Sponsorzy pytają o Igę Świątek. "Gorzej być nie może". Zawstydzająca sprawa dla Polski

Agnieszka Niedziałek
Pierwsze pytanie z ust ewentualnych sponsorów turniejów tenisowych w Polsce brzmi często: czy zagra Iga Świątek? I to bez względu na to, czy grają panie, czy panowie. W hierarchii organizatorów jesteśmy za krajami o bogatej tradycji i tymi, które jej brak tuszują gigantycznymi pieniędzmi. Nie ratują nas pojedyncze gwiazdy jak Iga Świątek czy Hubert Hurkacz. Do zrobienia jest o wiele więcej.

"Czy cofniemy się do lat 90. i epoki challengerów?" - zastanawiano się w "Przeglądzie Sportowym", ale nie w 2023, a w listopadzie 2007 roku, gdy jasne stało się, że w kolejnym sezonie nie będzie już w kalendarzu J&S Cup, turnieju cyklu WTA. Dzięki niemu w Warszawie rywalizowały Venus Williams, Justine Henin, Kim Clijsters czy Amelie Mauresmo. Za sprawą Prokom Open (siedem edycji w Sopocie i jedna w Warszawie), który zakończył żywot 12 miesięcy później, do Polski zawitali Rafael Nadal (wygrał tam pierwszy w karierze turniej ATP), Nikołaj Dawidienko czy Guillermo Coria.

Zobacz wideo To dlatego Iga Świątek osiąga tyle sukcesów. Analizujemy

Ale to zamierzchła niemal przeszłość. Przez ostatnie 10 lat w Polsce odbyły się dwa turnieje WTA, a w przyszłym sezonie nie będzie już żadnego. I chociaż fani mogą powtarzać pytanie sprzed 16 lat z pewną obawą, to eksperci powtarzają z przekonaniem - skupienie się na tych imprezach to najwłaściwsza droga.

Powrót do lat 90. i epoki challengerów? Zakaz w regulaminie cukierkiem dla tenisistek

Na początek krótkie przypomnienie - międzynarodowe turnieje tenisowe podzielone są na trzy szczeble. Najniżej znajdują się ITF-y, następnie challengery, a najlepsi startują w głównym cyklu w zależności od płci - WTA lub ATP. Osobną kategorię stanowią cztery w roku imprezy wielkoszlemowe, a wywalczenie w nich tytułu to marzenie każdego profesjonalnego gracza.

Ostatnie dwa "polskie" turnieje WTA miały twarze Radwańskiej i Świątek. Z myślą o Radwańskiej w latach 2013-16 grano w katowickim Spodku, ze względu na Świątek powstała impreza, która w 2021 roku gościła w Gdyni, a potem dwukrotnie w Warszawie na kortach Legii. Opieranie turnieju na jednej gwieździe to ryzykowna koncepcja, o czym w pewnym momencie przekonali się organizatorzy obu turniejów. Żadna z tych tenisistek nie wystąpiła bowiem we wszystkich odsłonach "swojej" imprezy.

Świątek, z powodu zbieżności terminu z igrzyskami w Tokio, zabrakło w pierwszej edycji i wiadomo było, że sytuacja powtórzyłaby się w przyszłym roku z racji igrzysk w Paryżu. To było jedną z przyczyn rezygnacji organizatorów, wśród których jest Tomasz Świątek. Ojciec zdobywczyni czterech tytułów wielkoszlemowych nie odpowiedział na prośbę Sport.pl o rozmowę, ale nieoficjalnie można usłyszeć, że poza skutkami kolizji z igrzyskami zniechęcające miały być także mnożące sie trudności organizacyjne. Eksperci nie dziwią się przedstawicielom tej imprezy, choć licencja ważna była jeszcze dwa lata.

- W pełni ich rozumiem. Igrzyska i wydłużenie sezonu na kortach ziemnych w przyszłym roku zmienia kalendarz startów czołówki. Turniej odbyłby się więc bez gwiazd, obsada byłaby słabsza. Byłby wyrównany i ciekawy, ale dla zawodniczek, trenerów, dla ludzi tenisa, a nie dla szerokiej publiczności. W mediach i ogólnej świadomości przeszedłby bez echa - ocenia prezes Polskiego Związku Tenisowego Dariusz Łukaszewski.

Tu trzeba zwrócić uwagę na dwie sprawy. Zawody cyklu WTA i ATP mają swoją hierarchię - od 250, przez 500, po 1000, najbardziej prestiżowe. Dużą renomę mają też wieńczące rywalizację w danym roku zawody masters (WTA Finals/ATP Finals). Zasada jest prosta - im niższa ranga, tym mniej zawodniczek z czołówki. Zarówno w Katowicach, jak i w gdyńsko-warszawskim turnieju odbywała się 250-tka. I choć na liście startowej było kilka ciekawych nazwisk, to Radwańska i Świątek były najsilniejszym magnesem.

Obecnie nikt w środowisku nie przeczy tezie, że w Polsce panuje moda na Igę Świątek, a nie na tenis. Pokazały to m.in. obie ostatnie edycje stołecznej imprezy. Trybuny zapełniały się, gdy na kort wychodziła Polka i to zapewniło organizatorom sukces frekwencyjny. Na meczach bez udziału pierwszej rakiety świata było dużo słabiej. Nie pomagał także deszcz, który w niektóre dni powodował opóźnienia i przekładanie meczów. Ale Adam Romer, redaktor naczelny magazynu "Tenisklub", zwraca uwagę, że pod kątem długofalowym termin w drugiej połowie lipca, jaki miał stołeczny turniej, nie jest wcale taki zły. Niektóre zawodniczki grają wtedy jeszcze w Europie na kortach twardych i dla nich byłaby to dobra okazja, by sprawdzić się przed wylotem do USA.

Dodatkowy czynnik ryzyka dla zawodów w Warszawie to zapowiadany już od kilku miesięcy zakaz startu dla tenisistek z czołówki w 250-tkach, który ma obowiązywać od stycznia. Zdaniem Romera nie będzie on jednak stuprocentowo egzekwowany. - Ten zapis został zawarty w nowym regulaminie, ale według mnie w praktyce nie będzie w pełni obowiązywał. Będzie takim cukierkiem dla tenisistek, by nie protestowały przeciwko temu, co się dzieje w WTA. Z jednej strony będzie więc taka zasada, z drugiej - władze WTA będą godziły się na wyjątki - analizuje.

Wykorzystać szansę jak Radwańska. Niedoceniane challengery

Z uwagi na pozycję Świątek i Hurkacza dobrze byłoby zorganizować w Polsce co najmniej 500-tkę, a to oznaczałoby też więcej zagranicznych gwiazd. Byłaby to także szansa dla regularnie grających w tourze Magdy Linette i Magdaleny Fręch. Tyle że o takim turnieju w kraju nie ma co - jak na razie - marzyć.

Kłopoty zaczynają się przy samej infrastrukturze. Zgodnie z tegorocznym regulaminem ATP organizatorzy 250-tki na kortach odkrytych muszą zapewnić co najmniej trzy korty meczowe i dwa do treningu. Podniesienie rangi do 500 wiązało się z dodatkowymi dwoma kortami treningowymi, a do 1000 - z trzema kolejnymi meczowymi. Mniej potrzeba w przypadku imprez halowych, a więcej, gdy w danym mieście jednocześnie rywalizują kobiety i mężczyźni (dotyczy to części turniejów rangi 1000). Zasady WTA są niemal identyczne - tu czasem pojawia się inna liczba wymaganych kortów treningowych, ale z rozróżnieniem na te na terenie obiektu i poza nim. Kompleksy, na których toczy się rywalizacja wielkoszlemowa, mają w sumie nawet po 20 kortów.

Wraz z rangą rośnie też wymagana minimalna pojemność trybun na korcie centralnym. Przy 250-tce WTA na otwartym obiekcie jest to 2,5 tysiąca, a w ATP o tysiąc więcej. W przypadku 500-tki to odpowiednio pięć i siedem tysięcy, a przy imprezy rangi 1000 - 10 tysięcy. Nieco mniejsze wymogi są przy niektórych imprezach w hali.

W Polsce nie grozi nam więc obecnie ani organizacja 1000-ka, ani 500-tki. Dlatego ekspertów pytamy głównie o 250-tkę. Dariusz Łukaszewski uważa, że frekwencja na turniejach w Warszawie, Katowicach i Sopocie potwierdziła zapotrzebowanie na organizację dużych imprez tenisowych w kraju.

- To tylko pomaga w kontekście upowszechniania dyscypliny. Nasi zawodnicy dzięki "dzikim kartom" mogą podpatrywać gwiazdy i zobaczyć, czego im brakuje oraz co należy zrobić, by się udało. I wykorzystać szansę, jak zrobiła to kiedyś Agnieszka Radwańska. Gdy organizowano J&S Cup była na początku kariery. Dzięki "dzikiej karcie" dotarła tam sensacyjnie do ćwierćfinału - przypomina prezes PZT. 

Ale i on - razem z pozostałymi rozmówcami Sport.pl - przyznaje, że akurat 250-tka nie ma obecnie za bardzo racji bytu w Polsce.

- Ona ma bardziej znaczenie dla mediów, challengery są u nas trochę niedoceniane. Ale zainteresowanie mediów nie zapewni nam odpowiedniej frekwencji, jeśli nie będzie dobrych zawodników. Organizatorzy turnieju w Warszawie bardzo słusznie postąpili, wycofując się z kolejnej edycji. Po pierwsze z uwagi na igrzyska nie byłoby Igi, a po drugie nie miałoby to sensu, jeśli rzeczywiście zawodniczki z czołówki będą miały zakaz udziału w 250-tkach. Nie ma na to aż tylu odbiorców. Trzeba przyciągać nazwiskami - tłumaczy Krzysztof Bobala, dyrektor challengera ATP w Szczecinie.

Dlaczego nie warto organizować 250-tki w Polsce. Rune i Ruud w Szczecinie bez dodatkowych 3 mln złotych

Bobala wielokrotnie na przestrzeni lat robił analizy dla obecnych i potencjalnych sponsorów dotyczące tego, dlaczego nie warto robić w Polsce 250-tki. Ale nie oznacza to, że sam nie podjął o taki turniej starań. Problemem był m.in. zaproponowany termin.

- Zwolnił się po Antalyi,  taki z przełomu maja i czerwca. Warunkiem było zapewnienie kortów trawiastych (w Szczecinie są korty ziemne - red.). To dałoby się załatwić, ale przyzwyczailiśmy się już do naszego terminu. Przy turnieju pracuje zwykle mnóstwo studentów. W proponowanym terminie mieliby sesję i byłby kłopot. Przerobiliśmy to już kiedyś, kiedy przesunięto nam turniej z powodu igrzysk. Kiedyś proponowano nam też kwiecień, ale to bardzo niebezpieczne pod względem pogody w Polsce - wskazuje.

Argumentów jest więcej. Jeden z nich dotyczy obsady, jaką ma przy challengerze i jaką miałby przy 250-tce. Porównał listę startową własnej imprezy z tą z Antalyi i innych europejskich 250-tek.

- Były właściwie takie same, może z niewielką różnicą. Przyjeżdżają do nas spece od "mączki" – Hiszpanie i Argentyńczycy. Cut-off (pozycja w rankingu ostatniego zawodnika na liście - red.) mamy na poziomie 150. miejsca. Holger Rune grał u nas dwa lata temu, a w kolejnym sezonie pukał już do TOP10. Casper Ruud był u nas i zaraz potem też trafił do czołowej "10". Czego mi więcej potrzeba? - pyta retorycznie Bobala.

Jak dodaje, budżet jego turnieju od wielu lat wynosi ok. miliona euro i stwierdza, że żadna impreza tenisowa w Polsce od czasów Prokom Open nie miała tak wysokiego. Nawet turniej WTA w Warszawie. Według niego przekwalifikowanie zawodów na 250-tkę w jego przypadku oznaczałoby wyłożenie dodatkowo co najmniej 3 mln zł. A pozyskanie dodatkowych pieniędzy od sponsorów uważa za najtrudniejsze. 

- I to tylko po to, by mieć taki sam skład albo tylko nieco lepszy. Bo wszyscy kibice chcą Nadala, Djokovicia, Alcaraza. (...) Co roku mam świetną frekwencję na półfinałach i finale, a w tygodniu, gdy gra dobry Polak. W tym roku pojawił się Łukasz Kubot, wcześniej byli Hubert Hurkacz czy Jerzy Janowicz, który podczas ostatniego występu w Szczecinie nie był już w formie, ale nadal przyciąga jako osobowość. Dzisiaj już nie możemy liczyć na występ Huberta, chyba że mielibyśmy idealny termin przed Roland Garros. Ale na to nie ma szans. Organizacja dużego challengera jest dużo prostsza i tańsza. I tak mamy transmisję meczów w telewizji. Przy 250-tce byłoby ich nieco więcej, co ważne dla sponsorów, ale nie na tyle, bym znalazł kolejne trzy mln zł. Poza tym z badań sprzed wielu lat wynikało, że różnica w oglądalności finału Prokom Open i naszego turnieju - gdy oba pokazywano w TVP, była minimalna. Choć sopocki turniej był znacznie większy - wskazuje dyrektor szczecińskiej imprezy.

Czy w męskim turnieju zagra Iga Świątek? "Wyłącznie miłość do tenisa to wersja dla mediów"

Zastrzega, że w rozmowach z potencjalnymi sponsorami nie obiecuje niczego na wyrost co do obsady. A często pierwsze pytanie, który słyszy, brzmi..."Czy zagra Iga Świątek?".

- A nawet jeśli ktoś się trochę zna, wie, że mamy męski turniej i pyta o Huberta, to nie jestem w stanie tego zagwarantować. Nawet jakbym miał lepszy termin i inną nawierzchnię. A jak nie on, to kto? Wcześniej był Kamil Majchrzak i nim można było zasypać dziurę po Hubercie. Teraz nie ma takiego zawodnika, bo kolejni singliści zajmują odległe miejsca w rankingu, więc na jego podstawie nikt – poza Hurkaczem – by się nie łapał. A ATP mocno ogranicza pole manewru przy "dzikich kartach" - zaznacza Bobala.

Jego turniej trzykrotnie został wybrany najlepszym challengerem świata. Jak opowiada, władze ATP przysyłają do Szczecina osoby pracujące przy nowych turniejach, by podpatrywały i się uczyły. Wrześniowy termin opisuje jako przekleństwo, ale i błogosławieństwo. Wówczas odbywają się mecze Pucharu Davisa, a jego impreza jest największą na świecie w tym czasie. To zapewnia bardzo atrakcyjną obsadę, ale i nieraz wyklucza występ czołowych Polaków, jeśli ci grają wtedy w rozgrywkach drużynowych. Jako główną siłę swojego turnieju Bobala wskazuje coś innego - przyjęty wiele lat temu model.

- Nie nastawiamy się tylko na tenis. U nas jest on na równi z liczbą imprez towarzyszących i rzeczy przygotowanych dla biznesu, dla naszych sponsorów. Mamy duży turniej artystów, całotygodniowy festiwal muzyczny, koktajle, spotkania. (...) Prokom też miał dużo imprez towarzyszących, ale największe turnieje w Polsce z ostatnich lat bardziej skupiały się na samym tenisie - ocenia.

Jego wydatki związane z samą organizacją obniża fakt, iż prowadzi firmę eventową i dysponuje wieloma potrzebnymi sprzętami. Podkreśla też wagę doświadczenia biznesowego, a jeśli ktoś go nie posiada, to powinien mieć partnera, który pomoże w tym aspekcie. I zaznacza, że podstawą jest biznesplan, bo organizacja turnieju to potężne przedsięwzięcie.

- Ludzie, którzy przymierzają się do tego, liczą, że od razu na tym zarobią. Nie wierzę, że chodzi tu tylko i wyłącznie o miłość do tenisa i chęć pomocy zawodnikom. To bardziej wersja dla mediów. Każdy ma bowiem w głowie, że po pierwsze musi spiąć budżet, a po drugie może uda się też coś zyskać. Nie ma nic złego w myśleniu o zarobku, ale my przestaliśmy dokładać po pięciu latach - mówi. I dodaje: - Od razu zakładaliśmy, że turniej będzie rósł. Na początku byliśmy młodymi ludźmi i wydawało nam się, że za chwilę będziemy organizować kolejny Wimbledon. Na fali entuzjazmu to poszło. Z czasem dokładało się coraz mniej i pojawiło się światełko w tunelu, że będzie też z tego zarobek. Potem dołączyli potężni partnerzy. Teraz mam już produkt, inni dopiero go tworzą - podsumowuje.

Zgadza się też ze słowami, które kiedyś przeczytał - że w Polsce nieraz organizatorzy stawiają własny sukces ponad sukces turnieju. - Próbują najjaśniej świecić, a ktoś musi przecież wykonać czarną robotę - kwituje dyrektor szczecińskiej imprezy.

Prezes PZT o szukaniu sponsorów: Gorzej już być nie może. Jak uniknąć czkawki

Gdy stało się jasne, że nie będzie kolejnych edycji turnieju WTA w Warszawie, to zaczęły się pojawiać pogłoski, że zastąpić mógłby go w roli 250-tki dotychczasowy challenger w Kozerkach organizowany przez PZT. W mediach pojawiła się nawet wypowiedź Łukaszewskiego, który nie wykluczał tego w niedalekiej przyszłości. Teraz jednak mówi, że na razie federacja musi zebrać pieniądze na organizację imprezy o randze 125, na którą ma licencję i nie myśli o jej powiększaniu. Duże kłopoty ze zgromadzeniem funduszy na ten cel były już w tym sezonie.

- Tegoroczną edycję zorganizowaliśmy w ponad 90 procentach dzięki środkom ministerstwa sportu. Żadne spółki Skarbu Państwa nie zdecydowały się na finansowe wsparcie turnieju, gorzej więc już być nie może. A czy jest szansa, że będzie lepiej? Na pewno nie będzie tak, że wszyscy czekają z otwartymi ramionami, by nas wesprzeć, ale będziemy dążyli do tego, by pozyskać finansowanie - deklaruje działacz.

Wszyscy rozmówcy powtarzają zgodnie - najwłaściwszą drogą jest organizowanie teraz w Polsce jak największej liczby challengerów, które dadzą większej liczbie krajowych zawodników możliwość zdobycia punktów rankingowych i sprawdzenia się na tle zagranicznych rywali, nie ponosząc przy tym dużych kosztów związanych ze startami poza krajem. W tym roku w Kozerkach taką szansę wykorzystała np. Maja Chwalińska, która niespodziewanie dotarła do finału.

Bobala ocenia, że dobry challenger oparty wyłącznie na tenisie można zorganizować już przy budżecie o połowę mniejszym niż jego. Jako przykład wskazuje Włochy, ale i zastrzega, że tam wiele imprez może liczyć na dużego wsparcie finansowe ze strony krajowej federacji.

Wszyscy eksperci są też zgodni co do innej kwestii - niezbędne dla sukcesu turnieju są rozsądek i konsekwentne działanie.

- Wszystko można zrobić lepiej - pod warunkiem, że będziesz to robić sukcesywnie i z sensem. To, niestety, do tej pory u nas się nie udawało. Bo po kilku latach organizatorzy nieraz się zniechęcają. Turniej J&S Cup to przykład tego, że musisz budować sukcesywnie. Każda zmiana lokalizacji czy organizatora działa na niekorzyść. Potrzebna jest kontynuacja. Pod tym względem Polska to niewdzięczne miejsce do organizacji takich turniejów. Trzeba też mierzyć siły na zamiary. Można raz wystrzelić i zorganizować 250-tkę, ale nie zepnie się to finansowo i będzie się odbijało czkawką przez kolejne dwa czy trzy lata - przestrzega Romer.

Tradycja i gigantyczne pieniądze. "Jesteśmy w najgorszej sytuacji". Dogonić Czechów w 10 lat 

Kolejna wspólna teza rozmówców - brać przykład z Czechów. Ci budowali przez lata strukturę od dołu, zaczynając właśnie od turniejów niższej rangi. Owocem jest bardzo duża liczba zawodniczek w tourze, co przekłada się na zasadność organizacji 250-tek, a nawet 500-tki.

Czechy to też jeden z krajów, którym Polska znacząco ustępuje pod względem tradycji tenisowej, co ma przełożenie nie tylko na liczbę graczy w światowej czołówce, ale i na infrastrukturę. Wyprzedzają ją w tym aspekcie także m.in. państwa Europy Zachodniej.

- Z drugiej strony są kraje, które nie mają zaplecza historycznego, ale dysponują nieporównywalnie większymi środkami finansowymi. A dziś pieniądze są nie mniej ważne niż tradycja, stąd może być tak, że za chwilę WTA Finals zostanie przeniesiony np. do Arabii Saudyjskiej. W związku z tym wszystkim, jak się zastanowić, to w tej całej hierarchii jesteśmy w najgorszej sytuacji - ocenia realistycznie Romer.

Łukaszewski opowiada zaś, że czescy działacze chwalą polski tenis za tempo rozwoju. - Mówią, że bardzo szybko ich gonimy, ale nigdy nie dogonimy. Myślę, że nie da się tego dokonać np. w trzy lata, ale w dekadę jest to do zrobienia - stwierdza.

Bobala z kolei zwraca uwagę na inną ważną sprawę. - Liczba i ranga polskich turniejów nie są adekwatne do naszych gwiazd, ale te gwiazdy są tylko dwie. Poziom turniejów jest adekwatny do poziomu polskiego tenisa. U nas gwiazdy – w przeciwieństwie choćby do Czechów – to pojedyncze przypadki. Czy w Krakowie powstały nowe korty za sprawą sukcesów Agnieszki Radwańskiej? Sukcesy juniorów notujemy od czasu do czasu, wciąż nie ma spójnego systemu - punktuje.

A gdyby jednak odsunąć na bok wszystkie "przeciw" dotyczące poziomu szerszej grupy zawodników i budżetu, to gdzie w Polsce można byłoby zorganizować 250-tkę? Minusem Kozerek, pod kątem frekwencji, jest lokalizacja. Z większych miast eksperci wymieniają jako potencjalne opcje Warszawę oraz - przy dostosowaniu pojemności trybun - Poznań, Szczecin i Wrocław. Romer dorzuca, że bardzo dobry byłby Sopot, gdyby nie spór dotyczący własności tamtejszych kortów. I przypomina, że ponad 20 lat temu pojawił się pomysł, by tamten ośrodek był "polskim Monte Carlo", ale upadł on przez zmiany w kalendarzu.

Wiele pozytywnych głosów zbiera opcja turnieju halowego, który daje większą swobodę co do terminu. Bobala przestrzega jednak, że wielofunkcyjne obiekty w dużych miastach są często zajęte i trudno zarezerwować je na trzy tygodnie (wliczając przygotowania i sprzątanie). Podczas ubiegłorocznego charytatywnego meczu pokazowego organizowanego przez Igę Świątek na rzecz Ukrainy w Tauron Arenie Kraków frekwencja dopisała. Romer ma jednak wątpliwości, czy w przypadku turnieju tam lub np. w Arenie Gliwice byłby komplet widzów.

- Pytanie, czy przyjdzie tyle ludzi, by wypełnić trybuny i na ile meczów oni przyjdą. To już zależy od tego, kto będzie grał, bo powraca kwestia innego naszego kłopotu - w Polsce nie mamy prawdziwych kibiców tenisa, a głównie kibiców sukcesu - zaznacza.

Więcej o:
Copyright © Agora SA