- Moje uderzenia były takie bardziej ciężkie - mówi Iga Świątek, tłumacząc, dlaczego po zwycięstwie nad Marketą Vondrousovą 6:0, 6:2 jest zadowolona jeszcze bardziej niż była po rozbiciu 6:0, 6:0 Anastasiji Potapowej. Królowa Roland Garros jest już w półfinale. I świetnie reaguje na morze komplementów, które ją zalewa.
Iga Świątek w godzinę i dwie minuty pokonała Marketę Vondrousovą w ćwierćfinale Roland Garros. Wynik 6:0, 6:2 oraz krótki czas gry pokazują, o ile lepsza od aktualnej mistrzyni Wimbledonu była aktualna mistrzyni Roland Garros.
Na konferencji prasowej po tym spotkaniu w polskojęzycznej części Iga została zapytana o wszystkie pochwały, jakie usłyszała wcześniej, w części anglojęzycznej. A były to między innymi porównania do legendarnej Steffi Graf. Jeden z dziennikarzy trochę żartując i prowokując, chciał wiedzieć, czy aby Iga nie wpadnie w samozachwyt. - Nie jestem osobą, która w ogóle ma szansę wpaść w coś takiego, bo ja raczej negatywnie się oceniam. I nad tym musiałam pracować, żeby tego nie robić. Albo to raczej zbalansować. Jestem osobą, która zawsze myśli o tym, co poprawić. Raczej nie osiądę na laurach - odpowiedziała Świątek.
Mnie szczególnie zainteresowało to, co Iga powiedziała zagranicznym reporterom na samym początku. Mianowicie stwierdziła, że mecz z Vondrousovą był najlepszym, jaki rozegrała w tej edycji Roland Garros.
- Wynikowo perfekcyjny był twój poprzedni mecz z Potapową, gdy wygrałaś 6:0, 6:0 i straciłaś tylko 10 punktów, co jest rekordem turnieju. W czym czujesz, że się jeszcze poprawiłaś? W jakich elementach? - zapytałem.
- Na korcie są dwie osoby, dzisiaj mecz był bardziej wymagający. To, że wygrałam takim wynikiem, jest dla mnie jeszcze większym plusem. A w czym się poprawiłam? Moje uderzenia były takie cięższe, sprawiały rywalce więcej problemów, mimo że Marketa jest dobra w obronie. Byłam też czujna na wszystkie zmiany rytmu, które ona zagrała. Bo ona lubi grać kombinacyjnie. Z Potapową mecz był bardziej jednostajny, mało się działo po prostu, a tutaj było czasami trochę dłuższych akcji, trochę gry kombinacyjnej z jej strony - wyjaśniała Iga.
Ważne słowa Świątek przed meczem z Coco Gauff
Teraz - w czwartek - Świątek zagra z Coco Gauff. Zna ją świetnie, mierzyła się z nią już 11 razy, z czego wygrała aż 10 meczów.
- Nie przywiązuję się do tego. Pamiętam, że każdy mecz to osobna historia. To nie jest tak, że dzięki temu, że wygrałam poprzednie mecze, teraz cokolwiek mi przyjdzie za darmo. Trzeba to sobie wypracować. Coco nie jest zawodniczką, z którą łatwo się gra. Jest w topie światowym. Muszę być czujna i skoncentrować się na sobie oraz na tym, co chcę zrobić na korcie. Za każdym razem jak podchodziłam tak do tych meczów, nie patrząc, jak wyglądały wcześniejsze, ale z drugiej strony wyciągając z nich wnioski jeśli chodzi o taktykę, to przynosiło mi to korzyść. Więc po prostu zrobię tak samo - mówiła Iga.
Świątek została też zapytana o nastawienie, z jakim ona wychodzi na kolejne mecze po tak okazałych zwycięstwach jak nad Potapową i Vondrousovą. Oraz o to, jak na mecze z nią wychodzą rywalki.
- Żaden mecz nie jest w stanie zbudować czegokolwiek na kolejne mecze. Wychodzi się na kolejną osobę. No, chyba że dziewczyny inaczej to traktują. Jeśli chodzi o to, jak one podchodzą do meczów ze mną, to na to totalnie nie mam wpływu. Ja po prostu robię swoją robotę i nie mogę wyjść na kort, już w szatni myśląc, że wygrałam. Wtedy wyjdę niegotowa - tłumaczyła Iga.
Świątek nie chce być sędzią we własnej sprawie
Ważną kwestią konferencji - zarówno w języku angielskim, jak i polskim - były pory meczów kobiet i mężczyzn. Przez jednego z zagranicznych dziennikarzy Iga została zapytana, co sądzi o tym, że w żadnej z 10 sesji wieczornych w trwającym Roland Garros nie było meczu kobiet.
- Szczerze mówiąc, przykro mi to mówić, ale nie obchodzi mnie to, bo szczerze skupiam się tylko na swoich meczach i lubię grać w ciągu dnia. Myślę, że lepiej zapytać kogoś, kto jest odpowiedzialny za planowanie. Wpływa na to wiele czynników, wiele próśb. Ale szczerze mówiąc rozumem takie decyzje, jak na przykład to, że ja i Naomi Osaka grałyśmy w dzień, a wieczorem grał Richard Gasquet. Dla mnie jest to dość oczywiste, że francuski gracz mógł mieć priorytet - tłumaczyła Świątek. Ale raz jeszcze podkreślała, że lepiej pytać kogoś, kto będzie obiektywny, bo ona po prostu woli grać w dzień.
W polskojęzycznej części konferencji jeden z dziennikarzy wrócił do tematu, chcąc wiedzieć, czy Idze nie jest przykro widzieć pustawe trybuny podczas meczów kobiet granych w okolicach południa.
- Nie patrzę na trybuny, nie ma to dla mnie znaczenia - ucięła Iga. A dopytywana czy nie zerka też na nie po meczu i czy wtedy nie jest jej trochę przykro, powiedziała: "[Wtedy] Cieszę się, że wygrałam. Nie obchodzi mnie to, szczerze mówiąc, co się działo na trybunach". - To znaczy, cieszę się, że Polacy przyjechali, tak śpiewali, że nie dało się nie słyszeć. Ale każdy może oglądać to, co chce. Chociaż fajnie by było, jakby kibice przychodzili na mecze i damskie, i męskie - zakończyła Iga.