Bolesne deja vu Świątek. W Dubaju powiało australijskim powietrzem. Już to przerabialiśmy

Agnieszka Niedziałek
Można odnieść wrażenie, że Iga Świątek zaliczyła właśnie bolesne deja vu, a w Dubaju powiało australijskim powietrzem. Nie brakuje zaskoczonych tym, co się nagle stało z grą liderki światowego rankingu w półfinale turnieju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a miesiąc temu takie pytanie padało pod kątem jej występu w Melbourne. Odpowiedzi na razie brak.

Gdy przy stanie 4:5 w pierwszym secie piątkowego meczu Iga Świątek narzuciła na głowę ręcznik, to nie był to dobry znak. Liderka światowego rankingu robi to zwykle, by się odciąć, gdy jest zdenerwowana. Kilka razy w przeszłości zadziałało to na tyle skutecznie, że była w stanie wyjść z opresji, ale często kojarzone jest z meczami przez nią przegranymi. W półfinale w Dubaju nie pomógł ani ręcznik na głowie, ani dawno niewidziana u Polki scena rzucania rakietą o kort we frustracji. Przegrała z Anną Kalinską 4:6, 4:6, choć wydawało się, że nie zapowiadało kłopotów i nagłego zgaśnięcia pierwszej rakiety globu.

Zobacz wideo Gwiazdy sportu oszalały na punkcie padla

Kalinska na fali. Gauff i Świątek na rozkładzie w dwa dni. Rosjanka jak Noskova

Kalinska, która w Dubaju zaczynała od eliminacji, nie jest postacią przypadkową. Tyle że od dotychczas mówiono o jej talencie, ale brakowało przypieczętowania tego efektownymi wynikami. Aż do teraz. Ostatnie dwa miesiące to najlepszy okres w karierze 25-latki. Sezon zaczęła jako 80. tenisistka listy WTA, teraz jest 40., a po awansie do półfinału było wiadomo, że w poniedziałek zadebiutuje w Top30. Ten przeskok w notowaniach to jej wielki sukces, tak jak i pierwszy w karierze finał turnieju rangi WTA 1000. A na tym zawodniczka z Moskwy może nie skończyć, to jeśli wygra, to znajdzie się w czołowej "20".

Przed tym sezonem Kalinska miała na koncie trzy wygrane z rywalkami z Top10, a od początku stycznia dołożyła cztery kolejne. W tym w ciągu dwóch ostatnich dni zanotowała pierwsze w karierze zwycięstwa nad przeciwniczkami z czołowej piątki światowego rankingu. W czwartek wzorcowo wykorzystała gorszy dzień Coco Gauff (3. WTA), a dzień później Świątek.

Tenisistka z Moskwy błysnęła w styczniu, docierając do ćwierćfinału Australian Open. Wcześniej w Wielkim Szlemie nie była w stanie przejść drugiej rundy. Polka z kolei o tegorocznym występie w Melbourne chciałaby jak najszybciej zapomnieć. Zakończyła go niespodziewaną porażką w trzeciej rundzie. Lepsza od niej okazała się 50. wówczas na liście WTA Linda Noskova. 19-letnia Czeszka miała wtedy ten sam atut, który w piątek był po stronie Kalinskiej - prezentuje styl niewygodny dla Świątek, mogła grać na pełnym luzie, bo to nie na niej spoczywała presja i gdy faworytka uchyliła jej drzwi, to wzorcowo z tego skorzystała. Wtedy tenisistka Tomasza Wiktorowskiego zeszła z kortu pokonana 6:3, 3:6, 4:6.

Powtórka scenariusza z Melbourne. Niedokończony interes Świątek

W pewnym momencie w piątek operator pokazał szkoleniowca Świątek. Wydawał się zaskoczony kłopotami, które miała jego zawodniczka. Seriami popełniała błędy w sytuacjach, w których zwykle radziła sobie bez problemu. Momentami nie działało nic. A początek spotkania tego nie zwiastował. Rosjanka dzielnie się trzymała, ale grająca swoje Polka prowadziła 4:2. Potem jednak nagle zgasła. Na antypodach kłopoty zaczęły się nieco później, ale efekt finalny był ten sam.

Różnica jest taka, że w Melbourne Świątek od początku się męczyła. Problemy miała zwłaszcza w drugiej rundzie. A było to o tyle zaskakujące, że nieco wcześniej podczas rozgrywanego również w Australii United Cup radziła sobie świetnie. W pięciu meczach straciła wtedy tylko seta, a w czterech pozostałych spotkaniach maksymalnie oddała rywalce pięć gemów. Niby bardzo zbliżone warunki klimatyczne, niby ten sam rodzaj kortu, ale gra całkiem inna.

Tegoroczne występy Polki na Bliskim Wschodzie też zaczęła w wymarzony sposób. W Dosze zapisała się w historii, triumfując po raz trzeci z rzędu jako pierwsza w tej imprezie. Nie straciła przy tym seta i oszczędziła nieco sił, bo półfinał zakończył się walkowerem Karoliny Pliskovej. Korty w Dubaju, choć też są twarde, to nieco szybsze niż te w Katarze. A takie warunki są dla Świątek nieco trudniejsze. Trzeba też oczywiście pamiętać, że za sprawą triumfu w Dosze nie miała wiele czasu na adaptację w Dubaju. Ale nie miała za sobą długiej podróży ani znaczącej zmiany warunków. Potwierdzały to jej wcześniejsze mecze w tej imprezie. Dlatego właśnie zaskoczeniem było to, co stało się w piątek.

Trudno mówić tu o wielkim rozczarowaniu. Polka dotarła przecież do półfinału. Na 26 startów w "tysięcznikach" 13 razy była w najlepszej czwórce turnieju. O takiej statystyce wiele tenisistek może tylko pomarzyć. Tuż po dotarciu do Dubaju na tegoroczną edycję dziennikarze pytali ją, czy ma poczucie, że ten turniej to dla niej taki niedokończony interes. Bo regularnie triumfowała w Dosze, ale w ZEA nie była w stanie tego zrobić. Świątek zaprzeczyła wtedy, zaznaczając, że odcina w pamięci wyraźną kreską poprzednie edycje. Ale faktem jest, że o ile ma już patent na podbój Kataru, to wciąż nie znalazła sposoby, by do bardzo długiej listy tytułów dołożyć ten wywalczony w Dubaju. Kolejna próba za rok.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.