Ktoś – patrząc na wyniki - powie, że dwa wygrane mecze w Monte Carlo przez Huberta Hurkacza to za mało, żeby uznać, iż wydobył się on z dramatycznego kryzysu, w jaki wpadł miesiące temu. Zapaść groziła upadkiem, groziła zakończeniem kariery najlepszego polskiego tenisisty w historii, półfinalisty Wimbledonu, zawodnika, który przez trzy sezony okupował miejsca w najlepszej 10 rankingu ATP, szóstego na świecie w chwili kontuzji na Wimbledonie w 2024 r., która zapoczątkowała serię fatalnych zdarzeń.
Ktoś, kto oglądał mecze Hurkacza (ATP 74) w Monte Carlo – z Luciano Darderim (21.) i Fabianem Marozsanem (43.) i z Valentinem Vacherotem (23.) – może jednak pomyśleć, że wcale nie, że nastąpiło przesilenie, jakby Hurkacz wychodził z niemocy, w jaką wpadł przez kontuzje.
Może to być złudne odczucie – przecież Hurkacz świetnie zagrał na początku stycznia w United Cup, pokonał Taylora Fritza, Alexa Zvereva i Tallona Griekspoora, a potem przegrał siedem z ośmiu meczów, siedem kolejnych, aż do startu w Monte Carlo. Bo tenis – bodaj najbardziej konkurencyjny indywidualny sport na świecie - polega między innymi na tym, że przegrywasz, odpadasz; odpadasz, twój tenis eroduje, grasz gorzej; gorzej, masz mniej pieniędzy, zwalniasz trenera; grasz jeszcze gorzej, zwalniasz kolejnych w ekipie, osuwasz się. Czyli im częściej grasz, tym lepiej grasz, im mniej grasz, tym gorzej grasz. Proste i okrutne.
W Monte Carlo, czyli niejako grając u siebie, udało się Hurkaczowi rozegrać trzy mecze z rzędu, to już jest coś, już można złapać rytm, poprawić w warunkach meczowych coś, co nie wychodzi. Wciąż to jednak mało. Polak miał 10 szans na przełamanie Vacherota, lokalnego bohatera, wykorzystał dwie. Jego bekhend - zwykle stabilniejszy i groźniejszy niż forhend – zawodził go, nie dawał wielu piłek kończących (sześć "winnerów" i 18 niewymuszonych bekhendowych błędów). A forhend był, owszem, źródłem większej liczby "winnerów", ale i mnóstwa niewymuszonych błędów (12 i 26). To kwestia ogrania. Hurkacz dzięki zwycięstwu mógł awansować do najlepszej 50 rankingu ATP, ale wygrał Vacherot i awansował do najlepszej 20.
To jednak godny szacunku wynik po godnym szacunku wysiłku, żeby znowu liczyć się w światowym tenisie.
Kiedyś wspólnie z Dariuszem Wołowskim rozmawialiśmy z Hurkaczem, kiedy wracał do gry po pierwszej operacji, tej po upadku na Wimbledonie. Leżał na łóżku rehabilitacyjnym z igłami w kolanie i mówił o marzeniach powrotu na szczyt, triumfie w turnieju wielkoszlemowym, ale i o myślach o tym, co może robić w życiu, gdy powrót się nie uda. Nie wyobrażał sobie tego. Wszystko, co umie, to grać w tenisa. To było niezwykłe wyznanie.
Harował więc po 8-10 godzin dziennie na sali, na siłowni, na kortach, żeby wrócić. Kiedy wydawało się, że się uda, bum! Nokaut. Bo przecież wtedy zdarzyło się chyba najbardziej poruszające zdarzenie – takie, po którym można mieć depresyjne poczucie, że nie uciekniesz przed fatum. Doszedł do finału turnieju w Genewie, napięcie rosło, ale i entuzjazm. Przegrał w nim z Novakiem Djokoviciem po ciężkiej walce i tie-breakach. Djoković, niby na ostatnich nogach, potem doszedł do półfinału Rolanda Garrosa. A Hurkacz odpadł w I rundzie i wkrótce potem leżał w szpitalu na łóżku operacyjnym. Kolejna artroskopia kolana. Tego samego. – To największy dramat polskiego tenisa – mówił Wojciech Fibak, zawsze trzymający mocno kciuki za Hurkacza.
Znowu to samo, jakby deja vu: polska kultura zap... w rekordowym wydaniu Hurkacza. W wywiadzie dla ATP z marca tego roku Hurkacz mówił, że zasuwał już nie 8-10 godzin, ale 10-12 na "rehabie", w siłowni, na gimnastyce, na korcie. Od 8:30 do nocy: trochę tenisa, 1,5 godziny, dwie, potem wanna lodowa, przerwa, potem znów joga, rozciąganie, wizualizacje, psycholog. Codzienne pobudki z myślą, że dzisiaj będzie lepiej, i zasypianie z myślą, że jednak nie jest, i tak od poniedziałku do soboty z jedną jedyną w tygodniu luźniejszą niedzielą.
Hurkacz latał w te i wewte z Australii do Europy, z Europy do Ameryki Północnej, stamtąd na Karaiby, na Bliski Wschód, znów do Europy, szukając gry. Wystąpił nawet w deblu z Mateuszem Terczyńskim w challengerze w Cap Cana i Karenem Kaczanowem w Rotterdamie, choć debla zwykle unikał. Zwolnił trenera Nicolasa Massu, z którym się doskonale rozumiał. Nie mamy informacji o powodach rozstania. Złe wyniki to złe dochody z gry – to jest pewne (Ivan Lendl wciąż jest w ekipie jako mentor, dostępny zdalnie).
Hubert Hurkacz teraz miał grać w turnieju ATP 500 na kortach ziemnych w Monachium. Polski tenisista postanowił wycofać się z turnieju z powodu choroby. "Niestety, czuję się chory i nie mógłbym rywalizować na 100 proc. w Monachium, więc zdecydowaliśmy się wycofać i przygotować na Madryt. Dziękuję wszystkim za wsparcie" - poinformował Hurkacz.