- Nie możemy oczekiwać cudów - mówił niedawno trener Naomi Osaki Wim Fissette, nawiązując do dotychczasowych wyników i występów jego tenisistki na kortach ziemnych. Ale Japonka była bardzo blisko sprawienia w środę w Paryżu wielkiej sensacji. W końcówce pojedynku z Igą Świątek pokazała jednak, że nie jest maszyną, wyciągając pomocną dłoń do Polki. Ta złapała ją z pełną mocą, triumfując po emocjonalnym rollercoasterze 7:6, 1:6, 7:5. A to pozwoliło jej zmazać pewne bolesne liczby, które pojawiły się przy jej nazwisku po drugim secie i przypomnieć, że nigdy nie wolno jej skreślać przed ostatnią piłką w meczu.
Bilans Świątek w Roland Garros - na pięć poprzednich występów trzy tytuły, ćwierćfinał i 1/8 finału. Dorobek Osaki - sześć edycji i maksymalnie trzecia runda. Z 21 wygranych przez Polkę w sumie turniejów dziewięć odbywało się na kortach ziemnych. Japonka z kolei wszystkie siedem triumfów (w tym cztery wielkoszlemowe) świętowała na "betonie". Z "mączką" zaś niemal 27-letniej tenisistce było dotychczas najbardziej nie po drodze.
Jeśli do tego dodamy jeszcze fakt, że Azjatka dopiero pięć miesięcy temu wróciła do rywalizacji po przerwie macierzyńskiej i w ostatnich tygodniach nie notowała żadnych specjalnych wyników na ziemi, a Świątek wygrała dwie duże imprezy, to wiadomo było, czego można się spodziewać. A jednak to faworytka spojrzała w otchłań, gdy w decydującej partii przegrywała już 2:5, a w dziewiątym gemie broniła piłki meczowej.
W teorii dwie pierwsze rywalki Polki w tegorocznej edycji Roland Garros dzieliło zaledwie 14 miejsc w rankingu, ale w praktyce Osaka (134. WTA) i Leolia Jeanjean (148.) to dwa kompletnie odmienne tenisowe światy. Będącą pierwszą rakietą globu raszynianka dobitnie się o tym w środę przekonała. Oczywistym było, że była liderka listy WTA sprawi więcej kłopotów niż Francuzka, która jeszcze nigdy nie awansowała do TOP 100. Ale w to, że Świątek na dwa dni przed 23. urodzinami ucieknie w ostatniej chwili spod topora po trzygodzinnym maratonie, chyba jedynie fani Japonki mocno wierzyli przed tym meczem.
- Oglądam znacznie więcej meczów na ziemi i staram się odrobić moją pracę domową najlepiej jak potrafię. Nie powiedziałabym, że mało od siebie oczekuję. Jestem osobą, która uważa, że może wygrać każdy mecz, do którego przystępuje. Takie podejście zaprowadziło mnie tu, gdzie jestem. Czerpię inspirację od ludzi, którzy radzą sobie w Paryżu bardzo dobrze. Nie oczekuję, że będę jak Iga Świątek czy coś w tym stylu, ale chcę zaprezentować się najlepiej jak mogę - opowiadała przed tym spotkaniem Osaka.
Fissette zaś zwracał uwagę, że jego tenisistka miała dwuletnią przerwę w grze na "mączce", a jeszcze więcej czasu minęło odkąd notowała na tej nawierzchni lepsze wyniki. - Nie możemy więc oczekiwać cudów. Możemy mieć nadzieję, ale musimy być realistami - podkreślał Belg. Teraz przez długi czas z uśmiechem oklaskiwał grę Japonki i chyba sam był mile zaskoczony tym, co widzi.
Osaka do siódmego gema decydującej partii grała niemal jak z nut. Można było wręcz odnieść wrażenie, że odbyła podróż w czasie. Bo przypominała siebie z lat 2018-21, kiedy zgarnęła cztery tytuły wielkoszlemowe. Bezwzględnie korzystała ze swoich dwóch największych atutów - serwisu i potężnego forhendu. Fruwała niemal nad paryskim kortem, co może być zasługą byłej baleriny, którą zatrudniła przed sezonem jako trenerkę poruszania się.
W secie otwarcia zaliczyła dwa słabsze epizody, a drugi z nich kosztował ją przegranie tie-breaka. Wtedy jednak miała po drugiej stronie równorzędną rywalkę, która grała równie mocno, czekając na każdy najmniej błąd po drugiej stronie i razem stworzyły widowisko na świetnym poziomie.
O ile pierwsza odsłona była walką na żyletki (Świątek miała 18 winnerów i 14 niewymuszonych błędów, a Osaka - odpowiednio - 17 i 14), to w drugim Polka swoją żyletkę po prostu odłożyła. Często w przeszłości jej rywalki po przegraniu zaciętej partii w kolejnej zostawały już daleko w tyle. Ale nie Japonka, która jeszcze dodała gazu. Tym razem jednak oporu po drugiej stronie kortu nie było. Zadziwiało to, jak bardzo nerwy splątały wtedy ręce faworytce.
Po tym secie został jej nie tylko zaledwie jeden wygrany gem, ale i garść bolesnych statystyk. Te najbardziej kłujące w oczy - zaledwie 9 procent wygranych akcji po drugim podaniu (przy 100-procentowej skuteczności rywalki) i 48 proc. trafienia pierwszego (tu 85 proc. u Azjatki). W tym wypadku matematyka była bezlitosna.
Nieśmiała, miła i sympatyczna Osaka była o krok od wygnania Igi Świątek z jej paryskiego domu. Ale w końcówce decydującej odsłony, gdy była blisko tego wielkiego wyczynu, emocje przejęły kontrolę nad jej grą. A za nerwami poszły liczne błędy. Zamiast "dobicia" Polki zobaczyliśmy więc wielki zwrot akcji. Chłodna głowa w kluczowym momencie była po stronie tenisistki Tomasza Wiktorowskiego. Ona znów cięła żyletką, kiedy Japonka udane zagrania przeplatała prezentami.
Ile kosztował Świątek ten mecz widać było po jej reakcji po ostatniej piłce - nie miała nawet siły cieszyć się zbytnio po tym powrocie z zaświatów. Potem zaś jeszcze można było zobaczyć ujęcia kamer telewizyjnych, jak płacze po zejściu z kortu. Płakała też - o czym sama powiedziała dziennikarzom - Osaka. Ten dreszczowiec obie tenisistki wyczerpał emocjonalnie. Ich kibiców zapewne również.