Kamery przyłapały Magdę Linette. Patrzyła w jeden punkt

"No, Magda! Tak właśnie trzeba!" - krzyczał Dawid Celt w trakcie finału Magdy Linette ze Sloane Stephens w turnieju WTA 250 w Rouen. Były trener drugiej najlepszej tenisistki w Polsce zachwycał się, bo Linette wróciła do formy i wróciła na to drugie miejsce w krajowej hierarchii. Turnieju we Francji nie wygrała - finał przegrała 1:6, 6:2, 2:6 - ale osiągnęła tam ważniejsze rzeczy.

Sloane Stephens była kiedyś światowym numerem 3, a dziś jest numerem 39. We francuskim turnieju była rozstawiona z numerem 6, a Linette wśród rozstawionych się nie znalazła i prawda jest taka, że mało kto spodziewał się po niej tak dobrego grania i awansu do finału.

Zobacz wideo Iga Świątek jest przykładem dla całego świata! "Jestem dumna"

Linette to jeszcze przez chwilę numer dopiero 60. Dopiero, bo przecież trochę ponad rok temu była 19. Wtedy miała najlepszy czas w karierze, wtedy dotarła do półfinału wielkoszlemowego Australian Open. A teraz ona wygrała cztery mecze z rzędu (cztery rundy prowadzące do finału w Rouen) i czegoś takiego dokonała dopiero po raz od stycznia ubiegłego roku.

We wrześniu 2023 roku Linette przeszła cztery rundy turnieju WTA 250 w Kantonie i - jak teraz w Rouen - dało jej to finał. Tamten mecz o tytuł, z Chinką Wang, Polka wyraźnie przegrała, 0:6, 2:6. Teraz zagrała siódmy finał w karierze (wszystkie w imprezach rangi WTA 250) i choć nie zdobyła trzeciego tytułu, to spisała się naprawdę dobrze.

"Rewelacyjnie się ogląda". W końcu znów można tak mówić o grze Linette

Linette mocno weszła w ten finał - była ofensywna, zagrała kilka kończących uderzeń, ale prowadziła tylko po pierwszym gemie. Już przy wyniku 1:1 Stephens ją przełamała, a jeszcze łatwiej i szybciej zrobiła to na 4:1. W tamtym momencie wyraźnie widzieliśmy, że to Amerykanka ma więcej luzu, pewności i że to raczej jest jej dzień, a nie dzień Polki. Po zaledwie 32 minutach "raczej" nawet chcieliśmy usuwać z poprzedniego zdania. Tylko tyle potrwał pierwszy set - Linette od stanu 1:0 przegrała już wszystkiego gemy do końca. Zbyt szybkiego końca.

Po siódmym przegranym gemie z rzędu Linette przegrywała już 1:6, 0:1 i wyglądała niedobrze. Do tego stopnia, że Dawid Celt, a więc jej były trener, razem z Bartoszem Ignacikiem, zaczął się niepokoić jej mową ciała. Kilkanaście minut później komentatorzy Canal+ Sport byli pełni dumy i nadziei. Jak my wszyscy! To dzięki temu, że Linette wygrała pięć gemów z rzędu, w tym dwa przy serwisie Stephens. A przy wyniku 1:6, 5:1 była już blisko odrobienia strat, wyrównania.

Trudno powiedzieć, jak to Polka zrobiła, ale wróciła do tego grania, które pokazała w pierwszym gemie. Po przestoju, jaki kosztował ją utratę seta, znów włączyła dobry, odważny, ofensywny tenis. "No Magda! Tak właśnie trzeba!" - zachwycał się Celt, gdy Polka broniąc break pointa przy stanie 1:6, 4:1 poszła do siatki i skończyła punkt efektowną akcją. "Rewelacyjnie się ogląda takie punkty, brawo!" - dodawał kapitan reprezentacji Polski w Billie Jean King Cup.

Linette wygrała drugą partię, pokazując dużo dobrego tenisa, ale w decydującym secie jednak lepsza była faworytka. Stephens wytrzymała tę rolę i wywalczyła swój ósmy w karierze tytuł WTA (na 11 finałów).

Faworytką była nie tylko dlatego, że kiedyś wygrała US Open (2017) i była w finale Roland Garros (2018) oraz - co już padło na początku - że była w top 3 światowego rankingu. Na pewno większe szanse miała w jakiejś mierze dzięki przewadze psychologicznej. A tę zbudowała i ogólnie większymi osiągnięciami od Linette, i tym, że wygrała wszystkie trzy wcześniejsze mecze z Polką. Z drugiej strony wszystkie te spotkania odbyły się dawno - w 2015, 2016 i 2019 roku. Może więc Polka nawet dokładnie nie pamiętała, że nie wygrała w nich ani jednego seta. Ale Amerykanka miała jeszcze dwie przewagi: po pierwsze ona lepiej niż Polka radzi sobie na kortach ziemnych. I po drugie: ona generalnie lepiej sobie radzi w ostatnim czasie.

Co prawda Stephens też nie gra wybitnego sezonu, dla niej to był też pierwszy w tym roku finał, ale jednak do tego finału ona doszła z bilansem 14 wygranych i dziewięcu przegranych meczów w 2024 roku. A to wyraźnie lepszy bilans niż 9:10 Polki.

Obie finalistki swoje bilanse znacznie podreperowały w ostatnich dniach, ale i tu więcej ważyły zwycięstwa Stephens. Bo o ile Linette świetnie wypadła w Rouen w półfinale, pokonując po trzysetowej batalii (6:1, 4:6, 6:2) rozstawioną z trójką Kalininę, o tyle Stephens pokazała się z jeszcze lepszej strony, pewnie wygrywając 6:3, 6:2 z numerem dwa tej imprezy, czyli z Garcią. A w ćwierćfinale równie gładko - 6:2, 6:2 - odprawiła rozstawioną z czwórką Yuan. Dodać można jeszcze jej wcześniejsze 6:3, 6:2 z Karoliną Pliskovą, byłą numer 1 światowego rankingu, która w tym turnieju była dziewiątą najwyżej notowaną zawodniczką (47 WTA).

Chyba były łzy, ale później Linette już się cieszyła. Ma z czego!

Z Linette Stephens nie wygrała aż tak łatwo, ale po ostatniej piłce widzieliśmy, że dla Polki to żadne pocieszenie. Linette siadła na swoim miejscu i czekając na ceremonię wręczenia nagród, patrzyła w jeden punkt. A w oczach chyba miała łzy.

Przegranym finałem Linette jest rozczarowana. Ale to nie zmienia faktu, że ostatni tydzień może odmienić Polce ten sezon. Ona na turniej w Rouen przyjechała z dorobkiem zaledwie pięciu wygranych meczów w 2024 roku. A jej 60. miejsce w rankingu WTA jeszcze cały czas dawało jej miejsce w wirtualnej stawce singlistek kwalifikujących się na igrzyska, ale świetnie, że swoją sytuację Magda wyraźnie poprawiła.

Cztery zwycięstwa i awans do finału w Rouen pozwolą Linette awansować w poniedziałkowym rankingu WTA na 48. miejsce. Żeby zagrać w singlu na paryskich igrzyskach, 10 czerwca, czyli dzień po finale Roland Garros, teoretycznie trzeba będzie mieścić się w top 56 rankingu. Praktycznie wystarczy być nieznacznie dalej. To dlatego, że każdy kraj będzie mógł wystawić maksymalnie cztery zawodniczki, a dziś przed Linette jest osiem Amerykanek, siedem Czeszek oraz po pięć Chinek i Ukrainek. A zatem już z tego grona w turnieju singlistek na igrzyskach nie zagra dziewięć bardzo dobrych zawodniczek.

Linette w najbliższym czasie będzie broniła punktów za trzecie rundy w Madrycie i Rzymie, za drugą rundę w Strasburgu i za pierwszą w Roland Garros. Można liczyć, że swój olimpijski cel zrealizuje. Zwłaszcza że w jej grze coś ewidentnie drgnęło - widzieliśmy to. Przyjemnie było też patrzeć, jak na poturniejowej ceremonii Linette już się uśmiecha, jak jest zadowolona z dobrej roboty.

Dzięki dobrej postawie w Rouen Linette nie tylko awansuje w światowym rankingi, ale też wróci na drugie miejsce w rankingu najlepszych tenisistek z Polski. Bezkonkurencyjna pozostaje Iga Świątek, która jest światową numer 1. Natomiast Linette awansując z miejsca 60. na 48. przeskoczy Magdalenę Fręch, która w poniedziałek przesunie się z miejsca 52. na 51.

W poprzedni weekend Fręch razem ze Świątek walczyły dla Polski w meczu w Biel ze Szwajcarią w Billie Jean King Cup, a Linette pierwszy raz od dawna w reprezentacji zabrakło. Nieważne czy stało się tak z powodów prywatnych, rodzinnych, jak podawano, czy może po prostu dlatego, że Linette chciała pojechać do Rouen już kilka dni przed turniejem, żeby się jak najlepiej przystosować do mączki wysypanej w hali i żeby zawalczyć o jak najlepszy wynik. Liczy się efekt. A ten jest taki, że znów możemy być spokojniejsi o to, że trzy Polki zobaczymy w olimpijskim turnieju singlistek.

Czy Magda Linette zwycięży jeszcze w przyszłości w turnieju WTA?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.