Żyjemy w czasach wyjątkowych sukcesów polskich tenisistów, nie tylko Igi Świątek. Kolejne osiągnięcia m.in. Huberta Hurkacza, Magdy Linette czy ostatnio Magdaleny Fręch zwykle pozostają jednak niedoceniane. To dlatego, że ich wyniki postrzegamy przez pryzmat zwycięstw Świątek, zapominając o szerszej perspektywie naszego tenisa.
W ostatnich dniach Magdalena Fręch dotarła do finału turnieju rangi WTA 500 w Meridzie. Polka pokonała po drodze m.in. rozstawioną z numerem czwartym Czeszkę Marie Bouzkovą, czy Hiszpankę Jessicę Bouzas-Maneiro, która na początku roku w United Cup niespodziewanie ograła Amerykankę Coco Gauff. Polka przegrała w Meksyku dopiero w finale, z Cristiną Buksą z Hiszpanii 1:6, 6:4, 4:6.
Fręch została pierwszą polską tenisistką w tym roku, która w singlu dotarła do finału imprezy głównego cyklu WTA. Trzeci raz w karierze zaszła tak daleko w rozgrywkach Organizacji Kobiecego Tenisa - w sezonie 2024 zwyciężyła w Guadalajarze i była w finale w Pradze, gdzie w pierwszym "polskim" meczu finałowym w tourze WTA w historii uległa Magdzie Linette.
Sukces Fręch większy niż się wydaje
Wspomniane sukcesy Fręch i Linette to wymierne osiągnięcia, ale blakną w erze Świątek. Gdy nasza najlepsza tenisistka pod koniec września zeszłego roku zwyciężyła w zawodach kategorii 500 w Seulu, rozpisywały się o tym szeroko polskie media, temat podjęły także telewizje newsowe, które na co dzień nie analizują rozgrywek tenisowych. Żyli tym polscy kibice, nie tylko ci najbardziej zafascynowani tenisem.
Jakże inaczej wyglądało to teraz, gdy Fręch dotarła do finału innej imprezy rangi WTA 500. Nie było tylu wzmianek o jej osiągnięciu, wynik nie przebił się poza bańkę stricte sportową czy nawet tylko tenisową. Nie było wywiadów z naszą tenisistką czy z jej trenerem Andrzejem Kobierskim, a śmiało można uznać, że dla 36. na świecie Fręch finał takiego turnieju to nawet większe osiągnięcie niż dla Świątek triumf w Seulu.
Trudno pozbyć się wrażenia, że nawet największe sukcesy naszych tenisistów pozostają dziś w cieniu Świątek. Nie wybrzmiewają tak mocno, jak mogłyby w alternatywnej rzeczywistości, gdyby od sezonu 2022 nasza najlepsza zawodniczka nie należała do absolutnej czołówki. Przekonaliśmy się o tym ostatnio w przypadku Fręch, podobnie było na początku sezonu, gdy reprezentacja Polski wygrała w Australii turniej United Cup.
Czytaj także: Przełom w aferze dopingowej reprezentanta Polski
Wówczas z jednej strony zauważano pierwszy taki sukces drużyny w historii naszej dyscypliny, ale nie mniej głosów dotyczyło słabszej postawy Świątek na korcie. Polacy wygrali półfinał USA oraz finał ze Szwajcarią pomimo przegranej liderki reprezentacji - z Coco Gauff oraz z Belindą Bencic. Kluczowe punkty zdobywali inni - Hubert Hurkacz w singlu oraz Jan Zieliński i Katarzyna Kawa w mikście.
Hurkacz z rekordowym sezonem, a daleko w plebiscycie
Najlepszy sezon Hurkacza w karierze? Do tej pory - ten sprzed pięciu lat. Doszedł wtedy m.in. do półfinału Wimbledonu, później tak daleko w Wielkim Szlemie go nie widzieliśmy. Wygrał także bardzo prestiżowe zawody ATP 1000 w Miami, w finale pokonując Jannika Sinnera. Zdobył tytuły w Delray Beach i Metz, a inne jego wyniki w imprezach rangi 1000 to m.in. ćwierćfinał w Indian Wells i Toronto, czy półfinał w hali w Paryżu. Hurkacz dotarł wtedy do top 10 rankingu męskiego tenisa.
Mimo tych sukcesów w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na Sportowca Roku 2021 Hurkacz zajął dopiero 17. miejsce, a lokatę wyżej uplasowała się Świątek, chociaż tamten sezon nie był dla niej aż tak udany, jak wcześniejszy, gdy zwyciężyła pierwszy raz na kortach Rolanda Garrosa, czy kolejne, gdy dołączyła do absolutnej czołówki rankingu WTA. Najlepszym wynikiem wielkoszlemowym polskiego tenisisty w singlu w 2021 roku był półfinał Hurkacza w Londynie.
Inny przykład: z badań "Sponsoring Monitor" (ARC Rynek i Opinia) wynika, że Świątek jest dziś jednym z trzech najbardziej rozpoznawalnych sportowców w Polsce, obok Roberta Lewandowskiego i Kamila Stocha, osiągając poziom blisko 70 proc. rozpoznawalności. Dla porównania Hurkacz - mimo wieloletniej obecności w czołowej "10" ATP - notował w ostatnich latach wynik na poziomie 18-25 proc. Nie pomógł mu nawet fakt, że przebił Wojciecha Fibaka i stał się najwyżej sklasyfikowanym tenisistą z Polski w historii męskiego rankingu.
Linette na moment przebiła Świątek
Jedyny chyba moment, gdy o Świątek mówiło się przez dłuższy okres mniej niż o innym przedstawicielu polskiego tenisa, to Australian Open 2023. Ówczesna liderka rankingu odpadła wtedy w Melbourne w czwartej rundzie, a najdalej z Polaków zaszła niespodziewanie Magda Linette, która pierwszy raz w karierze znalazła się w najlepszej "czwórce" imprezy wielkoszlemowej. Na moment przyćmiła wówczas Świątek, to o Linette pisało się więcej, mówiło więcej, zapraszano ją do programów, nie tylko stricte sportowych.
Tymczasem prawda jest taka, że przykładowy finał Fręch w Meridzie to ogromny sukces tak zawodniczki, jak i polskiego tenisa, w który jeszcze 10 lat temu mało kto by uwierzył. Gdy wyjmiemy z naszej dyscypliny Świątek, a wcześniej Agnieszkę Radwańską, zauważymy, że tytułów na najwyższym poziomie, finałów WTA/ATP czy ćwierćfinałów wielkoszlemowych nasza dyscyplina w singlu nie zanotowała współcześnie aż tak wielu, by przechodzenie nad nimi do porządku dziennego było zasadne.
Wyniki innych oceniane są jednak z perspektywy Świątek, co szkodzi pozostałym zawodnikom. Awans do finału turnieju rangi WTA 500 wymaga lat treningu, zainwestowania w sportowca sporej sumy, bez gwarancji odniesienia sukcesu, a potem znów ciężkiej pracy. Podejrzewam, że gdyby nie było Świątek, osiągnięcia Hurkacza, który przez kilka lat utrzymywał się w top 10 rankingu męskiego tenisa, byłyby w naszym kraju bardziej doceniane. Podobnie jest z innymi tenisistami z ostatnich lat. Dlatego warto uświadamiać kibicom, w jak złotych dla Polski czasach tenisowych żyjemy, i że nie są to czasy wyłącznie Świątek.
Doceniajmy nie tylko Świątek
W kwietniu 2025 r. pierwszy raz w historii trzy nasze tenisistki znalazły się w top 30 singlowego rankingu WTA. W latach 2022-24 Świątek, Linette i Fręch osiągnęły swoje najwyższe dotychczas pozycje w tym zestawieniu. Są, obok Radwańskiej, w gronie czterech najwyżej sklasyfikowanych Polek w historii tenisa. A że Fręch czy Linette nie dochodzą zwykle równie daleko, jak Świątek w najważniejszych turniejach? To nie znaczy, że rezultaty tych dwóch pierwszych powinny być traktowane po macoszemu.
Zresztą ten problem uderza także w samą Świątek, która rozpieściła kibiców swoimi sukcesami. Przyzwyczaiła, że wygrywa prawie wszystkie spotkania, dochodzi do finałów czy półfinałów, utrzymuje się na pozycji numer jeden na świecie, ewentualnie numer dwa. W jej wypadku sukces często przestał być wydarzeniem, a stał się po prostu czymś oczekiwanym. To cena, jaką muszą płacić najlepsi w swoich konkurencjach sportowych.
Najlepszy dowód na siłę naszych rakiet to wspomniany United Cup 2026. Wcześniej wydawało się, że nie wygramy nigdy żadnego turnieju drużynowego bez Świątek w najlepszej dyspozycji. Paradoks polega na tym, że liderka dołożyła swoje, wygrywając trzy mecze, dzięki niej w ogóle zakwalifikowaliśmy się do imprezy - bo na podstawie jej pozycji w rankingu WTA. Ale inni dołożyli własne cegiełki, i to wcale nie lżejsze.
Gdy rozmawiałem ostatnio z Kawą, a potem z Zielińskim, obydwoje zapewniali, że nie czują się bohaterami zespołu. Ale prawda jest taka, że bez ich fenomenalnych występów w grze mieszanej nie byłoby pierwszego tytułu reprezentacyjnego polskich tenisistów na najwyższym poziomie.
Gdy jeden zawodnik wygrywa kilka turniejów wielkoszlemowych, zostaje numerem jeden na świecie i przyciąga z tego powodu uwagę, wyniki innych tenisistów zaczynają być porównywane do tego standardu, a nie do realiów światowego tenisa. Przed erą Świątek i Radwańskiej np. awans do drugiego tygodnia wielkoszlemowego był w Polsce wydarzeniem narodowym, a miejsce w top 30 rankingu oznaczało sportowy szczyt marzeń. Dziś? Jest to często traktowane jak "minimum przyzwoitości". Stąd, oceniając obecne wyniki naszych tenisistów, warto pamiętać o szerszej perspektywie.