Tak ma wyglądać zwycięstwo Ukrainy z Rosją. "Żałośnie słabi i przestraszeni"

- Tu nie chodzi tylko o terytoria. Wojna nie skończy się w momencie, gdy odetną nas od Dniepru czy zajmą Charków. Rosja prowadzi wojnę przeciw Ukrainie i chce zniszczyć nasz naród. Musimy być gotowi na długą wojnę. Nie po to wróciłem do ojczyzny, aby teraz z niej uciekać - mówi były zawodowy tenisista Serhij Stachowski, który od początku wojny w Ukrainie broni ojczyzny.

Była końcówka września 2010 r., kiedy Serhij Stachowski był 31. zawodnikiem światowego rankingu ATP. Urodzony w Kijowie zawodnik przez lata był najlepszym ukraińskim tenisistą. Stachowski na kortach zarobił ponad 5,5 mln dol., wygrał cztery turnieje, a w turniejach wielkoszlemowych dochodził do trzeciej rundy.

Zobacz wideo Ostrzeżenie dla Igi Świątek. "Ogromny wysiłek"

W styczniu 2022 r. Stachowski zakończył karierę. Po latach podróży i nieustannej gry chciał oddać się rodzinie i planom na przyszłość. Miesiąc później wszystko zmienił początek wojny w Ukrainie. Stachowski nie uciekł jednak z ojczyzny, tylko stanął do jej obrony.

Na początku wojny 38-latek przyłączył się do obrony terytorialnej Kijowa, później bronił m.in. Bachmutu. W rozmowie z portalem pravda.com.ua Stachowski opowiedział o doświadczeniach na wojnie i o miejscu, w którym dziś znajduje się Ukraina.

Stachowski brał udział m.in. w wymianie jeńców. - Byłem przy operacji wymiany żołnierzy. Rosjanie oddali nam 54 Ukraińców w zamian za 25 członków Grupy Wagnera. Było to duże przeżycie i wyjątkowa historia - zaczął Stachowski.

- Kiedy odbieraliśmy rosyjskich jeńców, byli załadowani na opancerzone transportery. Jako że było ich tylko 25, mogliśmy pozwolić sobie na osadzenie ich po pięciu w jednym aucie. Kiedy wieźliśmy z powrotem naszych żołnierzy, pojawił się problem, bo musieliśmy ich ładować po 12 - dodał.

- W trakcie wymiany jeńców obowiązuje trzygodzinne zawieszenie broni. Jeńcy z obu stron spotykają się w jednym punkcie. Oprócz żywych jeńców przynieśli nam też naszych zmarłych. Wraz z członkami Grupy Wagnera też oddaliśmy ciało zmarłego pilota. Nie wiem, kto negocjuje wymianę jeńców i jak przebiega cały taki proces, ale sama wymiana wyglądała jak w trakcie prawdziwej wojny - podsumował Stachowski.

"Wojna jest w najtrudniejszym momencie"

Jak przyznał Stachowski, w czasie transportu jeńców miał okazję z nimi porozmawiać. - Chciałem wiedzieć, co tu robią, po co wmieszali się w coś takiego. Problem polegał na tym, że członkowie Grupy Wagnera to najczęściej najniższa klasa społeczna. 90 proc. z nich siedziało w więzieniach. Oni dostali prosty wybór: albo gnijecie w więzieniu, albo zaczynacie zabijać Ukraińców z bronią w ręce - powiedział były tenisista.

- Naprawdę trudno z nimi rozmawiać, bo oni kochają zabijać, grabić i palić. Ale ciekawe jest to, że kiedy zostanie się z nimi sam na sam, są żałośnie słabi i przestraszeni. Obszczani i osrani. Silni są dopiero w grupie, kiedy obok jest broń. W pięciu zabiją każdego włącznie z kobietami i dziećmi - dodał.

W jakim momencie wojny zdaniem Stachowskiego znajduje się Ukraina? - Najtrudniejszym. Euforia wyparowuje, a wiele osób przestaje myśleć o tym, że w kraju toczy się jakaś wojna. Każdy chce żyć i się rozwijać - powiedział Stachowski.

- Tu nie chodzi tylko o terytoria. Wojna nie skończy się w momencie, gdy odetną nas od Dniepru czy zajmą Charków. Rosja prowadzi wojnę przeciw Ukrainie i chce zniszczyć nasz naród. Musimy być gotowi na długą wojnę. Nie po to wróciłem do ojczyzny, aby teraz z niej uciekać - dodał.

- Nawet jeśli Władimir Putin zginie, wojna się nie skończy. Dla Rosji Ukraina to czerwona szmata, która odwraca uwagę narodu od ich wewnętrznych problemów. Dopóki mają w nas wroga, nie zwracają uwagi na poziom życia, jaki zapewnia im ojczyzna. "Musimy ratować świat przed nazistami" - to ich retoryka. (...) Rosja musi przestać istnieć w takich granicach jak obecnie. Inaczej ta wojna się nie skończy. Zwycięstwem Ukrainy będzie rozbicie tego państwa na mniejsze części. Pewnie to nie zdarzy się za mojego życia, ale to na pewno kiedyś nastąpi - podsumował Stachowski.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.