dopiero go odnajduje. U Mai jest większa przestrzeń do poprawy gry.