Największa sensacja Wimbledonu. Nie mogła powstrzymać łez

Filip Modrzejewski
Na Instagramie przed turniejem obserwowało ją mniej niż pięć tysięcy osób, dwa miesiące temu zmieniła barwy narodowe i - jak sama mówi - w miasteczku, z którego pochodzi, jest więcej owiec niż ludzi. Lulu Sun z Nowej Zelandii jako kwalifikantka notowana na 123. miejscu w rankingu WTA dotarła do ćwierćfinału Wimbledonu. W Londynie tak zachwyciła, że Brytyjczycy nie mają jej za złe nawet wyeliminowania swojej ostatniej reprezentantki Emmy Raducanu.

W tegorocznym Wimbledonie dominowały opady deszczu, ale długo wyczekiwanymi promieniami słońca jest postać Lulu Sun. 23-latka w czwartej rundzie stanęła na drodze Emmy Raducanu, która była ostatnią nadzieją gospodarzy na triumf w singlu kobiet - pierwszym od 1977 roku. Pod dwóch godzinach i 45 minutach gry to jednak Lulu Sun okazała się lepsza 6:2, 5:7, 6:2, docierając do ćwierćfinału w wielkoszlemowym debiucie. - Och, człowieku. To był świetny mecz. Musiałam naprawdę walczyć zębami i pazurami. To jest po prostu niesamowite… Nie mam teraz słów - mówiła w wywiadzie na korcie, a jej głos drżał z emocji. 

Zobacz wideo Został antybohaterem ćwierćfinałów. "Byłem bardzo zdziwiony"

Rekord turnieju w winnerach. "Niszczycielski forehand"

Ten wynik to nie przypadek, bo zawodniczka z Nowej Zelandii swoją grą zachwyca już od dwóch tygodni, albowiem z uwagi na swój ranking - 123. na świecie - musiała przedzierać się przez kwalifikacje. Oczywiście nie byłoby piękna tej historii, gdyby nie cierpienie. W drugim meczu eliminacji z Gabrielą Knutson (232. WTA) Sun prowadziła 5:0 w trzecim secie, ale przegrała sześć gemów z rzędu i musiała bronić piłki meczowej. Wygrała dopiero po super tiebreaku.

Zachwyt 23-latką wynika nie tylko z jej niezwykłego osiągnięcia, ale także bezkompromisowości i doskonałej odporności na stres. Na korcie centralnym Wimbledonu przeciwko Emmie Raducanu czuła się jak ryba w wodzie, posyłając 52 winnery, co było rekordem w tegorocznej edycji turnieju singla kobiet. W dwóch wcześniejszych spotkaniach zagrała po 43 wygrywające uderzenia. Pomaga jej w tym leworęczny forehand. "Jej forehand był tak niszczycielski, że jej rakieta mogła być naciągnięta nitrogliceryną" - pisał brytyjski "The Telegraph". "Za każdym razem, gdy Raducanu próbowała lobować, rywalka odbijała piłkę mocnym wolejem. Mogło wydawać się, że jest tam Zeus i rzuca piorunami. I to z zabójczą precyzją" - to z kolei "The Guardian". Sun w tym meczu skończyła 23 z 28 akcji przy siatce. 

Do tegorocznego Wimbledonu Lulu Sun była postacią totalnie anonimową. Pokonanie w pierwszej rundzie Qinwen Zheng (8. WTA) było jej debiutanckim zwycięstwem nad zawodniczką z czołowej 50 rankingu, ale nawet wtedy nie wzbudziła wielkiego zainteresowania. Wszak sensacje na inauguracje turnieju wielkoszlemowego wśród kobiet to norma, a liczba obserwujących na Instagramie nie drgnęła. Wciąż było to niecałe pięć tysięcy. Aktualnie jest ich trzy razy więcej. Zmieniło się to dopiero, gdy stała się pierwszą zawodniczką z Nowej Zelandii, która dotarła do ćwierćfinału Wimbledonu. Brytyjska prasa relacjonowała, że do tego momentu w jej kraju żadna telewizja nie transmitowała zmagań w Londynie, na co szybko zareagowała stacja TVNZ, nabywając prawa. 

- Wszyscy próbowaliśmy dowiedzieć się, gdzie możemy obejrzeć następny mecz. Rozmawiałem ze TNZ [federacja tenisowa w Nowej Zelandii - red.], aby sprawdzić, czy mogą wywrzeć presję na kimś, aby obejrzeć to w telewizji, ponieważ chcielibyśmy zebrać się całą grupą, aby obejrzeć następny mecz - mówił Greg Sheppard, prezes tenisowego klubu w Te Anau w Nowej Zelandii, gdzie urodziła się tenisistka. Mieszka tam niecałe trzy tysiące osób. - To bardzo małe miasteczko, w którym jest praktycznie więcej owiec i jeleni niż ludzi - mówiła Lulu Sun prasie w tym tygodniu. - Jesteśmy obecnie prawdopodobnie najpopularniejszym małym miasteczkiem w Nowej Zelandii, a być może nawet na świecie! - emocjonował się Sheppard.

Kulturowy mix. Zmiana barw narodowych

Matka Chinka, ojciec Chorwat, a także ojczym niemiecko-angielskiego pochodzenia, sprawili, że Lulu Sun włada w trzech językach: angielskim, chińskim i francuskim. Rodzina najpierw żyła w Szanghaju, aż w końcu osiedlili się w Szwajcarii, gdy ich córka miała pięć lat. To właśnie ten kraj reprezentowała do kwietnia 2024 r. Docierając do ćwierćfinału, Sun zapisała się w tenisowej historii swojego kraju, mimo że reprezentuje go od trzech miesięcy. - Przez lata moja głęboka więź z Nową Zelandią pozostała, a wiele moich ulubionych wspomnień wiąże się ze spędzaniem czasu pośród naturalnych cudów Nowej Zelandii z moją dalszą rodziną. Reprezentowanie Nowej Zelandii to coś więcej niż wybór zawodowy; to hołd dla moich korzeni, świętowanie mojego pochodzenia i zobowiązanie wobec kraju, który zawsze był fundamentalną częścią tego, kim jestem i kim chcę się stać - tłumaczyła.

- Dorastając w Szwajcarii, nie spędzałam tam zbyt wiele czasu, gdy zaczęłam grać coraz więcej w turniejów juniorskich... W zasadzie cały czas podróżuję - wyjaśnił Sun, która za namową matki udała się na studia do USA. Konkretnie był to uniwersytet w Teksasie, który ukończyła dwa lata temu. Wykształcenie miało być jej planem B, gdyby nie zrobiła tenisowej kariery. Do Wimbledonu zarobiła na korcie 245 tysięcy funtów. W kilkanaście dni w Londynie zgarnęła 375 tysięcy funtów, a w rankingu na żywo awansowała na 53. miejsce.

- Myślę, że miałam szczęście, bo wybuchł COVID i nie wiedziałam, idąc na studia, że tak się stanie. Miałam kontuzję i moja mama była naprawdę zmartwiona. Powiedziała coś w stylu: "Nie wiem, kiedy będziesz pisać egzaminy, musisz trochę skupić się na nauce, zanim zaangażujesz się w 100 proc. w tenis". Chyba to był rodzaj szczęścia, jeśli tak można powiedzieć, i wyczucia czasu. Dzięki pandemii mogłam się uczyć i skończyć studia, co jest naprawdę dobre, bo teraz mogę dać z siebie wszystko w tenisie - mówi Lulu Sun. - Mam szczęście, że mam za sobą wszystkie te doświadczenia. Już od najmłodszych lat poznawałam świat dzięki mojej rodzinie. Kiedy dorastałam, czasami naprawdę trudno było mi się dopasować do określonej kultury, ale teraz złapałam ich różne części i jakoś stały się mną. - powiedziała tenisistka w wywiadzie dla WTA.

23-latka na co dzień mieszka w Miami, ale do państw bliskich jej sercu doszła także Słowacja z uwagi na współpracę z Władimirem Platenikiem. 48-latek w przeszłości pracował m.in z Dominiką Cibulkovą i Darią Kasatkiną. - Nie chcę zapeszyć, ale Lulu jest fantastyczna. Ona jest tak miła, wręcz nie sposób sobie tego wyobrazić. Łatwo się z nią pracuje, ale potrzebowała więcej pewności siebie, której trochę jej brakowało. Ale to wynika z jej charakteru i dla mnie ważne jest, aby próbować budować jej pewność siebie, ale nie tracić dobroci, którą ma. Chcę, żeby była kompletną osobą, zarówno pod względem tenisa, jak i charakteru - komplementował ją słowacki szkoleniowiec.

To właśnie dzięki temu Nowozelandka zyskała tak ogromny szacunek. Lulu Sun uosabia wszystko, co najpiękniejsze w sporcie. Nieprzewidywalność i szczerą radość z sukcesu. Po zwycięstwie nad Emmą Raducanu łzami zalała się nie tylko zawodniczka, ale także jej rodzina. To były obrazki, które zapamiętamy z tegorocznego Wimbledonu.

Natomiast 23-latka nie zamierza się zatrzymywać. We wtorek jej rywalką w ćwierćfinale Wimbledonu będzie Donna Vekić z Chorwacji. 

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.