Półtora roku temu Katarzyna Kawa była powszechnie uznawana za bohaterkę meczu, w którym wspólnie z Igą Świątek dała Polsce awans do półfinału nieoficjalnych mistrzostw świata. Dziś po meczu Kawy jesteśmy niemal pewni, że smakiem będą się musieli obejść wszyscy ci, którzy pojechali do Gliwic na mecz Polska – Ukraina, licząc, że nawet pod nieobecność Świątek nasza reprezentacja może sprawiać piękne niespodzianki.
W piątek 10 kwietnia w Gliwicach Magda Linette przegrała z Martą Kostiuk (4:6, 0:6), a Katarzyna Kawa – z Eliną Switoliną (2:6, 1:6). Zero zaskoczenia. Obie Polki zmierzyły się z wyraźnie wyżej notowanymi rywalkami i nic dziwnego, że w meczu z Ukrainą przegrywamy 0:2. Wielka szkoda, że w biało-czerwonym stroju tym razem nie zagrała Iga Świątek. Ona tego samego dnia trenowała w Stuttgarcie, gdzie za kilka dni rozegra swój pierwszy turniej pod wodzą nowego szkoleniowca.
Miesiąc temu Świątek przegrała bardzo nerwowy, trzysetowy, mecz ze Switoliną w ćwierćfinale turnieju WTA 1000 w Indian Wells. Następnie, równo tydzień później, uległa Magdzie Linette w następnym "tysięczniku", w Miami. I od tamtego momentu naszej najlepszej tenisistki nie oglądaliśmy w żadnym turnieju.
W Gliwicach zrobiono wszystko, żeby Iga mogła zagrać. Wydano podobno aż 300 tysięcy złotych, żeby w hali na kilka dni stworzyć kort ziemny. To warunki bardzo podobne do tych, jakie panują w Stuttgarcie. W teorii Świątek mogłaby u siebie, w meczu swojej kadry narodowej, optymalnie przygotować się do rywalizacji w Stuttgarcie. Ale w praktyce Iga się na to nie zdecydowała. Uznała, że po zmianie trenera – miejsce Wima Fissette’a zajął Francisco Roig – potrzebuje przede wszystkim spokoju.
Gdyby Świątek pojawiła się w Gliwcach, znalazłaby się w samym centrum szaleństwa. Bez niej jest spokojnie – cztery, może pięć tysięcy widzów po prostu ogląda mecze tenisa. Ale gdyby w tych meczach brała udział Świątek, to na trybunach mielibyśmy komplet 12 tysięcy widzów. I ci wszyscy ludzie najpierw oczekiwaliby zwycięstw od najwyżej rozstawionej zawodniczki, a następnie polowaliby na autografy oraz zdjęcia Świątek. Natomiast wszyscy dziennikarze na pewno chcieliby wiedzieć, jak Idze pracuje się z jej nowym trenerem i jak w nowej roli czuje się ten szkoleniowiec, który aż 17 lat spędził, pracując z Rafaelem Nadalem. Tematem rozmów byłaby na pewno również rola Nadala – widzieliśmy, że na Majorce, w swojej akademii, jeden z tenisistów wszech czasów przez kilka dni z rzędu trenował ze Świątek, że służył jej radą, że naprawdę mocno się angażował.
Zamiast tego wszystkiego, Świątek ma spokój. Ma do tego prawo. Ale my nie powinniśmy mieć złudzeń, że bez niej Polska pod wodzą Dawida Celta wywalczy awans do grona ośmiu ekip, które we wrześniu będą walczyły o mistrzostwo świata w turnieju finałowym Billie Jean King Cup.
W sobotę w Gliwicach Ukrainki na 99 proc. dopełnią formalności. Bardzo możliwe, że już w pierwszym meczu tego dnia trzeci punkt, decydujący o ich zwycięstwie, zdobędą świetne deblistki, bliźniaczki Kiczenok. A jeśli nie, jeśli zdołamy zmniejszyć straty na 1:2, to nasze singlistki niestety nie prezentują aż tak wysokiej klasy, żeby zatrzymać Switolinę i Kostiuk. Widzieliśmy to w piątek. Ukrainki to odpowiednio numer 7 i 27 światowego rankingu WTA. U nas pod nieobecność Świątek i Magdaleny Fręch najwyżej notowana jest Linette – na 55. miejscu. A Kawa to numer 160. To tenisistka, która nigdy nie była w pierwszej setce.
- Cała ta sytuacja to było mnóstwo emocji i nagromadzonego zmęczenia oraz zaskoczenia. Totalnie nie wiedziałam, że północ minęła, więc byłam bardzo zaskoczona tym "Sto lat". I w ogóle tym, że ktokolwiek wiedział, że mam urodziny. Cała ta chwila była tak magiczna i tak wypełniona różnymi emocjami, że tak naprawdę nie do końca wiem, kto mi czego życzył – mówiła Kawa w rozmowie ze Sport.pl rok temu.
Wtedy wracaliśmy wspomnieniami do jednego z najpiękniejszych momentów w jej karierze. W listopadzie 2024 Polki dotarły do półfinału turnieju finałowego Billie Jean King Cup. W ćwierćfinale tak długo walczyły z Czeszkami, że skończyły go po północy. Tuż po decydującym meczu Kawa mogła zacząć świętować 32. urodziny. Wcale nie w prezencie, tylko naprawdę absolutnie zasłużenie, doświadczona tenisistka odbierała mnóstwo komplementów. Bo u boku Igi Świątek zagrała wspaniale przeciw Marie Bouzkovej i przede wszystkim przeciwko Katerinie Siniakovej. Kawa miała ogromny wkład w to, że Polki wygrały z deblem, którego szefową była aż 10-krotna mistrzyni wielkoszlemowa i mistrzyni olimpijska.
- Kapitan Dawid Celt wierzył we mnie, bo widział, że z Igą dobrze się zgrywamy i tenisowo na treningach, i też w takim sensie, że się dobrze dogadujemy, a to też jest bardzo ważne. Wychodząc na mecz, miałam wysoko zawieszoną poprzeczkę, no bo grając w parze z Igą, wiedziałam, że jak coś nie pójdzie, no to wiadomo, że cała wina spadnie na mnie, tak? Ale wiedząc o tym i tak bardzo chciałam zagrać ten mecz, absolutnie akceptowałam presję, która była we mnie – opowiadała nam Kawa.
Dziś jej słowa wracają jak dowód, ile znaczy dla reprezentacji Polski Iga Świątek. Może ktoś powie, że to banał, ale taka jest prawda – Świątek pomaga innym zawodniczkom wznieść się na wyższy poziom.
Celtowi, wciąż młodemu, ale już doświadczonemu trenerowi, trudno się dziwić, kiedy mówi, że chciałby z Polską wygrać całe Billie Jean King Cup. I że naszą kadrę na to stać. Ale jasne jest, że tylko pod jednym warunkiem – że jest w niej Świątek. Celt dobrze o tym wie, dlatego starał się przekonać Igę, żeby mimo wszystko wystąpiła teraz w meczu z Ukrainą. Nie udało się, dlatego wielkie plany i marzenia trzeba odłożyć. Nie ma co się łudzić, że w sobotę w Gliwicach stanie się cud. Tegoroczne finały BJKC nie są dla nas. Musimy czekać na lepszy, spokojniejszy czas Świątek. I z nią jeszcze raz spróbować podbić świat w którymś z następnych sezonów.