Turniej w Rzymie to jeden z najbardziej szczęśliwych dla Igi Świątek w całym tenisowym kalendarzu. Polka wygrywała tam już trzykrotnie. Teraz akurat wyjątkowo główną faworytką do triumfu nie będzie, ale kto wie? Być może to właśnie będzie dla niej moment przełamania w tym roku. W Madrycie nie mieliśmy tak naprawdę szansy się przekonać, czy nasza reprezentantka zacznie się rozkręcać. Panujący w stolicy Hiszpanii wirus, który zaatakował wiele zawodniczek i zawodników, m.in. Coco Gauff, nie oszczędził także Polki.
Ją akurat potraktował wyjątkowo brutalnie. Na tyle mocno, że gdy w III rundzie w starciu z Ann Li doszło do trzeciego seta, Świątek nie miała już sił walczyć. Przegrała trzy gemy z rzędu, a potem skreczowała, nie ukrywając, że choroba mocno dała jej w kość. Teraz przed turniejem w Rzymie na konferencji prasowej podzieliła się z dziennikarzami szczegółami tego, co działo się z nią w Madrycie.
- Dla mnie to był trudny turniej. Był naprawdę g******ny, dosłownie. Dzień przed meczem nie miałam na nic siły. Zresztą w dniu meczu też nie za bardzo, kompletny brak energii. 24 godziny później było już lepiej, choć wciąż nie mogłabym raczej grać na normalnym poziomie. Jednak po kolejnych dwóch dniach już się zregenerowałam. Musiałam tam zostać ciut dłużej przez to wszystko, bo to raczej nie jest bezpieczne, by podróżować, gdy jest się tak kruchym - powiedziała Świątek, cytowana przez portal Tennis World.
Pozostaje mieć zatem nadzieję, że w Rzymie ze zdrowiem Polki będzie już wszystko w porządku. Świątek w II rundzie zmierzy się z lepszą z pary Caty McNally - Daria Kasatkina. W III rundzie czekać ją może starcie z Emmą Navarro.