Trener Igi Świątek nie wierzył własnym oczom

Agnieszka Niedziałek
Iga Świątek
screen Canal+

Iga Świątek uśmiechnęła się po niewykorzystanej piłce setowej w pierwszej partii meczu 3. rundy w Miami, ale do śmiechu nie było długo ani jej, ani jej sztabowi szkoleniowemu. Trener Tomasz Wiktorowski nieraz podczas pojedynku z Lindą Noskovą kręcił głową z niedowierzaniem, bo na początku spotkania obawiał się czegoś zupełnie innego. Ale Polka ostatecznie wygrała, przede wszystkim sama ze sobą.

Dwa ostatnie pojedynki Igi Świątek z Lindą Noskovą dzielą jedynie dwa tygodnie, ale gra Polki w 3. rundzie w Indian Wells i na tym samym etapie w Miami przeciwko Czeszce to dwa zupełnie różne obrazki. W Kalifornii faworytka oddała rywalce cztery gemy i grała świetnie, na Florydzie zaś kilkakrotnie wyciągała do niej pomocną dłoń. Wygrała po dwuipółgodzinnych mękach 6:7, 6:4, 6:4.

Zobacz wideo Gwiazdy sportu oszalały za padlem

Świątek i jej trener patrzyli z niepokojem w górę

W pierwszych gemach niedzielnego meczu zarówno Świątek, jak i trenujący ją Tomasz Wiktorowski zerkali z niepokojem w górę. Nie chodziło o grę Polki - ich obawy dotyczyły pogody, bo nad kortem w Miami gromadziły się ciemne chmury. Mecz dwukrotnie został przerwany w inauguracyjnym secie z powodu opadów, ale tylko na krótką chwilę. Głównym problemem liderki światowego rankingu tego dnia nie była jednak aura, która utrudniała rywalizację na Florydzie w ostatnich dniach. Największą trudnością była nierówna i pełna błędów gra faworytki.

Mecz drugiej rundy z soboty Świątek (pokonała ekspresowo Camilę Giorgi 6:1, 6:1) potwierdził, że tęskniła za grą w Miami po ubiegłorocznej nieobecności. Efektownym zwycięstwem należycie uczciła 100. mecz w turniejach rangi 1000. Tego 101., choć też wygranego, pewnie wolałaby nie powtarzać w przyszłości. Wiadomo było, że Noskova to zawodniczka prezentująca wyższy poziom niż Włoszka, ale zgrało się to ze słabszą dyspozycją pierwszej rakiety świata. I choć tydzień temu bardzo pewnie triumfowała w Indian Wells, to dało teraz o sobie znać skumulowane zmęczenie. Albo po prostu miała słabszy dzień.

W niedzielę dwukrotnie w pierwszym secie wydawało się, że 22-letnia Polka jest na prostej drodze do tego, by powtórzyć scenariusz z poprzedniego meczu z młodszą o trzy lata Czeszką. Najpierw gdy prowadziła 2:0, a potem przy stanie 5:2. W pierwszym gemie serwowała na tyle dobrze, że 31. w rankingu rywalka nie była w stanie choćby raz umieścić piłkę w korcie przy returnie. W połowie trzeciego miała już na koncie cztery uderzenia wygrywające i przy prowadzeniu 40:15 wydawało się, że zaraz wygra trzeciego gema z rzędu. Ale tylko wydawało, bo Noskova dała próbkę swoich wielkich możliwości.

To był zapewne pierwszy sygnał alarmowy. Zaraz po tej niespodziewanej stracie podania nastąpiła pierwsza krótka przerwa w grze spowodowana opadami. Wiktorowski przekazywał wówczas Polce, że nie musi podejmować zawsze maksymalnego ryzyka, gdy rywalka nakłada na nią presję. - Poza tym wszystko dobrze - podsumował szkoleniowiec. Ale potem już nie mógł tego powtórzyć.

Wymowne gesty Wiktorowskiego. Droga przez mękę ze szczęśliwym zakończeniem

Czeszka pokazała to, z czego słynie - urozmaiconą grę, wplatała skróty. Po jednym z nich efektownie przelobowała faworytkę. Polka z kolei zaczęła się nadmiernie śpieszyć i przyszły błędy. Po jednym z nich (20. niewymuszonym do tego momentu) - przy stanie 6-5 - Świątek uśmiechnęła się, ale członkowie jej sztabu szkoleniowego mieli wtedy nietęgie miny. Sprawdził się czarny scenariusz, bo co prawda wybroniła się świetnym returnem przy pierwszym setbolu dla nastolatki, ale ta następnie zapunktowała asem i forhendem, po którym Polka tylko odprowadziła piłkę wzrokiem.

Wydawało się, że taki rozwój wypadków zdenerwował, ale i zmobilizował 22-latkę, która wróciła z szatni ze swoim słynnym notatnikiem w ręce. Zaczęła świetnie i do stanu 5:1 była niemal jak walec. A potem? Najlepszym podsumowaniem kolejnych minut były gesty Wiktorowskiego. Kilkakrotnie z niedowierzaniem kręcił głową. Świątek, mając przeciwniczkę na tacy, zaczęła jej pomagać w odrabianiu strat własnymi pomyłkami. Opanowała sytuację w ostatnim momencie. 

Miła dla oka nie była też decydująca odsłona, która zaczęła się od licytacji na błędy po obu stronach. A jakby mało było zwrotów akcji dotychczas, to prowadząca wcześniej 5:3 Polka w 10. gemie oddała rywalce przy własnym podaniu trzy pierwsze punkty. Ale przetrwała. 

To nie był piękny mecz, bardziej droga przez mękę. Świątek popełniła 52 niewymuszone błędy, przy 36 winnerach. Nic dziwnego więc, że na koniec mogła poczuć wielką ulgę. Choć - sądząc po jej reakcji (posłała mocne spojrzenie osobom ze swojego boksu i wskazała w ich kierunku palcem) - dominowała satysfakcja ze zwycięstwa nad samą sobą.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...