Na co dzień walczy z Putinem i uderza w Sabalenkę. "To, co zrobiła, było żałosne"

Konrad Ferszter
- Kijów to moje miasto. Nigdy nie spodziewałem się, że będę musiał chodzić po jego ulicach z bronią. Ale nie było innego wyjścia. Kiedy widzisz, co Rosjanie robią cywilom, niewinnym ludziom i dzieciom, wzbiera się w tobie złość, której nie sposób opisać - mówi Serhij Stachowski - tenisista, który niegdyś pokonał Rogera Federera, a dziś walczy w wojnie z Rosją. To nie jest jednak historia superbohatera. Z powodu wojny rodzina Stachowskiego się rozpadła, ale on i tak nie żałuje. - Moje dzieci być może będą dorastały bez ojca. Ale przynajmniej zapewniłem im bezpieczeństwo - mówi.

- To była tylko moja decyzja. Chciałem odkupić grzechy z 2014 r., kiedy nie poszedłem na wojnę. Wtedy byliśmy tuż po ślubie, a moja żona była w ciąży. Poza tym nie miałem odpowiednich umiejętności. Miałem moralne usprawiedliwienie - powiedział Serhij Stachowski w rozmowie z "Guardianem".

Zobacz wideo Ostrzeżenie dla Igi Świątek. "Ogromny wysiłek"

- Teraz sytuacja jest zupełnie inna. Zakończyłem karierę i czułem się gotowy. Poza tym nie mogłem znieść myśli, że ja i moja rodzina będziemy żyli spokojnie i szczęśliwie, kiedy miliony innych ogarniał strach. To był impuls, decyzję podjąłem w jednej chwili - dodał.

Raptem dwa lata temu Stachowski ogłaszał zakończenie tenisowej kariery. Chwilę później był już w Kijowie, gdzie bronił miasta przed rosyjskimi wojskami. I na froncie walczy do dziś. Wojna zabrała mu nie tylko spokojne i dostatnie życie, ale przede wszystkim rodzinę. 38-latek uważa jednak, że cel, jaki mu przyświeca, jest godny każdego poświęcenia.

Ograł Federera na Wimbledonie

Kiedy w styczniu 2022 r. Stachowski ogłaszał koniec kariery, niewielu kibiców zwróciło uwagę na tę informację. Chociaż urodzony w Kijowie zawodnik długo był najlepszym ukraińskim tenisistą, to nigdy nie wybił się ponad przeciętność. Wygrał cztery turnieje, wszystkie rangi ATP 250. W turniejach wielkoszlemowych nigdy nie doszedł dalej niż do trzeciej rundy. Pod koniec września 2010 r. został sklasyfikowany na 31., miejscu w światowym rankingu. To najwyższa pozycja w jego karierze.

Najgłośniej o Stachowskim było w 2013 r. Wtedy Ukrainiec sensacyjnie wyeliminował Rogera Federera (6:7, 7:6, 7:5, 7:6) w drugiej rundzie Wimbledonu, kończąc jego serię 36 wielkoszlemowych turniejów z awansem co najmniej do ćwierćfinału. Stachowski zaskoczył szwajcarskiego mistrza agresywną grą przy siatce.

- Bardzo nie podobało mu się to, co robiłem na korcie. Nie mógł się przez to rozpędzić - opowiadał po meczu Stachowski, który przed kolejnym spotkaniem udzielił kilkunastu wywiadów. Zainteresowanie mediów było tak ogromne, że Ukrainiec kompletnie nie poradził sobie z przygotowaniem do kolejnej rundy. I w niej przegrał z Juergenem Melzerem (2:6, 6:2, 5:7, 3:6).

To był szczyt możliwości Stachowskiego. Ukrainiec wielkiej kariery nie zrobił, chociaż jako junior zapowiadał się co najmniej obiecująco. W 2004 r. Stachowski zagrał nawet w finale młodzieżowego US Open, gdzie przegrał z późniejszym mistrzem olimpijskim i trzykrotnym triumfatorem turniejów Wielkiego Szlema - Andym Murrayem.

Z Dubaju przez Budapeszt do obrony Kijowa

Niespełna dwa miesiące po zakończeniu kariery o Stachowskim znów zrobiło się głośno. Zaraz po ataku Rosji na Ukrainę były tenisista dołączył do ochotniczej jednostki broniącej Kijowa, o czym rozpisywały się media na całym świecie.

Sytuacja była wyjątkowa, bo Stachowski wcale nie musiał bronić ojczyzny. Jako ojciec trójki małych dzieci był zwolniony z obowiązku służby w Ukrainie. Poza tym Stachowski wraz z rodziną na co dzień mieszkał w Budapeszcie, z dala od wojny. Mimo to były zawodnik nie miał wątpliwości, co powinien zrobić.

O tym, że wojna zacznie się już następnego dnia, Stachowski dowiedział się w trakcie wakacji w Dubaju. To tam zadzwonił do niego kolega i poinformował go, że Rosja, która od miesięcy rozmieszczała wojska na granicy z Ukrainą, w końcu zaatakuje.

Stachowski od razu zadzwonił do mieszkających w Kijowie rodziców i kazał im przygotować się do ewakuacji. Sam zaraz po powrocie do Budapesztu ruszył w drogę do Ukrainy. Dla niego była to szansa na odkupienie za to, że w 2014 r. nie stanął w obronie zaatakowanego przez Rosję Krymu.

Dwa lata temu sytuacja była inna. Stachowski mógł zostawić rodzinę w bezpiecznym miejscu, a sam był gotowy do podjęcia działań na froncie. Jeszcze w trakcie zawodowej kariery przez cztery lata przechodził szkolenie w specjalnej akademii na Słowacji, gdzie uczył się podstawowych zachowań i obsługi broni. - Miałem podstawowe umiejętności. Widziałem, że mogę się przydać - mówił Stachowski.

- Wiedziałem, w co się pakuję. Nie byłem takim twardzielem, jakim chciałbym być, ale miałem kogo naśladować. Na miejscu okazało się, że w kraju został nie tylko prezydent Wołodymyr Zełenski, ale też wiele osób podobnych do mnie. Każdy chciał walczyć za Ukrainę, każdy chciał strzelać do Rosjan - dodał.

"Uczymy się żyć w strachu"

W pierwszych dniach wojny Stachowski służył w jednostce broniącej Kijowa. - To moje miasto. Urodziłem się w nim i w nim pochowani są moi dziadkowie i pradziadkowie. Nigdy nie spodziewałem się, że będę musiał chodzić po ulicach Kijowa z bronią. Nie było jednak innego wyjścia. Kiedy widzisz, co Rosjanie robią cywilom, niewinnym ludziom i dzieciom, wzbiera się w tobie złość, której nie sposób opisać - stwierdził Stachowski.

- Widziałem sytuacje, w których Rosjanie strzelali w plecy uciekających z domów cywili. Widziałem ojca, który w trakcie próby ratowania rodziny stracił ją całą. Widziałem martwe dzieci. I to dzieje się bez przerwy. I wiesz, co jest najgorsze? Że jako ludzie jesteśmy w stanie się do tego przyzwyczaić. Nie zaakceptować, ale zaadaptować. Uczymy się żyć w strachu - dodał.

W trakcie wojny Stachowski walczył nie tylko w Kijowie, ale też m.in. w Bachmucie i Awdijiwce. Były tenisista zaczynał jako ochotnik, dziś jest członkiem specjalistycznego oddziału SBU Alfa. To elitarna jednostka, do której przed wojną dostać się mogli tylko nieliczni.

- Gdyby nie wojna na pełną skalę, to taki skok w karierze nie byłby możliwy. Jednak sytuacja, w jakiej znalazł się nasz kraj, sprawiła, że pojawiłem się w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie można było sobie wyobrazić byłego tenisisty - wyjaśnił Stachowski.

- To wciąż elitarna jednostka, która zapewnia odpowiednie szkolenia. Chociaż przed wstąpieniem do niej nadal trzeba przejść serię testów i badań, to wymagania dotyczące przyjęcia znacznie spadły. W czasach pokoju z trzystu kandydatów do "Alfy" trafiało dziesięć osób. Tuż przed wojną na dziesięciu chętnych przyjmowano dwóch. Teraz to wygląda jeszcze inaczej - dodał.

"Oni kochają zabijać, grabić i palić"

- Jest tu wciąż personel o najwyższych kwalifikacjach. To jednostka, która będzie się rozwijać. Nikt nie podejmuje tu decyzji na kolanie. Szczegółowo omawiamy wszystkie operacje i ruchy. Regularnie współpracujemy z partnerami z Zachodu, którzy również podnoszą nasze umiejętności i dodają nam doświadczenia - podsumował Stachowski.

W "Alfie" były tenisista zajmował się m.in. obsługą dronów. Stachowski zaopatrywał je w ładunki i wysyłał do celu. Jak sam przyznał, brał też udział w wymianie jeńców. - Byłem przy operacji wymiany żołnierzy. Rosjanie oddali nam 54 Ukraińców w zamian za 25 członków Grupy Wagnera. Było to duże przeżycie i wyjątkowa historia - opowiedział Stachowski.

- W trakcie wymiany jeńców obowiązuje trzygodzinne zawieszenie broni. Jeńcy z obu stron spotykają się w jednym punkcie. Oprócz żywych jeńców przynieśli nam też naszych zmarłych. Wraz z członkami Grupy Wagnera też oddaliśmy ciało zmarłego pilota - kontynuował.

- Naprawdę trudno z nimi rozmawiać, bo oni kochają zabijać, grabić i palić. Ale ciekawe jest to, że kiedy zostanie się z nimi sam na sam, są żałośnie słabi i przestraszeni. Obszczani i osrani. Silni są dopiero w grupie, kiedy obok jest broń. W pięciu zabiją każdego włącznie z kobietami i dziećmi - podsumował Ukrainiec.

Rozwód w trakcie wojny

Nie jest tak, że Stachowski przebywa w Ukrainie bez przerwy. Co kilka miesięcy 38-latek może wyjechać na przepustkę do Budapesztu, gdzie spędza czas z dziećmi. Tylko z nimi, bo w pewnym momencie wojny wraz z żoną zdecydowali o rozwodzie.

- To tylko jedna z kilku rzeczy, które sprawiają, że moja historia wcale nie jest fajna - mówił Stachowski. Chociaż decyzja o rozwodzie zapadła blisko rok temu, to dzieci wciąż o niej nie wiedzą. Tak samo jak nie wiedzą, że ich ojciec na co dzień walczy na wojnie. Są jeszcze na to za małe.

- Na razie po prostu staram się im rekompensować moją nieobecność. Wciąż mam nadzieję, że nie będę im musiał wiele opowiadać. Mam nadzieję, że nie będę musiał mówić, że zabijałem ludzi i widziałem, jak giną inni. To nie wniesie do ich życia nic pozytywnego - stwierdził Stachowski.

- Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam z Budapesztu, kłamię, że na pewno wrócę. Nigdy tego nie wiem. A one wciąż chciały się przytulać i prosiły, żebym nie wyjeżdżał. To nie ułatwiało sprawy. Dlatego ostatnio zacząłem wyjeżdżać albo nad ranem, albo w środku nocy, kiedy jeszcze śpią - dodał.

"Sabalenka zachowała się żałośnie"

Stachowski walczy nie tylko na ulicach Ukrainy, ale też w mediach. W ciągu ostatnich dwóch lat były tenisista udzielił wielu wywiadów, w których nie tylko opowiedział swoją historię, ale też apelował do tenisowych władz i wciąż aktywnych zawodników i zawodniczek. 

- W 2022 r. władze Wimbledonu wykazały się wielką odwagą, nie dopuszczając do turnieju zawodników z Rosji i Białorusi. Anglicy pokazali, jak należy postępować w tych czasach i jasno wskazali, co jest dobre. Niestety nie mieli wsparcia we władzach i samych zawodnikach - powiedział Stachowski w rozmowie z "Guardianem".

- Minęło już tyle czasu, a Aryna Sabalenka wciąż się nie określiła, czy potępia działania własnego kraju. O ile na początku to było zrozumiałe, o tyle teraz to dla mnie nie do pojęcia. Co więcej, Sabalenka opisała się jako ofiara wojny, co było żałosne - dodał.

- Ci, którzy przeciwstawili się wojnie, byli karani. To niedopuszczalne. Zawodnicy z Rosji i Białorusi powinni być pierwszymi, którzy wyjdą i powiedzą: "To straszne, nie popieramy wojny prowadzonej przez nasz rząd". Zamiast tego opowiadają, że nie chcą łączyć sportu z polityką. Wojna to po prostu wojna. Sprawa jest prosta: albo wybierasz dobro, albo zło - stwierdził Stachowski.

Ukrainiec za wzór postawił Darję Kasatkinę, czyli Rosjankę, która od dawna otwarcie krytykuje wojnę w Ukrainie. - Ona ma więcej odwagi niż wszyscy Rosjanie i Białorusini razem wzięci. Zawsze była świetną, bardzo utalentowaną tenisistką. Ale kiedy pierwszy raz przeczytałem jej wywiad, nabrałem do niej jeszcze więcej szacunku. Jestem jej bardzo wdzięczny za to, co robi - powiedział Stachowski.

- Właśnie tak powinni się zachowywać zawodnicy. Większość z nich nie będzie jednak w stanie z czystym sumieniem odpowiedzieć na pytania: "Co zrobiłeś, by nie doszło do wojny?" albo "Co zrobiłeś, by ją powstrzymać?". Nie będą w stanie odpowiedzieć, bo nic nie zrobili. Po prostu milczeli - dodał.

To, co zrobiła Rosja, było złe

Zdaniem Stachowskiego wojna znajduje się w bardzo trudnym dla Ukrainy momencie. Chociaż kraj przetrwał znacznie dłużej, niż przewidywano, to początkowa euforia zaczęła maleć. Stachowski zauważył, że z uwagi na własne bezpieczeństwo do obrony ojczyzny staje coraz mniej osób.

Młodsi uciekają na Zachód. Starsi albo się ukrywają, albo kombinują, jak na wojnie zarobić. - Kiedy po prostu ściągasz do armii ludzi z ulicy, to nie jest to dobre rozwiązanie. Oni muszą to czuć i tego chcieć, a nie traktować to jako przymus i karę - powiedział Stachowski.

- Nie wiem, ile jeszcze potrwa ta wojna. Nie mam takich informacji jak najważniejsze osoby w kraju. Ale zaczyna mnie denerwować obojętność dużej części narodu. Nie rozumiem, jak można być tak obojętnym na ludzką śmierć i tragedię, jaka nas spotkała. Lojalni Ukraińcy oddali armii majątki, ale są też tacy, którzy w ciągu ostatni dwóch lat potężnie się dorobili - dodał.

- Ja bym tak nie mógł. Nie tak wychowali mnie rodzice. Sam będę starał się przekazywać takie wartości swoim dzieciom, chociaż wiem, że istnieje ryzyko, że będą dorastały bez ojca. Ale przynajmniej zapewniłem im bezpieczeństwo. Zrobiłem to, co mogłem, a teraz walczę przeciwko złu. Bo to, co zrobiła Rosja, jest złe. I za to musimy ich pokonać i ukarać - podsumował Stachowski.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.