Zaskakujące pretensje ojca Caroline Wozniacki. Fakty mówią co innego

Dominik Senkowski
Bardzo szanuję Piotra Woźniackiego, ale nie zgadzam się z jego opisem sytuacji, w której znalazła się jego córka Caroline. Tenisistka mająca polskie korzenie a reprezentująca Danię nie jest tak poszkodowana w kobiecym tenisie, jak przedstawia to jej ojciec. Ponadto porównywanie przypadku Wozniacki do Angelique Kerber czy Naomi Osaki nie wydaje się być odpowiednie - pisze Dominik Senkowski ze Sport.pl.

Mój redakcyjny kolega Łukasz Jachimiak przeprowadził wywiad z Piotrem Woźniackim, ojcem oraz trenerem Caroline. Woźniacki sam poprosił o tę rozmowę, bo chciał opowiedzieć o sytuacji córki i szerzej o problemach w kobiecym tenisie. Zaznaczał, że mówi we własnym imieniu, a nie zawodniczki. I bardzo mocno skrytykował pod wieloma względami WTA, czyli Organizację Kobiecego Tenisa.

Zobacz wideo Oto następczyni Igi Świątek?

Dzikie karty dla Karoliny Wozniacki

Sam należę często do krytyków WTA i zgadzam się z argumentami Woźniackiego dotyczącymi złego układania kalendarza przez działaczy czy wątpliwości w sprawie organizowania imprezy WTA Finals w arabskim Rijadzie. Trudno jednak zrozumieć pretensje, jakie ojciec tenisistki ma do kobiecego tenisa za brak "dzikich kart" dla Caroline na niedawny turniej w Rzymie i nadchodzące zawody wielkoszlemowe w Paryżu. 

O swojej córce Woźniacki mówi tak: - Czy takiej dziewczynie nie warto pomóc, skoro zdecydowała się wrócić? WTA uważa, że nie i po amatorsku działa sobie w świecie największego zawodowego sportu kobiet ze wszystkich sportów na świecie. Oni podpisują z zawodniczkami kontrakty i zawodniczki do pewnych rzeczy zostają na mocy tych umów zobowiązane. A co dostają? Nic, naprawdę nic!

Naprawdę nic? Spójrzmy na fakty dotyczące dzikich kart, które w dużej mierze są przedmiotem tyrad Woźniackiego. Caroline Wozniacki zakończyła karierę w styczniu 2020 po odpadnięciu z Australian Open. Wróciła do gry w sierpniu ubiegłego roku. Od tego czasu otrzymała dzikie karty do następujących imprez: Cincinnati (WTA 1000), US Open (Wielki Szlem), Montreal (WTA 1000), Auckland (WTA 250), Australian Open (Wielki Szlem), San Diego (WTA 500), Indian Wells, Miami (oba WTA 1000), Charleston (WTA 500) oraz Madryt (WTA 1000). Trudno powiedzieć, by przez ostatnie kilka miesięcy była przez organizatorów turniejów pomijana.

Od powrotu tenisistka reprezentująca Danię rozegrała 22 spotkania - wygrała połowę z nich. Jej najlepszy wynik to czwarta runda US Open, gdzie przegrała dopiero po zaciętym boju z Coco Gauff, późniejszą mistrzynią turnieju. Do tego cenny był także ćwierćfinał osiągnięty w Indian Wells. Jak na ten moment kariery i okoliczności jej powrotu, są to wyniki całkiem dobre.

Inna droga Eliny Switoliny

Dziś Wozniacki jest już 117. w rankingu WTA - najwyżej od momentu, gdy wróciła do zawodowej rywalizacji. Miała po drodze pewne problemy zdrowotne i z tego powodu musiała wycofać się w trakcie meczu o półfinał w Kalifornii z Igą Świątek oraz ze spotkania reprezentacyjnego w Billie Jean King Cup z Austrią. W lipcu tenisistka skończy 34 lata, a powrót po kilku latach do sportowej rywalizacji nigdy nie jest łatwy dla organizmu. 

Piotr Woźniacki podkreśla: "My nie jesteśmy w stanie zrobić nawet planu startów Karoliny! Trenujemy, przygotowujemy się, a okazuje się, że nie ma do czego". Pytanie, czy jego córka nie mogłaby w takiej sytuacji występować także w mniejszych imprezach? Dzikie karty otrzymała do największych zawodów WTA 1000 czy nawet imprez wielkoszlemowych, a tylko jedną do kategorii WTA 250. Od powrotu nie zagrała w imprezach rangi WTA 125 czy niższych organizowanych przez Międzynarodową Federację Tenisową (ITF).

Na takie rozwiązanie zdecydowała się z kolei na przykład Elina Switolina. Ukrainka w kwietniu zeszłego roku wróciła do gry po urodzeniu dziecka. Zaczęła od mniejszych turniejów ITF, by szybko nazbierać punktów do rankingu i zyskać pewność siebie po kolejnych zwycięstwach. Otrzymywała także dzikie karty do większych imprez, ale dzięki dobrym wynikom w kolejnych zawodach - m.in. ćwierćfinałowi Roland Garros 2023 i półfinałowi Wimbledonu 2023 - szybko podskoczyła w rankingu i nie musiała już później liczyć na przywileje od organizatorów poszczególnych turniejów. Dziś 29-letnia Ukrainka jest 17. na świecie.

Wozniacki z obecnym rankingiem załapałaby się m.in. do eliminacji tegorocznego Roland Garros, które ruszyły w poniedziałek. Dlaczego do nich nie przystąpiła? - Pewnie, że byśmy mogli, bo mamy taki ranking, który na to pozwala. Mogliśmy więc się z góry do eliminacji zapisać. Ale Karolina powiedziała, że nie po to pracowała ciężko całe życie i nie po to tyle osiągnęła, żeby teraz zaczynać jak juniorka - mówił jej ojciec. 

Tym bardziej zastanawiające jest, że chwilę później Piotr Woźniacki zapowiada, że w przypadku braku przywileju od Brytyjczyków, Karolina zagra w eliminacjach Wimbledonu. W Paryżu z kolei dzikiej karty nie otrzymał w tym roku także m.in. Dominic Thiem (obecnie 131. ATP) - dwukrotny finalista turnieju. Austriak przystąpił do kwalifikacji i walczył o awans do imprezy głównej (odpadł w drugiej rundzie eliminacyjnej).

Na pytanie Sport.pl, "dlaczego jesteście gotowi zagrać w eliminacjach Wimbledonu, skoro eliminacji Roland Garros grać nie chcieliście?" Piotr Woźniacki odpowiedział: "Karolina nie jest taka, że eliminacje uznaje za dyshonor. Ona może w eliminacjach zagrać. Ale w przypadku Rolanda po prostu chciała sprawdzić, czy jest szanowana. Dlatego nie zgłaszała się do eliminacji, ryzykując, że najwyżej straci turniej. Powiedziała mi tak: "Tata, nie będę się zgłaszała, bo jestem ciekawa, jak mnie potraktują". A kiedy dostała odpowiedź, to już było za późno, żeby się zgłosić do eliminacji. Natomiast z Wimbledonem sprawa wygląda tak, że czekamy, ale już wiemy czego możemy się spodziewać."

Trudno nie zgodzić się z kolei z Piotrem Woźniackim, gdy wskazuje, że "WTA umywa ręce". "Dzikie karty" są dziś własnością organizatorów turniejów, to oni decydują, do kogo wyciągną pomocną dłoń. Organizacja Kobiecego Tenisa powinna być tym żywo zainteresowana, a nie oddawać pole władzom poszczególnych imprez. 

- Regulamin w tenisie jest dziś taki, że nie ma już obligatoryjnej dzikiej karty dla kogoś, kto kiedyś był w top 20, miał długą przerwę i wrócił. Ta karta była naprawdę pomocna dla tenisistek wracających po urodzeniu dziecka i dla tych, które wracały po poważnych kontuzjach. A teraz Karolina, Angelique Kerber czy Naomi Osaka są zdane tylko na czyjeś decyzje - wskazuje Woźniacki. Z jednej strony taki obowiązek wprowadzałby stabilizację w rozgrywkach, dawał spokój powracającym zawodniczkom. Z drugiej strony, i bez niego wszystkie trzy wspomniane tenisistki i tak w ostatnich miesiącach mogą liczyć na "dzikie karty" do licznych turniejów. Pytanie też, jak długo tenisistka wracająca do rywalizacji miałaby otrzymywać "dzikie karty" z uwagi na sukcesy z przeszłości? Przez rok, dwa lata, w nieskończoność? Trudno tu wskazać odpowiednie wytyczne. 

Wozniacki, Kerber i Osaka - to nie są podobne sytuacje

Piotr Woźniacki rozciąga także sytuację córki na inne historie zawodniczek, które zdecydowały się urodzić dziecko. - Może na przykładzie Karoliny będzie można zrozumieć, że wcale nie jest łatwo decydować się na zakładanie rodzin w trakcie karier? Teraz w ciąży jest między innymi Petra Kvitova, generalnie kolejne tenisistki się na to decydują, myśląc, że skoro urodziły i wróciły Wozniacki, Kerber czy Osaka, to i one tak zrobią. Ale prawda jest taka, że one nie wiedzą, do czego wrócą - przekonuje. 

Problem w tym, że przypadki Wozniacki, Kerber, Osaki i Kvitovej nie są takie same. Polka reprezentująca Danię najpierw zakończyła karierę, potem - półtora roku po odejściu od tenisa - urodziła pierwsze dziecko, a w październiku 2022 drugie. Z kolei Niemka, Japonka i Czeszka jedynie zawiesiły kariery na czas macierzyństwa. Ponadto zarówno Kerber, jak i Osaka - podobnie jak Wozniacki - mogły liczyć w ostatnich tygodniach na dzikie karty od organizatorów danych imprez. Nie jest więc tak, że powracające do gry matki zostają same sobie. 

Same dzikie karty to zresztą temat problematyczny w tenisie. Panują zwykle dwie zasady - organizatorzy danych turniejów przyznają takie przywileje albo "swoim" reprezentantom, albo gwiazdom, które z różnych przyczyn są w danym momencie niżej w rankingu. Francuzi i Włosi często wybierają pierwszą opcję i stawiają na własnych zawodników, którym chcą dać szansę mierzenia się z najlepszymi - to zresztą jedna z przyczyn sukcesu włoskich tenisistów w ostatnich latach. W najnowszym notowaniu rankingu ATP w top 100 znajdziemy aż dziewięciu Włochów, a wiceliderem pozostaje mistrz tegorocznego Australian Open Jannik Sinner. 

Na płaszczyźnie dzikich kart występuje także kontrowersyjne zjawisko "odwzajemnienia". Na stronie turnieju Roland Garros 2024 wprost napisano, że Australijka Ajla Tomljanović otrzymała taki przywilej z uwagi na porozumienie z organizatorami Australian Open, a Amerykanka Sachia Vickery z powodu podobnej umowy z US Open. W Nowym Jorku prawdopodobnie jedną z dzikich kart otrzyma z kolei Francuzka, podobnie będzie w Melbourne w przyszłym sezonie. W zawodowym sporcie, w przypadku imprez najwyższej rangi, takie układy nie wyglądają zbyt poważnie.

Reasumując: sytuacja Caroline Wozniacki wygląda nieco inaczej, niż przedstawia to jej ojciec. Zawodniczka mogłaby uczestniczyć w eliminacjach paryskiej imprezy, ale po prostu się na to nie zdecydowała, to była jej decyzja. Szkoda, bo była liderka rankingu WTA miałaby okazję wrócić do gry w stolicy Francji po pięciu latach nieobecności. Najwyraźniej jednak Woźniaccy mają inny pomysł na odbudowywanie kariery i pozycji w rankingu. 

Kto wygra męski Roland Garros?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.