W tym sezonie Maks Kaśnikowski zdobył wcześniej jeden tytuł. Wygrał turniej rangi ITF M25 w Koszalinie. Podczas zmagań w Montrealu dotarł do finału bez straty seta. To dawało nadzieję na zwycięstwo w całej imprezie. Tymczasem w pierwszym secie starcia z Tahą Baadim Polak musiał się sporo napocić, by wyrwać zwycięstwo i otworzyć sobie drogę do triumfu w potyczce.
Finałowe starcie rozpoczęło się dla naszego tenisisty naprawdę źle. Nie dość, że Baadi utrzymał serwis, to jeszcze później przełamał Kaśnikowskiego, następnie ponownie świetnie serwował, a to sprawiło, że prowadził 3:0. Po takiej inauguracji trudno się podnieść.
Kaśnikowski walczył i w czwartym gemie otworzył swoje konto. Później przy stanie 1:4 miał miejsce niesamowity gem serwisowy Polaka. Rywal miał aż siedem break-pointów! Gdyby wówczas znów przełamał naszego zawodnika, to o triumf w tym secie byłoby piekielnie ciężko. Kaśnikowski jednak się wybronił, a później poszedł za ciosem i wygrał także dwa kolejne gemy, zdobywając jednego z nich przy podaniu przeciwnika.
Przy stanie 4:5 Marokańczyk miał jedną piłkę setową, ale Polak ponownie wyszedł z opresji obronną ręką. Na tablicy świetlnej pojawił się zatem wynik 5:5.
Później doszło do tie-breaka, a tam Kaśnikowski był już nie do zatrzymania. Kiedy prowadził 5-0 stało się jasne, że trudno będzie mu odebrać zwycięstwo. I tak też się stało. 22-latek wygrał dogrywkę 7-3.
Po niezwykle emocjonującym pierwszym secie Baadi w drugiej partii nie potrafił już tak mocno naciskać reprezentanta naszego kraju. Jeszcze na początku odsłony Marokańczyk toczył równą walkę, ale od stanu 1:1 Kaśnikowski wygrał pięć kolejnych gemów! To był prawdziwy popis w Montrealu.
Maks Kaśnikowski - Taha Baadi 7:6 (3), 6:1