To koniec. Upadek gwiazdy tenisa po największym sukcesie

Dominik Senkowski
Dominic Thiem był tym, który najskuteczniej gonił gigantów tenisa w ostatnich latach: Rogera Federera, Rafaela Nadala i Novaka Djokovicia. Przeszedł do historii, wygrywając US Open, ale turniej nowojorski był także początkiem końca jego kariery. 31-letni Austriak właśnie ogłosił, że żegna się z tenisem rozbity fizycznie i mentalnie.

- To był zaszczyt i zarazem przekleństwo występować w ich czasach - mówił były amerykański tenisista Mardy Fish w netfliksowym filmie wyprodukowanym trzy lata temu. Fish nawiązywał do dominacji w ostatnich latach w męskim tenisie ze strony Rafaela Nadala, Rogera Federera i Novaka Djokovicia. 

Zobacz wideo Iga Świątek pokazała zdjęcie z El Clasico

"Wielkiej Trójce" próbował dotrzymać kroku Andy Murray, ale zapłacił za to licznymi kontuzjami, a ostatni raz w wielkoszlemowym finale zagrał osiem lat temu, gdy zwyciężył w Wimbledonie. Brytyjczyk nadal jest czynnym zawodnikiem, ale częściej mierzy się dziś z własnymi słabościami zdrowotnymi niż rywalami. 

Po zmierzchu Murraya był tylko jeden tenisista, który w tak poważny sposób potrafił rzucić wyzwanie Nadalowi, Federerowi i Djokoviciowi - 31-letni dziś Dominic Thiem. Austriak ogłosił właśnie, że po tym sezonie kończy z tenisem. Niestety jego organizm także nie wytrzymał rywalizacji z gigantami. 

Rzucił się w pogoń za "Wielką Trójką"

Thiem był przez lata symbolem niezwykłej pracowitości. Zaczynał jako specjalista od kortów ziemnych, gdzie jego zjawiskowy jednoręczny bekhend siał najwięcej spustoszenia po stronie przeciwników. Austriacki tenisista w swoim najlepszym czasie przegrywał w Paryżu jedynie z Novakiem Djokoviciem (półfinał 2016) i Rafaelem Nadalem. Hiszpan ogrywał go w półfinale Roland Garros 2017 oraz finałach 2018 i 2019. W tym ostatnim spotkaniu Thiem urwał nawet seta Nadalowi. 

Zawodnik z Wiener Neustadt zrozumiał, że aby sięgnąć po sukces wielkoszlemowy musi nauczyć się grać lepiej także na innych nawierzchniach. Postawił na korty twarde, na których rozgrywane są aż dwa turnieje wielkoszlemowe w każdym roku (Australian Open oraz US Open). W Nowym Jorku sięgnął w końcu po upragnione zwycięstwo. 

Miał przy tym trochę szczęścia, które wykorzystał. US Open 2020 to był absolutnie wyjątkowy turniej. Rozgrywany w czasach pandemicznych, a do Stanów Zjednoczonych nie przyleciał z tego powodu m.in. Rafael Nadal. Roger Federer cierpiał zaś wówczas na kontuzję i zdecydował się przedwcześnie zakończyć sezon. 

Dominic Thiem przełamał monopol dominatorów

Z "Wielkiej Trójki" na starcie w Nowym Jorku stanął tylko Novak Djoković, który w trakcie spotkania z Pablo Carreno Bustą trafił sędzię piłką i został zdyskwalifikowany na etapie czwartej rundy. W tym momencie wiadomo było, że poznamy nowego mistrza wielkoszlemowego, bo w rywalizacji pozostało tylko ośmiu tenisistów bez takiego osiągnięcia na koncie - byli to Pablo Carreno-Busta, Denis Shapovalow, Borna Corić, Alexander Zverev, Andrej Rublow, Danił Miedwiediew, Alex de Minaur oraz właśnie Thiem.

Austriak był rozstawiony z "dwójką", wszyscy widzieli w nim głównego faworyta pod nieobecność dominatorów tenisa. I Thiem nie zawiódł, pokonując w finale Zvereva w genialnym stylu, wychodząc ze stanu 0:2 w setach! Było już 2:6, 4:6, a skończyło się 2:6, 4:6, 6:4, 6:3, 7:6 (6).

Thiem udźwignął oczekiwania, zostając pierwszym tenisistą urodzonym w latach 90. XX wieku, który zwyciężył w singlu w imprezie Wielkiego Szlema. Od 2006 do 2022 roku (wtedy Federer zakończył karierę) Nadal, Szwajcar i Djoković zdominowali największe światowe turnieje, zwyciężając w nich ponad 60 razy. 

W tym czasie tytuł w jednej z najważniejszych imprez roku potrafili zgarnąć jedynie Juan Martin del Potro (US Open 2009, Argentyńczyk to rocznik 1988), Szkot Andy Murray (US Open 2012, Wimbledon 2013 i 2016; 1987), Chorwat Marin Cilić (US Open 2014; 1988), Stan Wawrinka (Roland Garros 2015, US Open 2016; Szwajcar urodził się w 1985) oraz Rosjanin Danił Miedwiediew (US Open 2021; urodzony w 1996)

Wracając do Thiema - końcówka 2020 roku była najlepszym okresem w jego karierze. Po triumfie w Nowym Jorku Austriak przystąpił do zamykającego sezonu Turnieju Mistrzów. W grupie pokonał Stefanosa Tsitsipasa, Rafaela Nadała oraz Andreja Rublowa. W półfinale był lepszy od Novaka Djokovicia i przegrał dopiero w spotkaniu finałowym z Daniłem Miedwiediewem. 

Thiem postrachem najlepszych - tak często z nimi wygrywał

Thiem rzucił także wyzwanie przedstawicielom "Wielkiej Trójki" w rozgrywkach ATP. Wygrywał turniej Masters w Indian Wells 2019, nazywany piątą lewą Wielkiego Szlema, zwyciężając w finale z Federerem, który pozostawał wówczas jeszcze w bardzo wysokiej formie. Austriak miał ze Szwajcarem znakomity bilans bezpośrednich spotkań - 5:2. Pokonał go także m.in. podczas ATP Finals 2019 w rywalizacji grupowej czy kilka miesięcy wcześniej w ćwierćfinale w Madrycie. 

Z Djokoviciem Thiem zwyciężał pięciokrotnie (Serb był lepszy siedem razy), w tym dwa razy w ATP Finals (2020, 2019) oraz dwukrotnie na Roland Garros (2017 i 2019). Dokonywał również rzeczy wyjątkowej, ogrywając Nadala na kortach ziemnych (Barcelona 2019, Madryt 2018, Rzym 2017, Buenos Aires 2016). Do pełni szczęścia brakowało mu jedynie pokonania - chociaż raz - Rafy w Paryżu. Nie udało się, ale był najbliżej Hiszpania na kortach ziemnych w czasach świetności Nadala.

Na mączce Thiem poruszał się tak dobrze, że nie bez powodu odniósł na niej najwięcej triumfów - zaliczył 10 wygranych turniejów, podczas gdy na kortach twardych miał ich sześć. Liczby nie oddadzą jednak do końca tego, jak na ziemi prezentował się Austriak. Niemiecki dziennikarz Bastien Fachan przypomniał ostatnio jedną z wymian w trakcie spotkania z Gaelem Monfilsem na Roland Garros. Zobaczcie sami, czysta poezja:

"W końcu przestałem się porównywać do zawodnika, którym byłem"

Sukces na US Open to był niestety początek końca kariery Thiema. Popadł w problemy zdrowotne, nie był w stanie wyleczyć kontuzji nadgarstka, o której wspomniał także w ostatnich dniach, tłumacząc powody rezygnacji z zawodowego tenisa. 

Austriak nie radził sobie także na płaszczyźnie mentalnej, czego najlepszym dowodem są słowa, jakie wypowiedział po triumfie w Nowym Jorku: - Przez 15 lat goniłem za wielkim celem. Skupiłem się na tenisie i porzuciłem życie osobiste, inne zainteresowania. Teraz muszę to zmienić - mówił. I narzekał na spadek motywacji.

W międzyczasie pokłócił się także ze swoim trenerem przygotowania fizycznego Alexem Stroberem. Twierdził, że to on przekonał go do wcześniejszego powrotu na kort, co spowodowało odnowienie się urazu nadgarstka. Pożegnał się także z chilijskim szkoleniowcem Nicolasem Massu - współtwórcą jego największych sukcesów. 

Jeszcze w kwietniu Thiem opowiadał, jak kontuzje zmieniły jego styl gry: - To inna galaktyka, bo tak wiele się zmieniło. Moje uderzenia były trochę mocniejsze i byłem pewniejszy siebie. Po prostu grałem lepszy, bardziej dynamiczny tenis. W końcu jednak przestałem porównywać się do zawodnika, którym byłem. To nie ma sensu.

Analitycy wyliczyli, że jego forhend zaczął notować średnio o 5 km/h mniejszą prędkość. W zagraniach brakowało rotacji, a sam zainteresowany przyznał, że z obawy o nadgarstek nie jest w stanie grać tak, jak potrafi. Dziś jest 117. na świecie i zdecydował, że więcej już nie wyciśnie. Lata rywalizacji z "Wielką Trójką" kosztowały go wiele, ale trzeba docenić, że był tym, który w ostatnich sezonach dominacji Nadala, Federera i Djokovicia postawił im się najmocniej. 

Kto wygra Roland Garros 2024?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.