Mirra Andriejewa (32. WTA) doskonale rozpoczęła zmagania w Melbourne. Najpierw w nieco ponad godzinę pokonała Bernardę Perę (84.) 7:5, 6:2, a następnie - dość niespodziewanie - rozbiła szóstą rakietę świata Ons Jabeur 6:0, 6:2. Tym samym wiadomo było, że w kolejnym starciu zmierzy się z Francuzką Diane Parry.
Początek piątkowego spotkania kompletnie nie układał się po myśli 16-latki, która fatalnie radziła sobie w polu serwisowym. Po dwóch przełamaniach rywalki udało jej się obronić podanie dopiero w szóstym gemie, ale było już za późno, aby nawiązać rywalizację w tym secie. Zakończył się on łatwym zwycięstwem Parry 6:1. Druga odsłona wyglądała już dużo inaczej.
Nie dość, że Andriejewa konsekwentnie utrzymywała serwis, to najpierw w czwartym, a następnie w szóstym gemie przełamała Francuzkę. Ostatecznie zwyciężyła tę partię 6:1. Widać było, że wróciła do optymalnej formy, dlatego jej rywalka miała sporo powodów do niepokoju przed rozpoczęciem trzeciego seta.
Mimo to okazało się, że na korcie pojawiła się znów wersja Andriejewej z pierwszego seta, czyli ta, która nie potrafiła obronić serwisu. Bardzo dobrze radziła sobie za to Francuzka, która pewnie wykorzystywała każdy jej błąd. Było już 1:5, a w pole serwisowe udała się Parry. Od tamtej pory rozpoczęła się prawdziwa pogoń.
Rosjanka niespodziewanie dwukrotnie przełamała rywalkę, obroniła podanie, potem piłkę meczową, doprowadzając do remisu 5:5. Mimo że miała świetną szansę, aby zakończyć starcie, ponieważ przy stanie 6:5 udała się w pole serwisowe, to po raz trzeci w tej odsłonie została przełamana i kibice zobaczyli tie-break.
Ten należał już zdecydowanie do Andriejewej, która znów kapitalnie zagrywała. Parry nie była w stanie jej się przeciwstawić, a ponadto sama zaczęła popełniać błędy. Kiedy na tablicy było już 7:2, to tak naprawdę tylko cud mógł uratować Francuzkę. Ale taki się nie wydarzył. Rosjanka dopełniła dzieła i zakończyła to starcie wynikiem 1:6, 6:1, 7:6 (5).
"Niewiarygodny powrót" - tak nazwał pogoń Rosjanki dziennikarz Jose Morgado. To jednak nie pierwsza taka sytuacja podczas tego turnieju. Do podobnego zdarzenia doszło w meczu drugiej rundy pomiędzy Igą Świątek a Danielle Collins. Mimo że nasza zawodniczka przegrywała już w trzecim secie 1:4, to była w stanie wrócić do gry, wygrać pięć gemów z rzędu i ostatecznie zwyciężyć 6:4, 3:6, 6:4.
Rosjanka - tak samo jak liderka światowego rankingu - awansowała do kolejnego etapu, zaliczając przy okazji najlepszy występ w karierze. Jednocześnie została czwartą zawodniczką w ostatnich 30 latach, która przed ukończeniem 17. roku życia awansowała do IV rundy zarówno Wimbledonu, jak i Australian Open - po Martinie Hingis, Tatianie Golovin i Coco Gauff.
Wiadomo, że w następnym spotkaniu zmierzy się z wygraną starcia pomiędzy Amandą Anisimową a wiceliderką światowego rankingu Aryną Sabalenką. Jeśli nie stanie się nic niespodziewanego i Białorusinka wywalczy awans, to Andriejewa będzie miała przed sobą niezwykle trudne wyzwanie.